OLIWKA & CO. czyli włoskie smaki w Ustroniu!

Ostatnie kilkanaście miesięcy były dla gastronomii dość burzliwe. Nakazy, zakazy oraz obostrzenia w imię pandemii spowodowały sporo zamieszania w branży, która robiła, co mogła, aby to wszystko przetrwać. Niestety nie wszystkim się to udało. Jedni zamknęli się na zawsze, inni do dziś walczą w sądach (i to z sukcesami) o nałożone przez Sanepid kary za nieprzestrzeganie rządowych rozporządzeń. 

Są też takie restauracje, po których nie dość, że nie widać ciężkich czasów to jeszcze to "nowe otwarcie" sprawiło, że rozkwitły. Niewątpliwe dla mnie takim miejscem jest "Oliwka & Co."

NAJLEPSZA KAWA I PIZZA W USTRONIU?

Ustroń jest trudnym dla gastro miejscem. W tygodniu pusty i senny, a w słoneczne weekendy zapełniony po brzegi wygłodniałymi turystami. Powoduje to, że godne zjedzenie obiadu bądź napicie się kawy w centrum miasta graniczy wręcz z cudem. Niedzielne przepełnienie lokali oraz kolejki nawet pod najpodlejszą budą z fast foodem to absolutna już norma. Ten stan rzeczy bardzo często rzutuje na jakość jedzenia, obsługi oraz czas oczekiwania na zamówienie. 

Niejednokrotnie zdarza się, że po 17:00 nie ma już połowy dań z karty, bo "hanysy" już wszystko wyżarły.

Taki stan rzeczy kompletnie nie sprzyja kontemplacjom nad posiłkiem oraz trafnym spostrzeżeniom. Wystarczy jeden drący mordę lub rzucający jedzeniem "bombelek" z odstrzeloną jak stróż w Boże Ciało "madką Karyną", będącą na wyjeździe w górach. W tym czasie chce błyszczeć i mieć relaks, a nie uganiać się w dwunastocentymetrowych szpilach za niesubordynowaną latoroślą, wystarczy, że piastuje "to coś" na co dzień w domu. Całokształtu zawsze dopełnia ojciec, który ma totalny luz, bo skoro dziecko jest w kąciku dla dzieci, to oczywiste jest, że w czasie kiedy on spożywa "drogi" posiłek to w jego cenie brzdąca pilnuje i zabawia kelnerka. Proste.

Ot i takie bywają rodzinne niedziele w kurortach.

Dlatego też staram się nigdy nie pisać recenzji w takich warunkach. Podobnie jak nie piszę ich po jednorazowej wizycie. Opinie "ad hoc" tak modne ostatnio na Tik Toku, są według mnie zbyt pochopne i bardzo mało wiarygodne. Zły dzień kucharza czy obrażona kelnerka z przypadku, może przekreślić budowaną latami markę danego miejsca. I to tylko dlatego, że "influencer" nie był wystarczająco zadowolony. Kto wie, może też miał/a również zły dzień, który zaburzał prawidłową percepcję. Tudzież żerując na sławnym nazwisku właściciela, chcąc w ten sposób zwiększyć zasięgi dzięki "viral hate" w social mediach. 

Nie od dziś wiadomo, że krytyczne opinie klikają się znacznie lepiej niż te dobre. Najlepszym tego przykładem jest aktualny spór Barbary Ritz w Gdańsku z pewną tiktokerką, która jako niezależna znawczyni fine-diningu nie zostawiła suchej nitki na restauracji zwyciężczyni Master Chefa.

OLIWKA & CO W USTRONIU

Wracając jednak do urokliwego miejsca, jakim bez wątpienia jest Oliwka & Co. w Ustroniu, trzeba zwrócić uwagę na kilka faktów. 

Oliwka & Co. została otwarta ponad rok temu (1 lipca 2020r.) w miejscu, gdzie przez lata w smutnej, szarej willi funkcjonował bar "U Marusia". Kapitalny remont budynku całkowicie odczarował to miejsce, którego niepodważalnym atutem jest fantastyczna lokalizacja. Ponadto przewagą Oliwki nad innymi lokalami w Ustroniu, jest jej dość duża powierzchnia. Dwa poziomy, zielony taras z fajnym widokiem, spory ogródek oraz własny parking to duże plusy dla restauracji w tak obleganym w sezonie mieście. 


                                                                                                                             źródło: fotopolska.eu

Co zjemy?

Lokal łączy w sobie wszystkie zalety kawiarni oraz restauracji, a raczej bistro z krótką listą dań, na które nie trzeba zbyt długo czekać. 

W godzinach porannych zjemy w Oliwce również śniadanie.

Królową karty jest przede wszystkim pizza z pieca opalanego drewnem. Podawana jest na cienkim cieście bez przesadnej ilości dodatków. Jeżeli jesteś fanem "polskiej pizzy" na solidnym kawałku buły z serem a'la mozzarella, to z góry zaznaczam, że ta serwowana w Oliwce z całą pewnością nie przypadnie Ci do gustu. 


Karta zachęca również zupą, sałatkami (w tym moją ulubioną z gruszką i kozim serem), są też pierogi, makarony, ryby oraz mięsa. Ogólnie rzecz ujmując każdy znajdzie w niej coś dla siebie bez względu na to czy jest zdeklarowanym mięsożercą, czy też wegetarianinem. 

Jeżeli nie jesteś głodny, a jedynie masz ochotę na coś słodkiego w towarzystwie filiżanki aromatycznej kawy, też się nie zawiedziesz. Witryna chłodnicza obfituje w różnego rodzaju desery w tym genialne brownie, pyszne kolorowe makaroniki oraz lody w wielu smakach. 

Karta win również powinna być satysfakcjonująca nawet dla tych bardziej wybrednych. Na pytanie, czy leją "proseczko", tak leją m.in. całkiem dobrego Stocka.

Co myślą inni?

Przez rok swojej działalności Oliwka zdążyła uzbierać całkiem pokaźne grono zadowolonych klientów. Spora ich część swoje spostrzeżenia spisała w Internecie, dzięki czemu mamy jasny i pełny obraz jak lokal jest postrzegany przez odwiedzających go gości. Oliwka chwalona jest głównie za wysokiej jakości jedzenie, klimatyczny wystrój, którego kluczowym elementem są przepiękne drzewka oliwne oraz sympatyczną obsługę. Według mnie nie sposób się z tym nie zgodzić. 

Owszem są też głosy krytyki, ale to jest naturalne przy tak dużej liczbie odwiedzających, zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony.

Opinie możecie głównie przeczytać w wizytówce Google oraz restaurantguru.com. Natomiast na dzień dzisiejszy tylko jedna opinia widnieje na tripadvisor.com. To plasuje Oliwkę 44 pozycji, czyli na samym końcu listy polecanych restauracji w Ustroniu. Nie ukrywam, że było to dla mnie dużym zaskoczeniem, bo konkurencja całkiem nieźle sobie na tym portalu radzi, a rekordziści mają ponad 600 opinii i to ze zdjęciami oraz pełnym opisem.


Dodatkową tegoroczną atrakcją w Oliwce był ogródek urządzony przez Inter-Car Mercedes-Benz, który stworzył w nim swój zamiejscowy salon samochodowy. W miłych okolicznościach przyrody można było porozmawiać z doradcą oraz przetestować kilka modeli Mercedesa. Z nieoficjalnych źródeł wiem, że w tych nieoczywistych warunkach sprzedaż okazała się bardzo zadowalająca.

POLECAM!

Hotel w fabryce marcepanu czyli ALMOND BUSINESS & SPA!

Planując pobyt nad polskim morzem, mamy setki opcji do wyboru: drogo, tanio, blisko i daleko od plaży. Adekwatnie do swoich potrzeb możemy zatrzymać się w hotelu, kempingu czy coraz bardziej popularnych od "samuśkich Tater" aż po Bałtyk - aparthotelech. Jednak jakkolwiek by nie kombinować, to przyjazd do Trójmiasta w sezonie wakacyjnym może być porównywalny wyłącznie do Sylwestra w Zakopanem - to się po prostu nie może się udać.

booking.com       

I tak ja - największy przeciwnik urlopowania w sezonie, w dodatku w miejscowości powszechnie uznawanej za #mustvisit w wakacje czyli w Gdańsku, na środku Długiego Targu w trakcie trwania Jarmarku Dominikańskiego z metrową walizą z ładunkiem przynajmniej o jedną parę butów za dużo, z miłością do bliźniego w oczach, szukam mojej noclegowej destynacji czyli ALMOND BUSINESS & SPA.

booking.com     

Hotel ten wybrałam trochę przez przypadek, trochę na podstawie mocno rozwiniętej przez lata intuicji podróżniczej. W pierwszej kolejności przekonał mnie fakt, iż znajduje się on z dala od głównych duktów turystycznych Gdańska czyli Długiego Targu, Mariackiej i Chmielnej. Dwa, że miał basen.

LOKALIZACJA

Hotel znajduje się na Starych Przedmieściach Gdańska, tzn. przy ulicy Toruńskiej, tuż obok przystani Żabi Kruk. Jeżeli celem waszego wyjazdu jest aktywne zwiedzanie, Almond stanowi fantastyczną bazę wypadową. Kilkuminutowy spacer dzieli hotel od przystanku tramwajowego, z którego dojedziecie na plażę w Jelitkowie albo na Stogi. Podobnie jest z przystankiem Szybkiej Kolei Miejskiej czyli SKM. Do stacji Śródmieście jest równo 7 minut piechotą. Jak ktoś nie gustuje w przystankach komunikacji miejskiej to dokładnie obok jest Galeria Forum. Podobnie jak większość atrakcji Gdańska, wszystko mniej więcej w zasięgu 15 minutowej przechadzki. 

W związku z powyższym pchanie się gdziekolwiek samochodem szczerze odradzam.

hotelalmond.pl      

HOTEL

Jeżeli w hotelu cenicie sobie coś więcej niż tylko: czysta pościel, wygodne łóżko i łazienka z bieżącą wodą, to Almond Was z pewnością nie zawiedzie. Powstał on w 2016 roku w całkowicie odnowionym budynku, który sam w sobie ma posiada bardzo długą i ciekawą historię. 

Pierwotnie wybudowany był w 1868 roku jako pralnia garnizonowa dla koszar Wiebe'go dla wojsk piechoty Cesarstwa Niemieckiego. Po I wojnie światowej gdy Gdańsk odzyskał ponownie status Wolnego Miasta, budynek został sprzedany Ewaldowi Doering, który w roku 1922 otworzył w nim Fabrykę Marcepanu i Kakao "Saturn", działającą aż do końca II wojny światowej. 


Całkowicie spalony w wyniku działań wojennych budynek nie został objęty ani planem odbudowy ani późniejszych rewitalizacji. Jako własność państwowa niszczał jako pustostan przez dekady.  Cztery lata temu odrodził się pod nową postacią czyli hotelu o migdałowej nazwie.

skycanner.pl      

Przekraczając hotelowy próg odczuwamy autentyczne przeniesienie w czasie. Trzeba przyznać, że projektantom udało się perfekcyjnie odtworzyć dawny klimat tego miejsca. Wszechobecny kolor świeżo palonego kakao oraz podświetlane marcepanowe lady przy recepcji oraz lobby barze, robią duże wrażenie wizualne i z pewnością zachwycą niejednego estetę. 


Jeżeli połączymy to wszystko z uśmiechniętą obsługą to składa nam się to na idealny początek pobytu wakacyjnego.

POKOJE

Hotel dysponuje kilkoma powierzchniami do wyboru: 19, 20, 25m2 standardowe dwójki oraz 35m2 apartamenty typu Junior Suite. Wnętrze pokoju jest już utrzymane w nowoczesnej konwencji hotelowej na poziomie 4 gwiazdek. Czysto, schludnie i funkcjonalnie. Przestronna łazienka z prysznicem, balkon z widokiem.

hotelscombined.pl     

Bez fajerwerków ale przyczepić się też nie ma do czego. 

No może i jest, jak zawsze, i to w większości hoteli, tych nawet uważanych za obrzydliwie drogie i ekskluzywne. Hotelarze! Kto Wam wmawia, że te cieniutkie plastikowe poduszki są fajne? Otóż nie, nie są!  Dlatego ja nauczona hotelowym doświadczeniem, od lat wielu mam zawsze ze sobą mojego cudownego ergonomicznego i turystycznego tempura, więc hotelowe poduszki przestały mi być jakkolwiek straszne, bardzo polecam. Wszyscy, którzy są lekko po trzydziestce i budzą się rano z bólem karku, na pewno mnie rozumieją.

BASEN & SPA

Dla mnie hotel z zapleczem basenowo-saunowym to absolutne minimum socjalne na wyjeździe. Z pogodą bywa różnie. Jest albo za gorąco, albo zimno i pada, albo zwyczajnie nie chce nam się przez jeden dzień zwiedzać i włączmy opcję SPA. 


W Almond basen nie jest za wielkich rozmiarów podobnie jak cała przestrzeń z jacuzzi i saunami. W przypadku małego obłożenia raczej nie ma problemu, jednak przy większej ilości gości, którzy jednocześnie chcą skorzystać z tej części hotelu, może być to nieco problematyczne. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze obostrzenia związane w Covid-19, które znacząco ograniczają ilość osób przebywających na jednym metrze kwadratowym. Podczas mojego pobytu absolutnie nie było z tym problemu, korzystaliśmy ze wszystkiego do woli, wielokrotnie nawet będąc na basenie sami. 

tripadvisor.com                 

Rozmiar basenu jest taki w sam raz, 40 długości spokojnie wystarczy aby się trochę zmęczyć, do tego hydromasaż oraz ważna informacja dla alergików, woda nie jest chlorowana. Czystość wody utrzymywana jest za pomocą koloidów srebra. To metoda, która  jest coraz bardziej popularna w obiektach hotelowych, a jej główną zaletą jest brak unoszącego się wszędzie zapachu chloru. 
W strefie są dwie sauny fińska i parowa oraz całkiem spora wanna z bąbelkami. Cieszy również fakt, że całość jest czynna do 22, a nie jak w przypadku innych hoteli tylko do 20.

Goście mogą również skorzystać z zabiegów relaksacyjno - upiększających, które oferuje SPA. Mnie nie było to niestety dane. Motyw przewodni tego pobytu był pod znakiem podróży koleją i tramwajami do oporu, a nie płaszczenia czterech liter na masażach. 
Taki life.
miejscakonferencyjne.pl     

JEDZENIE

To jedyna rzecz, której absolutnie nie polecam w tym hotelu i piszę to ku przestrodze abyście nigdy i to przenigdy nie rezerwowali tutaj noclegu ze śniadaniem. Jeżeli to zrobicie pomimo moich ostrzeżeń musicie się liczyć z tym, że niczego nie będziecie już jeść do późnych godzin popołudniowych i ominie Was milion sposobności do przetestowania nowych knajpek rozlokowanych po całym Trójmieście. Bo jak degustować jedzenie z pełnym pyszności żołądkiem. No jak?


Śniadanie w Almond jest boskie i różnorodne. Każdy ale to bezwzględnie każdy znajdzie na nim coś dla siebie. Na zimno, ciepło, słodko lub wytrawnie. A dział z deserami to już jest zło bezwzględne, bo są tak pyszne, że chcesz pożreć 3, a nie jeden. I nieważne, że jesteś cukrzykiem bądź na detoksie. Ostatnio tak bardzo zachwycona śniadaniem byłam w Andel'sie w Łodzi, gdzie również nie można było sobie odmówić przyjemności spróbowania absolutnie wszystkiego.


Jakby tego było mało, integralną częścią hotelu jest restauracja "Magiel", która również przyciąga do siebie amatorów dobrego jedzenia. Krótka karta, świeże składniki to tylko niektóre jej atuty, które na szybko udało mi się zaobserwować. Byłam tylko raz i z racji wcześniejszej bezwzględnej satysfakcji gastronomicznej, byłam w stanie wciągnąć jedynie genialnego śledzia z pieczonymi ziemniakami, jak oto na zdjęciu poniżej.


Niebywałym atutem tego miejsca jest również malownicze położenie. Przy sprzyjającej pogodzie, przed restauracją są wystawione leżaki w bezpośrednim sąsiedztwie wspomnianej już wcześniej przystani Zabi Kruk. Taka okoliczność przyrody sprawia, że picie wieczornego drinka może być o niebo przyjemniejsze niż spożywanie go na gwarnej i zatłoczonej Wyspie Spichrzów. 

Jeżeli dysponujecie własną motorówką, na lunch czy drinka, możecie sobie podpłynąć pod Almond o dowolnej porze dnia czy wieczoru.

mojekonferencje.pl     

PODSUMOWANIE

Hotel Almond Business & SPA jest godny polecenia i to pod każdym względem. Dogodna lokalizacja, świetna jakość w stosunku do ceny, dobre jedzenie oraz sympatyczny personel. 

To miejsce, które z pewnością i to z miłą chęcią odwiedzę ponownie, planując kolejną podróż do Gdańska.




KREW i WODA czyli fine dining by MARIUSZ PIETERWAS!



Na tle dynamicznie rozwijającego się i tętniącego życiem niemal w każdej uliczce - Gdańska, Gdynia na pierwszy rzut oka prezentuje się dość spokojnie, a nawet można powiedzieć, że nieco biednie. Swojego uroku nabiera dopiero po pewnym czasie gdy zaczynamy ją odkrywać i odnajdujemy miejsca nowe, ciekawe, a nawet inspirujące. Niewątpliwie jednym z nich jest gastronomiczny zaułek dla smakoszy czyli restauracja KREW & WODA prowadzona przez małżeństwo Martę i Mariusza Pieterwas.


Działająca już (albo tylko) pięć lat restauracja zdążyła zdobyć wiele prestiżowych nagród i wyróżnień (w tym aż trzy Żółtego Przewodnika Gault-Millau Polska), jak również 380 recenzji na tripadvisor.pl.  Zdecydowana większość tych ocen jest kategoryzowana jako doskonała i bardzo dobra, dzięki czemu "Krew i Woda" zyskała tytuł Travellers' Choice 2020 - nagrody, która od 2002 roku przyznawana jest przez podróżnych wyłącznie miejscom wyjątkowym. 

Wszystko to za sprawą znakomitego szefa kuchni i właściciela w jednej osobie czyli, Mariusza Pieterwasa. To właśnie z uwagi wyjątkową kombinację talentu i kunsztu restauratorskiego tego duetu z Gdyni - postanowiłam przejechać 600km by przekonać się o tym organoleptycznie. 

WNĘTRZE

Jest absolutnie bezpretensjonalne. Całość skupiona na otwartej kuchni, gdzie raz po raz pojawiają się ogień i para za którą znikają kucharze. Na ścianach dumnie wiszą wszystkie nagrody, dyplomy i wyróżnienia, które przez lata zdążyły je prawie zapełnić. Bar obfituje w półki pełne alkoholi z różnych stron świata. Całość jest jasna i przestronna gdyż lokal zajmuje niemalże cały parter rogu kamienicy u zbiegu ulic Abrahama i Armii Krajowej. Jest też ogródek z kilkoma stolikami jednak na mój gust jest zbyt blisko ulicy aby z niego korzystać.

MENU

Jak sama nazwa restauracji wskazuje, menu skupia się głównie wokół KRWI czyli mięsa oraz WODY odnoszącej się do owoców morza. Opiera się ono na 20-letnim doświadczeniu szefa kuchni, który pracował w wielu europejskich restauracjach, których część była wyróżniona gwiazdkami Michelin. To również inspiracje zaczerpnięte z licznych podróży, które małżeństwo dość często odbywa po całym świecie. Kartę otwierają dania specjalne: ostrygi, homar kanadyjski, steki z polskiej i argentyńskiej wołowiny w różnych kombinacjach. Dostępne są również zakąski, a wśród nich "spécialité de la maison" czyli wątróbki drobiowe w czerwonym winie, tak bardzo chwalone przez gości na TripAdvisor. 


Mój wybór jak zwykle w miejscu, któremu obdarzam zaufaniem, padł na surowiznę czyli tatar z tuńczyka oraz małże holenderskie. Te skorupiaki to dla mnie niezapomniany smak dzieciństwa, spędzonego w Brukseli. Na słynnej na cały świat Rue des Bouchers unosi się specyficzny zapach "zupy mulowej" oraz podawanych do niej frytek i białego wina. W "Krew i Woda" ten przysmak serwowany jest w kilku wersjach różniących się od siebie dodatkami. Możemy wybrać wśród opcji: hiszpańskiej z chorizo, włoskiej z parmezanem, francuskiej z białym winem, tajskiej na mleku kokosowym albo na wywarze homarowym z koniakiem. 


Jeżeli "mule inne robale wodne" to niekonicznie "wasza bajka", to do wyboru pozostają: linguine z kurczakiem, ravioli z łososiem lub curry z wołowina. Osoby na diecie wegańskiej również mogą wybierać spośród wielu ciekawych pozycji np. risotto z grzybami (mun, Shitake, borowik) i pastą truflową.

Jest również menu tablicowe czyli krótkie sezonowe serie utrzymane w konwencji restauracji czyli głównie mięso i owoce morze.

OBSŁUGA

To integralna część każdej restauracji. To od jej zachowania, wiedzy i podejścia do gościa, bardzo często zależy finalne wrażenie jakie restauracja na nas pozostawi. Dobre jedzenie to czasami o wiele za mało. Kelnerki w Krew i Woda są ale ich nie ma taki rodzaj dyskretnej i profesjonalnej obsługi zapewnia personel. Doskonale zorientowane w menu, pomagają dobrać odpowiednie danie nowoprzybyłym, zachęcają do wypróbowania nowości stałym bywalcom. 


Ja osobiście wchodząc do lokalu zawsze zwracam uwagę na reakcję obsługi. Jeżeli wita mnie niczym niewymuszony uśmiech, a nie niemalże dźwięk "wywracania oczami", że znowu ktoś przyszedł i będzie dupę zawracał, to zawsze jest to w moim odczuciu najlepszy prognostyk. Rozumiem też, że w miejscowościach turystycznych w okresie weekendów/wakacji przy klęsce urodzaju gości, ciężko trzymać fason i się cieszyć na widok kolejnych, często bardzo trudnych i roszczeniowych klientów. To zadaniem obsługi jest ujarzmić "bombelki" roznoszące lokal, podyskutować z ojcem rodu o właściwej temperaturze gotowania homara oraz bronić interesów firmy przy rozliczaniu rachunku końcowego. 

Załoga Krew i Woda staje na wysokości zadania o czym mogłam się przekonać personalnie. Chociaż w moim przypadku ani nie musiały pacyfikować mojego zstępnego, ani dyskutować o teorii gotowania, jak również reanimować przy płaceniu rachunku.

100% profesjonalizmu! 

CENY

Drogo? To kwestia względna. Zawsze można zjeść taniej ale i dużo, dużo drożej. Wybierając się do restauracji tego typu musimy się liczyć z kilkusetzłotowym rachunkiem. Zwłaszcza w sytuacji kiedy chcemy zjeść więcej niż tylko jedno danie, a wszystko to popić dobrym winem to raczej już norma.  Jeżeli za ceną potrawy stoi jakość i świeżość produktu, piękne podanie oraz wyśmienity smak oraz najwyższej jakości obsługa, to dla mnie nie ma żadnego problemu. 

Gorzej jeżeli za bajońskim rachunkiem nie stoi nic poza chwilową popularnością danego lokalu tłumnie odwiedzanego przez #foodies. Takich miejsc jako "gastrofil" spotkałam już wiele, zarówno w Polsce i jak i na świecie

Na szczęście w "Krew i Woda" do nich nie należy. 

CELEBRYCI

Jak każda restauracja z wykwintym jedzeniem i ciekawą lokalizacją również "Krew i Woda" przyciąga do siebie znanych i lubianych. Sprzyjają temu m.in. bliskie sąsiedztwo Teatru Muzycznego im. Danuty Baduszkowej czy coroczny Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni właśnie.

Częstym gościem jest tutaj Jakub Wojewódzki, możemy też spotkać Bartłomieja Topę, Wojciecha Smarzowskiego, Tomasza Sapryka oraz wielu takich, którzy nie uwieczniają się na pamiątkowych zdjęciach. Większość z tych osób pozostaje w przyjacielskich relacjach z właścicielami, którzy nie opierają swojego marketingu na "celebrytach", zapewniając im tym samym spokój przy spożywaniu posiłku. Bez asysty paparazzich czy nękających o zdjęcie fanów. 

Jak wiadomo nikomu nie je się komfortowo w błysku fleszy nawet tym mniej popularnym.


Włochy w gębie czyli SISI RISTORANTE!


Szczyt sezonu w miejscowościach turystycznych właśnie przed nami. I to w wymiarze oraz okolicznościach, z którymi branża gastronomiczna musi się zmierzyć po raz pierwszy w swojej historii. Nowe wytyczne oznaczają, że tłumy wygłodniałych turystów będą znacznie większe, bo po pierwsze rodacy zostaną ograniczeni do wyłącznie krajowego wypoczynku, a dwa, że liczba miejsc w lokalach ze względów epidemiologiczno-sanitarnych uległa radykalnemu zmniejszeniu. Pomimo tych trudności ludzie i tak będą szturmować restauracje, o czym świadczy chociażby ostatni czerwcowy weekend w Ustroniu. 



To pięknie położone w Beskidzie Śląskim miasteczko, z roku na rok coraz bardziej zyskuje na swojej turystycznej popularności. Zasługą tego jest niewątpliwie fakt, że w przeciwieństwie do pobliskiej Wisły, droga do Ustronia jest dwupasmowa. Wjazd do centrum Ustronia zajmuje dosłownie kilka chwil bez konieczności stania w minimum godzinnym korku jak to ma miejsce w przypadku dojazdu do Wisły właśnie. Nie chcąc marnować weekendowego czasu wielu przyjezdnych decyduje zakończyć podróż w Ustroniu. Dostrzegające zapotrzebowanie turystów na nowe atrakcje władze miasta każdego roku starają się ubogacić kurort w coś nowego. I tak, odnowiono całkowicie amfiteatr, wybudowano muszlę koncertową na rynku, odświeżono ścieżki rowerowe. W tym roku natomiast na nowo zagospodarowano plażę przy deptaku nad rzeką Wisłą. Huśtawki, bujawki, nowy asfalt i ławki zachęcają "wałowych" spacerowiczów do siebie jeszcze bardziej. 


Jednak bez względu na ilość oferowanych przez Ustroń aktywności i rozrywek, każdy turysta dochodzi do momentu głodu absolutnego, który to nie pozwala na cieszenie się pięknymi widokami i czerpania energii wyłączenie ze słońca. Zawsze przychodzi moment wyboru punktu gastronomicznego. Jak na miejscowość górską, większość przyjezdnych nie wyobraża sobie innej opcji niż obfity obiad w karczmie. Musi być kotlet z frytkami, placki ziemniaczane, grillowane oscypki czyli serki typu górskiego. Wszystkiego dużo, a i piwa obficie - ot taka definicja beskidzkiego "dream obiadu". 


Ale czy Ustroń tylko karczmami stoi? Otóż nie. Jak wiadomo, drugim po kotlecie polskim daniem narodowym jest oczywiście pizza. Przybytków gastro typu włoskiego jest w tym mieście całkiem sporo. Pomińmy może te, gdzie grubość ciasta jest na palec, mozzarellę udaje produkt seropodobny, a szynkę - mielonka za 10zł/kg. Jeżeli lubicie prawdziwą włoską kuchnię, to do wyboru w Ustroniu macie wyłącznie dwie opcje:

MELISSA - restauracja, którą znają tutaj najstarsi górale. Od 1993 roku niezmiennie prowadzi ją ten sam włoski właściciel - Francesco Balice wraz z małżonką. Karta jest tu dość krótka i bardzo niechętnie przez Francesco odświeżana, bo i po co - skoro wszystko dobre i sprawdzone. Pizza, makarony, mięsa, owoce morza czyli włoski konkret. Większość dań przygotowywana jest na oryginalnych, włoskich produktach.  Ja od lat prawie 30 lat wciągam jedną i tą samą sałatkę o nazwie Del Sole, którą wszystkim bardzo serdecznie polecam.



SISI PIZZERRIA E RISTORANTE - pomimo tego, że została otwarta wiele, wiele lat po wspomnianej powyżej Melissie, bardzo szybko zyskała pochlebne opinie odwiedzających ją gości. Zarówno tych przypadkowych poszukiwaczy dobrego smaku, jak i zawodowych wyjadaczy. O swojej wizycie w SISI dość obszernie wypowiedziała się uwielbiana przeze mnie Magdalena Grzebyk - autorka bloga, FB oraz Instagrama o nazwie "Krytyka Kulinarna". 

Jak Pani Magda oceniła swoją wizytę w SISI, możecie przeczytać tutaj:
https://krytykakulinarna.com/sisi-ustron-gdzie-jesc/


Ja w przeciwieństwie do Pani Magdy odwiedzam SISI dość regularnie i moje spostrzeżenia opieram na kilkuletniej już przyjaźni, a nie jednorazowego wrażenia. Ale mimo tej drobnej różnicy nasze odczucia są niemal identyczne. Głównymi atutami dla tego lokalu są niewątpliwie: oryginalne włoskie produkty, kunszt ich przetworzenia oraz miłe i doskonale zorientowane w menu kelnerki. Całość dopełnia urządzone ze smakiem wnętrze oraz zapach pieczonej pizzy dochodzący z opalanego drewnem pieca, który w tym roku został wymieniony na nowy. Lepszy i to taki w kategorii piecowych Maybachów podobno.


Z uwagi na fakt, iż nie jestem urodzonym mięsożercą, nie będę się zbytnio rozwodzić nad krwistą częścią karty. Nie napiszę jak smakuje Bistecca alla Florentina czy Lombo. Dla mnie w każdej restauracji liczą się przede wszystkim: owoce morze, sery (im twardsze i bardziej śmierdzące tym lepiej), desery wymyślne oraz włoskie podsumowanie każdego dobrego posiłku czyli kawa. Absolutnie nie mam tu na myśli fikuśnego latte czy cappuccino, które jak nie wszyscy wiedzą, są kawami spożywanymi na Półwyspie Apenińskim przez "lokalsów" wyłącznie do śniadania. Chodzi tu o kwintesencję tego napoju - aromatyczne, delikatnie spienione na wierzchu i podane w podgrzewanej filiżance - diabelnie mocne espresso. 


Dla mnie, absolutnym hitem tego lokalu jest sałatka o nazwie "Gamberetti" czyli po naszemu swojska "krewetkowa". Uwielbiam ją za całokształt smaku i objętości. Znajdziemy w niej krewetki dużego kalibru, awokado, pomidory, owoce cytrusowe, melona, roszponkę, rukolę, grillowaną cukinię z delikatnym dressingiem i dobrej jakości parmezanem na finiszu. Sałatka ta może spokojnie uchodzić za drugie danie, gdyż bogactwo składników w niej zawartych jest bardzo sycące. 

Na zdjęciu poniżej widać jak owa sałatka ewaluowała na przestrzeni lat. Niestety w odsłonie z nowej karty, jakby się nieco skurczyła i jakby brakuje w niej tego pysznego parmezanu ale i tak pycha.

Cena 39zł.


Ostatnim moim odkryciem był serowy zestaw degustacyjny. Pięknie podane różne gatunki sera: dojrzewający Parmigiano Reggiano D.O.P*, z mleka krowiego Bastardo del Grappa, owczy Pecorino Romano D.O.P, pleśniowy Gorgonzola Dolce D.O.P - w towarzystwie miodu tymiankowego, konfitury morelowej, fig oraz orzechów włoskich. Ta pozycja z karty może przemówić głównie do prawdziwych serowych koneserów. Mnie osobiście urzekła Gorgonzola maczana w miodzie. Wprost genialne połączenie smaków.

Jeżeli za serami nie przepadacie, zamiast nich możecie zamówić deskę włoskich wędlin: szynka parmeńska, wędzony boczek i dwa rodzaje salami z takimi dodatkami jak dip z pieczonej papryki, grillowana cukinia oraz kandyzowane w occie balsamicznym cebulki. 

Cena 29zł


A co z tą pizzą? 30 centymetrów na cienkim, chrupiącym cieście w rzymskim stylu. Wersji do wyboru kilkanaście. Jeżeli w gotowcach nie znajdziemy nic dla siebie, to na bazie klasycznej Margherity lub Margherity di Bufala możemy dobrać dodatki według własnego gustu i preferencji, a jest w czym wybierać. Gotowa pizza jest doskonale wypieczona (we wspomnianym już wcześniej piecu opalanym drewnem) i niebiańsko rozpływa się w ustach. 

W mojej ogólnej klasyfikacji pizzerii wszelakich na terenie tego kraju, na pewno zmieści się w pierwszej najlepszej piątce.


Z racji tego, że po posiłku głównym, nie jestem w stanie wepchnąć jeszcze deseru, na tę przyjemność wybieram się do SISI zawsze w trybie odrębnym. Smakowite latte w połączeniu z Panna cottą z sosem truskawkowym - to mój ulubiony zestaw. Deser jest delikatny w smaku, nie za słodki i bez grudek żelatyny jak to bywa w innych lokalach. 

Jeżeli nie przepadacie za "śmietaną na gęsto", wyśmienite jest również tiramisu i ciasto z kremem chałwowym. 


Jeżeli powyższa lektura zachęciła Was do odwiedzenia tego przybytku włoskich smaków i aromatów, mam jedną cenną uwagę - rezerwujcie stolik. To teraz podstawa!

Jeżeli jednak pasta i gluten do Was nie przemawia to pod tym samym adresem czyli Słoneczna 11, już od kilku tygodni działa MIAMO restauracja oferująca dania kuchni japońskiej czyli sushi. Pierwsze próby już były i wypadły pozytywnie. 


LA SQUADRA raj dla GASTRO & PETROL head'a!


Wyobraźcie sobie miejsce, w którym wyborne smaki przenikają się z kwintesencją luksusowej motoryzacji. Miejsce, gdzie zostają pobudzone wszystkie nasze zmysły. I pomimo faktu, że znajdujemy się w centrum Katowic, czujemy jakby ktoś nas niepostrzeżenie przeniósł wprost do słonecznej Italii.

Co to za miejsce i skąd się wzięło na mapie Górnośląsko - Zagłębiowskiej Metropolii?




Ulica Bocheńskiego -  jak część z Was doskonale się orientuje, znana jest głównie z gigantycznych korków, giełdy warzywno - owocowej oraz Grupy Pietrzak, która od 1994 roku wzdłuż tej arterii drogowej, otwiera swoje salony samochodowe. I o ile nowe modele Renault, Peugeot czy Dacii nie wzbudzały zbytnich emocji wśród codziennych użytkowników tej trasy, tak wszystko radykalnie się zmieniło się w roku 2013. Z początkiem czerwca przy numerze 109 otwarto pierwszy tak prestiżowy, autoryzowany salon ekskluzywnej marki samochodowej - Ferrari

Nie było w tym czasie osoby, której wzrok choćby na chwilę nie uciekł w jego kierunku. Z nowoczesnej bryły salonu zawadiacko zerkały czerwone i żółte, kultowe modele tej marki. Jedni pukali się w czoło kwitując, że nikt ich nie kupi, a inni kombinowali, jak choćby na najskromniejszego Spidera, bez wiedzy małżonki sobie uciułać. 

Patrząc na dynamiczny rozwój salonu oraz jego wyniki sprzedażowe, okazało, że klientów chcących wydać na samochód milion czy dwa w Katowicach i okolicach wcale nie brakuje.



W ciągu sześciu ostatnich lat salon przeszedł ogromną metamorfozę. Powiększono salę wystawową, dobudowano serwis, blacharnię, lakiernię oraz wprowadzono usługi profesjonalnego detailing'u. Do oferty sprzedażowej na Bocheńskiego 109 wprowadzone zostały również inne luksusowe marki pojazdów. 

W 2016 roku do Grupy Pietrzak dołączyło kultowe, włoskie MASERATI. Salon w Katowicach może szczycić się tym, że jest największy w Polsce. Oferuje swoim klientom m.in, pokój do konfiguracji wymarzonego modelu Ghibli, Quattroporte czy Levante. Jest w nim butik z oryginalnymi akcesoriami marki Maserati. Na miejscu znajduje się również autoryzowany serwis, lakiernia i blacharnia.



W roku 2018 do portfolio dołączyła legendarna marka ALPINE, która specjalizuje się w produkcji samochodów sportowych. Model A110 w wersji Pure, Legende lub OS jest dedykowany klienteli, która czerpie przyjemność z jazdy bez nachalnej ostentacji. To typowe samochody z serii fun. Mały, szybki i w pięknym niebieskim kolorze.


Prędzej czy później, skoncentrowanie w jednym miejscu takiej ilości luksusu, musiało skutkować otwarciem przestrzeni, która umilałaby swoim klientom klasy premium czas oczekiwania na odbiór samochodu z serwisu bądź usługi detailing'u. 

I tym sposobem pojawia się La Squadra. Nazwa nie jest tu przypadkowa. Już od roku 2015 ukazuje się magazyn dla właścicieli i miłośników motoryzacji przez duże M - o tym samym tytule, który wydawany jest przez salon Ferrari. Koncept restauracji połączonej z galerią jest bardzo innowacyjny, nie tylko na mapie Katowic ale i w skali całego kraju. Miejsce, w którym organizowane są wystawy oraz spotkania z wybitnymi twórcami, łączy się z restauracją, do której możemy wpaść na lunch w ciągu dnia, a wieczorem na wyborną kolację.


Pomysł na La Squadrę nie jest ani autorski ani przypadkowy. W 100% inspirowany jest restauracją Montana, która od przeszło 20 lat karmi odwiedzających małe, włoskie miasteczko Maranello, które swoją światową sławę zawdzięcza fabryce samochodów marki Ferrari właśnie. 
Przepis na sukces katowickiej restauracji ma być prosty - sezonowe składniki najlepszej jakości, krótka ale nie nudna karta i dużo dobrego wina. 


Jak się prezentuje się menu La Squadry?

Według mnie każdy prawdziwy entuzjasta kuchni włoskiej znajdzie tutaj coś dla siebie. Dania są starannie dobrane, reprezentują wiele włoskich regionów i przysmaków z nich słynących. Jest spaghetti, risotto, są owoce morze oraz mięsa - głównie polędwica wołowa i trochę drobiu. Jeżeli lubicie carpaccio czy to rybne czy mięsne, to w aktualnej karcie go nie ma, a szkoda bo jak wiadomo dobre carpaccio jako antipasti nie jest złe. W ramach kompensaty są plastry pieczonego indyka w sosie tuńczykowym. Dwa ciekawe makarony gramigna i paccheri według przepisu MAMA ROSSELLA.

Łasuchom polecam semifredo albo suflet czekoladowy oraz klasykę gatunku - tiramisu. Czy La Squadra zdała test espresso? Zdała. Kawa gorąca i aromatyczna, we właściwym rozmiarze z delikatna pianką na wierzchu. Duży plus również za znakomitą wodę GALVANINA, którą osobiście uwielbiam, a którą bardzo rzadko można zamówić we włoskich restauracjach, gdzie niepodzielnie rządzą Aqua Panna i San Pellegrino.



Cechą charakterystyczną tego miejsca jest sposób jaki goście umilają sobie czas oczekiwania na zamówiony posiłek. Pojedynczo lub gromadnie opuszczają stoliki i udają się do części wystawowej, gdzie mogą podziwiać prawdziwe perełki światowej motoryzacji. Cieszą oko nowsze i starsze modele Ferrari, BMW, Mercedesa czy Maserati. Możemy sobie pstryknąć fotkę lub wypytać o kilka szczegółów technicznych kogoś z obsługi.

Co odważniejsi zapuszczają się w dalszą część salonu, gdzie można już śmiało zamawiać upatrzony model. Jak nas chwilowo nie stać, to mamy okazję powzdychać sobie do pięknej Californii, wizualizując siebie za jej kierownicą - pędzącego w korkach.

Zawsze to lepsze niż wzdychanie do Dacii Logan.




Copyright © Fancy Life Lover