KARISMA czyli biostymulator tkankowy!



Ktokolwiek mnie zna bądź towarzyszy mi tutaj na blogu lub w mediach społecznościowych doskonale wie, jaki jest mój stosunek do zabiegów medycyny estetycznej. 

Nie kręci mnie botox, modelowanie ust, makijaż permanentny ani inne formy inwazyjnego poprawiania urody. Nie podobają mi się również wytwory końcowe tych zabiegów, czyli panie, które wyglądają jak zdjęte z taśmy produkcyjnej klonów stworków - potworków, które od ilości wypełniaczy nie mogą się ani zdziwić, ani uśmiechnąć.  

KARISMA

Oczywiste jest, że nie można wrzucać wszystkich do jednego worka. Czym innym jest nieumiarkowanie w stosowaniu tych wszystkich inwazyjnych zabiegów upiększających, a czym innym dbanie o zdrowy wygląd skóry twarzy i ciała. Właściwa pielęgnacja oraz umiejętnie dobrane preparaty potrafią czynić cuda i sprawić, że wyglądamy naprawdę dobrze i to bez przerysowanego efektu.

Idąc tym tropem, natrafiłam na biostymulator na bazie Rh kolagenu, który jest identyczny z ludzkim. To naturalny sposób na regenerację, poprawę napięcia i rewitalizację skóry twarzy, szyi czy rąk.

Producent deklaruje, że wystarczą tylko dwa zabiegi, aby uzyskać wszystkie deklarowane przez ulotkę efekty, jakimi są m.in.: delikatny lifting, poprawa konturu twarzy, redukcja zmarszczek, oraz zniwelowanie blizn i rozstępów.



JAK DZIAŁA BIOSTYMULATOR?


Bazuje on na stymulacji organizmu do regeneracji oraz tworzenia włókien kolagenu i elastyny, które odpowiadają za jakość skóry oraz jej elastyczność. KARISMA jako pierwszy biostymulator na polskim rynku, oparty jest o rekombinowany kolagen ludzki, uzyskiwany z hodowli jedwabników. Podając go bezpośrednio do skóry, ma poprawiać stan macierzy zewnątrzkomórkowej – ECM. 

Rh kolagen jest w stu procentach bezpieczny, dobrze tolerowany i nie powoduje reakcji alergicznych. Preparat pozbawiony jest chemicznych środków sieciujących, które powszechnie występują w większości preparatów wypełniających.

Tyle o preparacie mówi producent, a jak to wygląda w praktyce?


KONSULTACJA


Głównym powodem mojego zainteresowania zabiegami natury estetycznej był odwieczny problem ze skórą na szyi. Przesuszona, wiotka i marszcząca się pod każdym kontem zaczęła mi przeszkadzać jak odrost, który nie wiadomo skąd, pojawia się nagle i straszy Cię w lustrze i staje się obsesją do czasu, aż nie umówisz się do fryzjera na najbliższy termin.

Podobnie było w tym przypadku, więc postanowiłam coś z tym zrobić. Nie tracąc czasu na "doktoryzowanie się w necie" umówiłam się u źródła, czyli  w moim ukochanym Yennefer  Medical SPA na konsultację z Panią doktor - Sylwią Knast - specjalistą medycyny estetycznej z wieloletnim doświadczeniem.



Szczerze mówiąc, moje nastawienie było takie, że pójdę, posłucham o tych wszystkich cudownych niciach, wypełniaczach i wolumetriach w cenach rocznego "pićset plus” za jedną serię, podziękuję uprzejmie za wszystkie informacje i wyjdę. Po drodze wmówię sobie, że jednak nie jest ze mną tak źle i w ogóle trzeba umieć się starzeć z godnością i nie ulegać durnym trendom zatrzymywania młodości na siłę, kosztem odmawiania sobie jedzenia, co w konsekwencji spowoduje niepotrzebne schudnięcie i jeszcze większy obwis skóry. 

Istna kwadratura koła.

Jakie było moje zdziwienie, że zamiast usłyszeć, że bez wstrzyknięcia sobie dwóch średnich krajowych na dzień dobry nie mam się co pokazywać ludziom na ulicy, Pani doktor krótko i treściwie zdiagnozowała mój problem, dając proste i finansowo racjonalne rozwiązanie. 

Tym sposobem właśnie dowiedziałam się o istnieniu biostymulatorów w tym preparatu o nazwie Karisma, który już po pierwszym podaniu ma sprawić, że oddech dwudziestolatek na plecach nie będzie mi straszny. Nie myśląc za wiele, dałam się namówić na iniekcje, których tak bardzo nie lubię i wyśmiewam na każdym kroku.

Szach mat.

ZABIEG


Z racji tego, że preparat jest soft fillerem metoda jego podawania jest podskórna. Może być wykonywana techniką mezoterapii lub liniowo wsteczną. W moim przypadku Pani doktor doradziła mi mezoterapię. Zabieg jest dość krótki i odbywa się po miejscowym znieczuleniu skóry specjalnym kremem. 

Nie należy on do wyjątkowo bolesnych. Bezpośrednio po iniekcji skóra jest dość zaczerwieniona, mogą pojawiać się również nieliczne zasinienia jak w moim przypadku, które po kilku dniach znikają. Występuje również dość duża bolesność skóry na drugi dzień, ale również szybko ustępuje.

Jednym słowem nie ma powodu obaw

EFEKT


Biorąc pod uwagę, że od zabiegu minęło zaledwie kilka dni, szczerze muszę przyznać, że jestem mile zaskoczona. Wyraźnie zauważalne jest lepsze napięcie skóry w najbardziej zwiotczałych obszarach oraz poprawienie jej struktury. 

Zaleca się, aby zabieg powtórzyć po upływie miesiąca, ale jeżeli nie będzie takiej konieczności to re-aplikacja nie będzie potrzebna.

Mój hurra optymizm jest raczej wstrzemięźliwy, więc z uwagą będę się przyglądać postępującym zmianom lub ich braku. 

Czy było warto wydać 1500zł dam znać w kolejnym artykule.


UWAGA!
Niniejszy artykuł nie jest reklamą, nie był sponsorowany ani rozliczany barterowo. Powstał bez wiedzy producenta preparatu oraz gabinetu wykonującego zabieg. Nie jest również autoryzowany.

Publikacja ta wyraża wyłącznie moje osobiste doświadczenia oraz prywatne opinie. 


Smak różu czyli BORN ROSE BARCELONA!

”LA VIE EN ROSÉ”

Nie jest tajemnicą, że jestem wielką miłośniczką trunków w kolorze różowym. Z bąbelkami czy bez w napojach tego koloru kryje się "niewinny" kompromis pomiędzy tym co delikatne w białym a zdecydowanym jak czerwone. Jest nienachalne i niezobowiązujące, a dzięki wyjątkowej sztuce, jaka tkwi w idealnie dobranym kupażu rześkie i odświeżające. Przełamuje schematy, dając poczucie wolności w sposobie wyrażania siebie. 


pimcollective.com    

BORN ROSÉ BARCELONA

Na rynku jest zaledwie od 2019 roku. Założona przez młodych pasjonatów, których główną ideą było stworzenie najlepszego Rosé w Hiszpanii. Chcą łamać konwenanse i schematy, tworząc produkt lekki, łatwy i przyjemny w degustacji. Wszystko to bez zadęcia i zbędnej ideologii. Ich jasną dewizą jest:

"UNCORK AND ENJOY"

W sukcesie mają pomóc winogrona najlepszej jakości wyłącznie z organicznych upraw oraz krótka lista oferowanych produktów. Przełamaniem konwenansów jest również pakowanie ROSÉ w puszki, które w winnym świecie raczej nie cieszą się uznaniem, a wręcz pogardą kiperów i sommelierów. 
Firma prowadzi bardzo rozbudowany terytorialne marketing, a swoje działania skupia w social mediach. Nowoczesne podejście do promocji, ciekawy visual produktowy skutecznie dociera do młodych i lubiących cieszyć się życiem odbiorców. 

Trzy lata bytności na rynku spowodowały, że Born Rosé możemy dostać w najlepszych lokalach w Europie, Stanach Zjednoczonych, Azji oraz Australii. W Polsce niestety marka nie jest jeszcze powszechnie dostępna. Aktualnie możemy ją znaleźć w ofercie PIMCO.

noticiasdelujo.com                 

JAK POWSTAJE ROSÉ

Wbrew pozorom proces tworzenia doskonałego rosé nie polega na zmieszaniu białego z czerwonym, ale skrupulatnego procesu winifikacji. Używa się do tego czerwonych winogron o jasnym odcieniu, a ich maceracja trwa dużo krócej niż w przypadku powstawania czerwonych odmian, bo przerywana jest już po kilku godzinach w wyjątkowych sytuacjach dniach. W wyniku tego przyspieszonego procesu powstaje trunek o subtelnej barwie i niepowtarzalnym smaku.

robnikgroup.com     

Z CZYM I DO CZEGO PIJEMY ROSÉ?

Rosé nie jest jeszcze bardzo popularnym trunkiem, a jego spożycie jest ciągle znikome względem białego szampana i prosecco. Jego lekki charakter kojarzy się głównie z latem, lekkimi potrawami i deserami. Idealnie sprawdza się jako aperitif bądź szprycer z dodatkiem świeżych winogron, truskawek i fantazyjnych kostek lodu. Jest rześkie i świetnie gasi pragnienie w gorące dni. 


CO RÓŻOWEGO POLECAM?

Born Rosé jest moim najnowszym odkryciem i miłym zaskoczeniem z uwagi na stosunek ceny do jakości. W szczególności BRUT, który jest niesłychanie odświeżający w smaku i w 100% odzwierciedlający moje organoleptyczne gusta.

Od lat jestem fanką MOÉT & CHANDON ROSÉ IMPERIAL oraz VEUVE CLIQCUOT BRUT ROSÉ jednak ze względu na szlachetność i cenę tych trunków nie są one zbyt powszechnie dostępne w gastronomii. Częściej można spotkać ich klasyczne białe odmiany. Ekskluzywność powyższych wskazuje raczej ich spożycie w szczególnych okolicznościach przyrody jak urodziny, rocznice i egzotyczne wyjazdy niż bezrefleksyjne żłopanie w kawiarnianym ogródku bądź oblewanie się na koszt "Dżordża" ze słonecznego Miami.

Dlatego z  półki dużo niższej, ale w pełni poprawne, "wypijalne" i dostępne bez problemu są m.in: Freixenet Italian Rosé, Montelliana Brut Prosecco Rosé czy Prosecco Stock Rosé Brut.

Warto tu również wspomnieć Lillet Rosé, które reprezentuje inną kategorię napoju, ale równie wybornie smakuje latem w postaci zmiksowanej z owocami, świeżą miętą i lodem zwłaszcza z dachu SASSY ROOF TOP z widokiem na Gdańsk.


Jeżeli chcesz skosztować Born Rosé to na tę chwilę możesz to zrobić jedynie zamawiając je on-line w sklepie firmowym lub partnerskim. Klikając w TEN LINK, można skorzystać ze zniżki €10 przy zamówieniu powyżej €40. 

Wysyłka do Polskich jest darmowa dla wszystkich zamówień powyżej €30.


PS.
Artykuł nie jest sponsorowany i wyraża wyłącznie moje osobiste preferencje i odczucia. 
Zgodnie z Ustawą o zachowaniu w trzeźwości oraz przeciwdziałaniu alkoholizmowi Dz.U z 2021 r. poz. 1119, tekst jest skierowany wyłącznie do osób pełnoletnich.

The Collection's toys czyli MONO CAFÉ!

 


Nie ma chyba w Polsce osoby, która byłaby zakręcona na punkcie motoryzacji i nie znała the.collection. Jego słynny już garaż znajdujący się w poznańskim City Parku nie pozostawia obojętnym nikogo, a zwłaszcza rasowego petrolhead'a. 

THE.COLLECTION

Joseph Ammisah - bo o nim tu mowa, szturmem zdobył social media kilka lat temu. Serdeczny i uśmiechnięty. Zaraża swoich obserwujących niesłychaną pasją do samochodów oraz ogromnym optymizmem. Każdego dnia pokazuje niemal stutysięcznej rzeszy fanów swoje nowe projekty, kolejne super samochody oraz cząstkę życia prywatnego. 

Dzięki niemu mamy szansę "odwiedzić" najlepsze i najdroższe: salony samochodowe, restauracje oraz hotele w Polsce, Europie i na świecie. Pokazuje nam również swoje pasje i wyzwania, z jakimi się mierzy każdego dnia.



Na czym polega fenomen tego nietuzinkowego gościa? Z pewnością na jego osobowości. Otwarty, gadatliwy, chętnie i cierpliwie pozujący do zdjęć na tle swoich super fur. Pomimo tego, że jest obrzydliwie bogaty i mógłby jeździć Phetonem na tylnym siedzeniu, chodzić po mieście w otoczeniu rosłych ochroniarzy i patrzeć na wszystkich z góry, wybrał zupełnie inną drogę. Porzucił "wielki świat" dla Poznania, aby być bliżej swojej córki. I to w Poznaniu właśnie rozwija swoją samochodową kolekcję, stając się niemal atrakcją turystyczną tego miasta.

Bycie social mediowym celebrytą i dużą rozpoznawalność przekuwa w czynienie dobra. Organizuje akcje charytatywne, koncerty, rajdy i pokazy samochodów, a każdy z tych eventów niesie za sobą szczytny cel. 

"SAME SAME BUT DIFFERENT"

Dlatego nieważne czy jesteś dzieciakiem, spotterem, kolekcjonerem aut lub opierasz swój biznes na motoryzacji, to z pewnością, znajdziesz z the.collection wspólny język. To właśnie Joseph jest autorem kultowych w sieci ujęć odbijającej się sylwetki przejeżdżającego samochodu w witrynach sklepowych czy codziennego cardio na ręcznej myjni samochodowej. 

Sam autor chętnie udostępnia te "virale" na swoim profilu, tytułując je zawsze "same, same but different".


MONO CAFÉ W POZNANIU

Płynący na fali popularności Joseph nie odcina od niej wyłącznie. Jako rasowy inwestor i biznesmen wie doskonale, że "money makes money" dlatego przeniósł swój podziemny garaż w City Parku o jeden poziom wyżej, otwierając miejsce spotkań dla motoryzacyjnych freaków o nazwie MONO CAFÉ. To concept łączący w sobie kawiarnię oraz showroom z coraz większą ilością gadżetów sygnowanych logo the.collection. Jego centralnym punktem jest ekspozycja na jeden z samochodów należących do Josepha lub jego przyjaciół. To również sala konferencyjna jako miejsce spotkań biznesowych z motocyklami jako uzupełnienie tego dość wysmakowanego wnętrza.



Podczas mojej wizyty w Mono, w jej wnętrzu był zaparkowany żółty McLaren P1. Jednak ekspozycja w kawiarni jest na tyle dynamiczna, że nigdy nie wiemy jaki widok cuda motoryzacji nas w niej zaskoczy. Biorąc pod uwagę fakt, że the.collection przyjaźni się z takimi kolekcjonerami super aut jak collector73 czy Szymon Banaś, to źródło zachwytu może okazać się kompletnie niewyczerpywalne. 

I nie mówimy tu o stunningowanych przez Sebę "beciach", tylko rasowej i niszowej motoryzacji jak: Koenigsegg, Pagani, Bugatti, Bac Mono ...

KAWA I DESER

Auta autami, ale kawiarnia bez kawy to nie kawiarnia. Może oferowane tutaj "proste ziarna" z Brazylii niekoniecznie współgrają z hiper ekskluzywnością tego miejsca, ale były zaparzone poprawnie i w dobrej jakości ekspresie. Niewątpliwą urodą przyciągają uwagę mono desery, których smak był iście kompatybilny z ich wyglądem. Jeżeli nie jesteście fanami słodyczy, możecie skorzystać z karty przekąsek na słono. 

Z całą pewnością największą uwagę przykuwa wnętrze tego lokalu. Bardzo przemyślane z idealnie współgrającymi ze sobą elementami. Jednym słowem jest pięknie.


CITY PARK 

Wielkim niedopowiedzeniem byłoby pominięcie informacji, w jakim miejscu znajduje się opisana tutaj Mono Cafe. City Park Hotel & Residence to zrewitalizowana przestrzeń po XIX wiecznych koszarach wojskowych. W efekcie końcowym powstało swoiste "miasteczko" łączące w sobie bogatą historię oraz nowoczesność w luksusowym wydaniu. Mieszczą się tutaj: hotel, mieszkania, SPA sklepy oraz rozbudowana oferta gastronomiczna. 

Ale o tym już w kolejnym artykule.

KALENDARZE ADWENTOWE czyli luksusowe odliczanie do ŚWIĄT!


Grudniowe zjawisko nagminnie występujące we wszystkich social mediach zafascynowało mnie do tego stopnia, że postanowiłam zgłębić temat. Mowa tu oczywiście o szale na różnego rodzaju kalendarze adwentowe. 

Osobiście kojarzą mi się one z powiewem luksusu zza zachodniej granicy z początkiem lat 90-tych. Mini świąteczne czekoladki ukryte w kolorowym pudełku z okienkami - to był mokry sen każdego dziecka w tamtych czasach, a adrenalina towarzysząca podjadaniu słodkości na kilka dni na przód - niezapomniana do dziś. 

SZAŁ NA ODLICZANIE DO ŚWIĄT 

Bazując na tej naszej dziecięcej nostalgii, producenci produktów wszelakich, robią biznes, sprzedając nam magię świąt zaklętą we wspomniane pudełka z okienkami, w środku których kryją się ... 

No właśnie, co się w nich takiego właściwie kryje?

Obserwując histerię i zapłakane w social mediach blogerki, które nie wiedzą co począć dalej ze swoim życiem, gdyż nie dostały wymarzonego kartonika z tajemniczą zawartością, wydawać by się mogło, że skarby w tych kalendarzach kryją się wręcz niepojęte. 

Z drugiej strony. Czytam artykuły w szanowanych pismach takich jak Washington Post, The New York Times czy People o płynącej ze strony klientów lawinie "hejtu" na dom mody Chanel za wtykanie do kalendarza za 800 baksów naklejek, plastikowych bransoletek i woreczka przeciwkurzowego.

Nie ukrywam, że mam spory dylemat, co o tym wszystkim myśleć. To jak to jest z tymi kalendarzami? Są fajne czy jednak niekoniecznie?

chanel.com    

KALENDARZ DLA KAŻDEGO

Krótki research i okazuje się, że na czas świątecznych zakupów rozpoczynających się już od Black Friday, większość firm przygotowała coś adwentowego dla swojego odbiorcy i to absolutnie każdego. 

Znajdziemy kalendarze za kilka złotych z wyrobami czekoladopodobnymi na wzór tych sprzed 40 lat, które ucieszą każdego dziecko. Są również z herbatami, gumkami do włosów, winem, whiskey, skarpetami oraz ..... 

Dedykowane zwierzętom. Nie, nie pomyliłam się, nasze kotki, pieski czy króliki również mogą godnie odliczać czas do Pasterki. Jak już przemówią o północy, temat tegorocznej edycji kalendarza, będzie jak znalazł na nocne pogaduchy ze swoimi właścicielami:

"A wiesz Grażyna w przyszłym roku kategorycznie nie kupuj tego pate z tuńczyka - suchy i taki bez smaku. Krewetki w sosie były znacznie lepsze w edycji 2020, ale ragout z wołowiny w tym roku im wyszło mistrzowsko". 

Hasło na promocję: "Niebiański smak przekąsek, który zbliży Twojego pupila do ludzkiego Boga w 24 dni"

chanel.com     
  
  

BLING BLING

Nie od dziś wiadomo, że „najlepszym przyjacielem kobiety są brylanty” i na taką właśnie okoliczność jubilerzy doskonale się przygotowali i tym razem. Na polskim rynku kalendarze z biżuterią zaczynają się od 799zł, a kończą na 2849zł w przypadku marki YES. Konkurencja nie pozostaje w tyle. Wykorzystując wizerunek Anny Lewandowskiej (tej z trochę za długiej reklamy Apartu), oferuje kalendarz z produkami typu "beads" (taka podróba Pandory) w 20 ratach za jedyne 89,95 miesięcznie - aktualnie na stronie jest już wyprzedarzowa promka.

Za oceanem koszt okazuje się nieco wyższy. W Tiffany & Co. możemy spersonalizować kalendarz reklamowany przez małżeństwo Carter. Cena? Bagatela $150 000,00. Za wymienioną kwotę otrzymujemy drewniany mebel z 24 okienkami, w których znajduje się unikalna kolekcja biżuterii. Produkt ten został już okrzyknięty najbardziej ekstrawaganckim kalendarzem adwentowym 2021 roku na świecie. Cześć dochodu z jego sprzedaży zostanie przeznaczona na cele charytatywne i to bardzo ładnie ze strony Tiffany, bo nie każda firma ma taki gest.

Jeżeli obawiacie się, że Wasze drugie połówki zainspirują się i będą oczekiwać prezentu w cenie wysokości premii prezesa Obajtka, to uspokajam. Najbliższy butik tej marki jest w Berlinie, a kalendarze się już skończyły. 

tiffany.com      


OKIENKA Z URODĄ

Pisząc o kalendarzach adwentowych na bogato, warto wspomnieć propozycjach kosmetycznych. Christian Dior ($550) dostępny wyłącznie w butikach firmowych. Składa się miniaturek kosmetyków, a jego zawartość oceniana jest przez szczęśliwe posiadaczki na mocne cztery w skali Google'a. Za podobną kwotę, czyli ok. 2-3k możemy kupić set od La Mer, Aqua di Parma x Emilio PucciGuerlain. 

  dior.com      


Bardzo chwalony za swoją kompozycję oraz tzw. "price value" jest kalendarz adwentowy przygotowany przez markę YSL. Dostępny w takich sieciach drogeryjnych jak Sephora czy Douglas w cenie 1999zł. 

 yslbeautyus.com 

Dla fanek makijażu na wysokości zadania stanęły również takie marki jak: HudaBenefit, MAC jak i setki innych.

Jeżeli temat Was zafascynował, pełną listę znajdziecie na stronie VOGUE oraz TOWN AND COUNTRY MAG.  

WŁOSOMANIACZKI

Dość spora grupa w social mediach, która "umie we włosy". Jeżeli terminy OMO, olejowanie, wysokoporowatość czy odżywka humektantowa, mówią Wam kompletnie nic, to znaczy, że czas podciągnąć się z wiedzy na temat prawidłowej pielęgnacji skalpu. Oczywiście nic nie pomoże nam w tym lepiej niż profesjonalny zestaw do włosów zamknięty w kalendarzu. Sprawi on, że oczekiwanie na narodzenie Jezusa upłynie w podniosłej atmosferze nakładania aktywatora wzrostu na włosy. Na ten podniosły czas firma z polskiego podwórka, która za sprawą "włosowych kalendarzy" zaliczyła PRową wtopę roku. Okazało się bowiem, że produkty zawarte w zestawach Hair in Balance są w opakowaniach po żelu do dezynfekcji rąk tylko, że sprytnie oklejone. Firma tłumaczyła się duchem zero waste, ale wyraźnie coś "nie pykło", bo produkty wycofano z oferty np. w sieci Rossmann.



Pozostając jeszcze w tematyce włosów nie można nie wspomnieć o luksusowych zestawach świątecznych od marki Balmain Hair Cuture. Inspirowane Paryżem nocą kalendarze występują w dwóch rozmiarach średnim za 560zł oraz dużym w cenie 980zł. Znajdziecie w nich o dziwo pełnowymiarowe produkty oraz logowane gadżety. Całość jest bardzo spójna i przyjemna wizualnie dla oka. Produkty tej marki kupicie na ich oficjalnej stronie oraz stacjonarnie i online w butiku Moliera 2.
balmain.com              


ADWENT

To czas, który do niedawna kojarzył mi się wyłącznie ze znienawidzonymi roratami w podstawówce. Msze, na które trzeba było dymać w mróz, w śniegu po kolana przez czarny jak oczy diabła las, tylko po to, aby zdążyć na 6 rano, a w grudniu to jakby środek nocy. 
Wytrwali za ten heroiczny wyczyn dostawali obrazek z Jezuskiem, czyli bezterminowy karnet open do bram raju.


apart.pl          

Teraz adwent to zupełnie inna bajka. Aktualnie to czas kontemplacji, ale li wyłącznie w wydaniu konsumpcyjnym pod publiczkę. 

Konta influencerów na całym świecie nafaszerowane reklamami jak domowy świąteczny keks bakaliami, każdego dnia wmawiają nam, że nasze życie bez kalendarza jest wprost "chrześcijańsko" niepełne. 

No cóż, takie czasy.

A Ty? Przyznaj się jaki kalendarz przytuliłaś w tym roku?

PS.

Na pierwszym zdjęciu mój osobisty kalendarz marki Waterdrop, który lubi mnie za to, że piszę o nich dobrze i to bez współpracy i pieniędzy. Ja natomiast lubię ich za produkty, które mają w ofercie i nie żałuję wydanych na nie swoich osobistych pieniędzy. 


KOBIDO czyli lifting bez skalpela?

     

Z jazdą samochodem jest tak, że jak już ktoś raz rozpędzi się do 200 km/h, to potem zwalniając do setki, ma wrażenie, że stoi w miejscu. Obserwując wiele współczesnych kobiet, odnoszę wrażenie, że z zabiegami medycyny estetycznej jest bardzo podobnie. Jak już zaczniesz gmerać przy swojej twarzy, to ciężko Ci przestać.

A jak dobrze wiemy ścieżka do perfekcyjnego “look’u” bywa kręta, wyboista i często prowadzi donikąd.

Z reguły zaczyna się niewinnie. Kwasy, mezoterapia bezigłowa, igłowa, osocze i lasery. Dla urody permanentne “brefki” z szablonu, rzęski z norki oraz usta tak tylko lekko nawilżone i to nic, że już mocno poza obrysem. Kolejny krok to ostrzykiwanie jadem kiełbasianym. W konsekwencji jakieś 10 tysięcy mniej w portfelu. Jednak cel uświęca środki, bo to jest współczesny kanon piękna. Wszystkie tak mają, (no może prawie) to chcę i ja! Nieważne, że mam 20 lat i świetnie wyglądam bez tego wszystkiego. Taka presja środowiska i mediów. Naturalne jest "nieestetyczne" jakby powiedziała "Bożenka z Klanu".



Ja również mam z botoksem swoją osobistą przygodę. Kilka lat temu zainspirowania koleżankami również postanowiłam iść drogą po piękniejsze ja. Pierwszym zabiegiem miał być właśnie jad kiełbasiany wstrzykiwany w czoło. Poszłyśmy gromadnie to "prestiżowego" gabinetu w Katowicach - każda po swoją dawkę piękna. Niestety po dwóch tygodniach okazało się, że tylko u mnie nic się nie wydarzyło. Ani jedna zmarszczka się na rozprostowała, a wszystkie inne poszły zgodnie za jej przykładem. Zdziwiony pan doktor po długim wywodzie merytorycznym skwitował to ot tymi słowy:


„Wie Pani są takie pacjentki - żmije, które swój jad genetyczny mają silniejszy niż ten wstrzykiwany i wtedy to, to nie działa. Rzadko się zdarza, ale jednak występuje”

Szczerze? Nie zdziwiło mnie to za bardzo. Po pierwsze, bo botoks faktycznie nie trzymał, a po drugie doktor trafił z tym porównaniem mojej osoby w dziesiątkę. Śmiechom nie było końca, ale tysiaka za zabieg nie oddał.


I tym sposobem mój romans z zabiegami medycyny estetycznej został definitywnie zakończony.

No bo i po co? A dwa, podejście "luksusowej" kliniki do fuszery również mocno odstawało od moich oczekiwań jako pacjentki.


Jednak nie każda z nas umie powiedzieć pas. Jeżeli kosmetologia staje się niewystarczająca przechodzi się na “level master” czyli chirurgię plastyczną. Efekt końcowy tego poziomu? Celebrycko-aktorskie profile jasno obrazują, że może być różnie - oj bardzo różnie. Bo albo będziemy wyglądać jak Kris Jenner, albo Joselyn Wildenstein. Wszystko to kwestia gustu, budżetu, lekarza i indywidualnych cech naszego organizmu albo … zwykłego przypadku.




Oczywiste jest, że żadna z pań z tych znanych jak i nieznanych oficjalnie i otwarcie do zabiegów upiększających się nie przyznają. Wyjątkiem są influencerki, które w barterze relacjonują te wszystkie kosmetyczne rewelacje na swoich social mediach. Darmowy zabieg w zamian za "story" równa się zerowa wiarygodność, bo jak tu skrytykować post sponsorowany?


Cała reszta zauważalne zmiany w swoim wyglądzie zawdzięcza przede wszystkim: genom, wierze, zdrowej diecie i fazom księżyca. 


Jednak ostatnimi czasy, wśród celebrytek bardzo modne stało się wskazywanie na masaż o tajemniczej nazwie KOBIDO jako autentyczną i jedyną zasługę ich pięknego wyglądu.

Kobido, ale co chodzi?


Kobido podobnie jak wszystkie inne skuteczne metody w walce o dobrze wyglądającą skórę, pochodzi z Azji. Osobiście nic tak bardzo do mnie nie przemawia jak zdjęcia Koreanek czy Japonek, które po skończeniu 30 lat wpadają w wiek precyzyjnie nieokreślony i mają tak aż do późnej starości. Wszystko to dzięki wieloetapowej pielęgnacji oraz konsekwencji w jej stosowaniu. Uzupełnieniem dobrze dobranych kosmetyków są również masaże twarzy np. japoński albo #kobido właśnie. Ten ostatni nazywany jest również “naturalnym liftingiem twarzy”. Polega na intensywnym masowaniu tkanek głębokich mięśni twarzy, szyi i dekoltu na sucho, czyli bez olejku czy ampułki. 


Zabieg podzielony jest na cztery etapy: relaksacja, drenaż, lifting oraz akupresura. 


YENNEFER MEDICAL SPA


Z racji tego, że raz na jakiś czas daję się ponieść instagramowym rewelacjom zaryzykować. Na miejsce tego eksperymentu wybrałam salon SPA, który od dłuższego czasu mijałam, pędząc do Lidla na “promki” okolicznościowe. Pozytywne opinie, przejrzysta strona internetowa z cennikiem oraz możliwość rezerwacji wizyty on-line przekonały mnie właśnie do wyboru Yennefer Medical SPA.


Jednak jak wiadomo to nie strona internetowa, a ludzie finalnie decydują o tym czy miejsce, do którego się udajemy, spełni nasze oczekiwania. W przypadku Yennefer była to pełna zgodność. Od uśmiechniętej recepcjonistki, profesjonalnego zabiegu po przemiłą właścicielkę.


Bardzo lubię takie miejsca.


ZABIEG?


To czysta przyjemność. Pomimo tego, że masaż jest dosyć intensywny, jest całkowicie bezbolesny. Skupia się na newralgicznych punktach na twarzy: okolice oczu i ust, podbródka oraz szyi. Całość trwa około godziny w tym ostatnie 15 minut to maska nawilżająca w płachcie, której zadaniem jest ukojenie po skóry po zabiegu.


Z pewnością interesuje Was skuteczność Kobido.


Jak w przypadku każdego nieinwazyjnego zabiegu liczy się przede wszystkim regularność i konsekwencja. Minimalna seria, jaką należy zastosować to 6 zabiegów w tygodniowych odstępach. Jednakże już po pierwszym masażu wyraźnie odczuwamy, że nasza skóra jest dużej lepiej ukrwiona i napięta, a dzięki masce intensywnie nawilżona. Po 3-4 pełnych zabiegach wyraźnie widać poprawę jędrności skóry, znikają drobne zmarszczki oraz linie mimiczne. U mnie wyraźnie poprawił się owal twarzy, więc osobiście uważam, że warto.


Tym samym wprowadziłam ten zabieg jako stały element w pielęgnacji swojej twarzy kosztem "cudownych" kremów z kawiorem, śluzem ślimaka oraz wyciągu z rogu jednorożca, które umówmy się, działają bardziej na wyobraźnię i portfel niż na którykolwiek z objawów grawitacji.


W rankingu #hitczyhit stawiam na HIT!






Tu jest jakby luksusowo czyli KOPI LUWAK!

Dzisiaj artykuł z serii - czego to ludzie nie wymyślą czyli o jednej z najdroższych na świecie odmianie ziaren, bez których połowa ludzkości nie umie prawidłowo rozpocząć dnia.

O czym mowa? 

O kawie o tajemniczej nazwie KOPI LUWAK.

Zwykła kawa?

Teoretycznie rzecz biorąc, KOPI LUWAK to nic innego jak kawa palona z arabiki, uprawnianej w krajach wysp indonezyjskich takich jak: Sumatra, Jawa czy Celebes. Jednak sposób w jaki  pozyskuje się ziarna do jej przygotowania sprawia, że staje się ona najdroższą i najbardziej luksusową kawą na świecie. Cały jej sekret to ekskrementy czyli odchody małych, uroczych i futrzastych zwierzątek z rodziny łaszowatych - łaskuna muzanga inaczej cyweta azjatycka. W Indonezji nazywana również luwakiem. To właśnie od nazwy jej "producenta" kawa zyskała swój przydomek #LUWAK. Przedrostek #KOPI, to lokalna nazwa kawy. W całości i dla zapamiętania: #KOPILUWAK.

Dlaczego kawa przetrawiona i wydalona przez zwierzęta, taka jak KOPI LUWAK czy zyskująca ostatnio na popularności BLACK IVORY COFFEE (kawa z Tajlandii pozyskiwana z ekskrementów słonia azjatyckiego) są opisywane przez ich fanatyków i koneserów smaku jako obietnica wielowymiarowych doznań, cudownych olśnień oraz wyjątkowej inspiracji?

Wyjątkowy smak

Kawa dla luwaka to przysmak, a one same są prawdziwymi jej znawcami. Wyszukują tylko najlepsze i najbardziej dojrzałe owoce arabiki. Zjadają je w całości ale trawią tylko ich miąższ. Nasiono natomiast poddawane jest tylko lekkiej fermentacji przez enzymy trawienne oraz bakterie kwasu mlekowego. Luwak wydala ziarno w stanie nienaruszonym. Z racji tego, że futrzak je na raz więcej niż jeden owoc, jego odchody formują się w charakterystyczny słupek sklejonych ziarenek. Podczas całego procesu trawiennego, kawa traci całą swoją gorycz na rzecz nowego, łagodnego i aksamitnego smaku. I właśnie ten wyjątkowy aromat i bukiet smakowy jest tak wysoko ceniony przez kawoszy z całego świata. Do tego stopnia, że są w stanie zapłacić krocie za jedną filiżankę. W zależności od lokalizacji kawiarni espresso z KOPI LUWAK może kosztować nawet 100zł. Natomiast cena kilograma tych ziaren może sięgać nawet 1500 dolarów.

Oczywiście ziarna przed prażeniem są starannie oddzielane od siebie oraz myte. Dopiero oczyszczone poddawane są paleniu podobnie jak tradycyjna kawa pozyskiwana metodą na mokro lub na sucho (sposób oddzielania miąższu od nasion). Może być ona jasno lub ciemno palona wszystko jest kwestią idywidualnych preferencji spożywającego.


Etyka?

Podobnie jak w przypadku wielu dóbr luksusowych, tak i tutaj mamy wątek natury etycznej. Z uwagi na fakt, że kawa ta przez stulecia zyskała licznych zwolenników, a jej cena na rynkach poszybowała jak aktualny kurs bitcoina, wielu mieszkańców Indonezji, Wietnamu czy Filipin znalazło w niej pomysł na bardzo i bardzo dochodowy biznes. 

Początkowo wysoka cena "kopi luwaka" wynikała z trudności jaka wiązała się z jego pozyskaniem. Ziarna można było znaleźć jedynie w pobliżu siedlisk cywety bądź terenów plantacji. Przeczesywanie przez lokalną ludność terenu w poszukiwaniu ich odchodów była żmudna i mało efektywna. 
Z czasem zamiast odchodów zaczęto szukać samych luwaków celem ich zniewolenia masowej hodowli. Do dziś są zamykane w ciasnych klatkach i karmione wyłącznie kawą. Dzięki takim fermom pozyskanie surowca i to w dużej ilości stało się szybsze i o wiele łatwiejsze. Niestety cywety w takiej niewoli żyją bardzo krótko. W głównej mierze poprzez notoryczne karmienie ich wyłącznie kawą, która w naturze jest jedynie uzupełnieniem ich diety, a nie jej podstawą.

Oszustwa

Nie tylko wątpliwa moralnie jest hodowla luwaków ale i cena kawy sygnowana tą nazwą, którą można kupić bardzo okazyjnie. Z uwagi na fakt, że bardzo niewiele osób na świecie jest w stanie rozpoznać oryginalną kopi luwak od innej arabiki, wielu handlarzy miesza oba rodzaje w niekorzystnych dla płacącego proporcjach. Często zdarza się również, że kupowany kopi luwak jest nim tylko i wyłącznie z nazwy. 
Dlatego jeżeli chce spróbować oryginalnego i prawdziwego "luwaka", kupujcie produkt od zaufanej palarni. Zwróćcie również uwagę czy posiada ona certyfikat pochodzenia, który gwarantuje, że produkt nie pochodzi z nielegalnych ferm.

Czy warto?

Na to pytanie każdy powinien sobie odpowiedzieć indywidualnie. Osobiście jestem zdania, że warto poszerzać swoje horyzonty o doświadczenia a posteriori, a nie twierdząc a priori, że nie, że bez sensu, że nie warte swojej ceny i ogólnie to kolejna głupia fanaberia bogatych. 

Jeżeli lubisz kawę, masz wysublimowane podniebienie, jesteś smakoszem lub zwyczajnie Cię stać, spróbuj i przekonaj się, czy rzeczywiście opinia o tej kawie jest rzetelna. Bez spróbowania nie można powiedzieć, że to kolejny, przereklamowany i przepłacony produkt niszowym, który nie jest wart ani swojej ceny, ani szumu wokół niego.

Jeżeli już się zdecydujecie, pamiętajcie, że każdą ekskluzywną kawę (nie tylko Kopi Luwak) warto degustować bądź kupować tylko i wyłącznie w sprawdzonych miejscach. Tylko takie są gwarantem pochodzenia ziaren oraz ich świeżości. Ma to ogromne znaczenie, ponieważ tylko z takiej kawy powstaje dobrej jakości czarny napar.

Ja osobiście wybrałam palarnię TOMMY CAFE #tommycafe, która od lat specjalizuje się w imporcie oryginalnej kawy KOPI LUWAK z Sumatry i gwarantuje jej bardzo wysoką jakość.

"KAŻDEGO SZKODA" czyli debiut książkowy JULII OLEŚ!


Decyzja o przeczytaniu książki z tzw. "self publishingu" to najczęściej spore ryzyko. Bo skoro żadne wydawnictwo w tym kraju (a jest ich trochę), nie zdecydowało się na jej publikację, to znaczy, że możemy spodziewać się po takiej pozycji absolutnie wszystkiego. Od  popisu megalomańskiej grafomanii, której za nic w świecie nie da się już odzobaczyć, po dzieło, które przeora nam psychikę na wiele tygodni, burząc ustalony porządek świata, niczym "De revolutionibus orbium coelestium". Z przewagą jednak ryzyka sięgnięcia po „gniota”.

Ot taka bibliofilska loteria. 

INSTALIFE

W przypadku "Każdego szkoda" nie mamy do czynienia ani z jednym ani z drugim. Książka w stu procentach odzwierciedla styl i język wypowiedzi znany z publicznego życia autorki - Fabjulus czyli swoisty mix: afiltracji, autobiografii, autoreklamy, autoironii i kolejnej afiltracji w codziennym ”apdejcie” na instastories. Całość okraszona charakterystycznym pozdrowieniem: "Dzień dobry ziemniaczki”, a “Haliny i Anrzeje” to odbiorcy tej kreacji.  

Książkę czyta się tak, jak się oglądało pierwszy sezon "Seksu w Wielkim Mieście" - szybko. Różnica jest tylko taka, że u Fabjulus nie ma ani wielkiego miasta, ani ognistego seksu w tle. Osobiście uważam, że pani Julia jako zdeklarowana Ślązaczka i mieszkanka Katowic, nie zdecydowawszy  się na szersze opisanie chociaż kilku ciekawych lokalizacji, restauracji i projektantów wywodzących się ze stolicy Górnego Śląska, bardzo zubożyła tą opowieść. Rzadko się bowiem zdarza, aby Miasto Ogrodów było tłem czegoś innego niż strajki górników.

Szkoda.

HISTORIA

Sama opowieść może być w skrócie przyrównana do takiego bilansu trzydziestolatki. Czyli: coś już tam przeżyłam, doświadczyłam dobrego i złego w pracy, w związkach, stosunkach międzyludzkich i pomimo wszechogarniającego mnie strachu przed zbliżającą się starością z pierwszymi zmarszczkami na twarzy, dam radę iść dalej, bo mam przyjaciół i sobie wzajemnie pomagamy.

Teoretycznie rzecz ujmując, każdy kto szczęśliwie dociągnie do wieku około chrystusowego może poczynić takie oto wspominkowe dzieło. U jednych będzie to kilkanaście stron bez fajerwerków, inni mogą machnąć od ręki trylogię, która mogłaby zawstydzić Mike'a Jaggera i Blankę Lipińską razem wziętych i to tylko pod warunkiem, że zatrzymaliby się na swoich 25 urodzinach i zasłaniali się pomrocznością jasną.

Na szczęście w kraju, w którym ciągle więcej osób pisze książki niż je czyta, nie wszyscy trzydziestolatkowie są aspirantami literackimi i mają ochotę przesuwać w nieskończoność te nierówne proporcje. 

Chwała im za to. 

TAJEMNICZY BOHATER

W przypadku "Każdego szkoda" ze wsparciem marketingowym ruszyły prawie wszystkie media plotkarskie w tym kraju. Wszystko to za sprawą węszących sensacji dziennikarzy, którzy fakt wydania fabksiążki połączyły z zakończeniem dość burzliwego i medialnego związku pani Julii z pewnym bardzo znanym  i równie kontrowersyjnym dziennikarzem. Część pismaków jednogłośnie stwierdziła, że mroczna postać Andrzeja z opowieści, to nikt inny jak Kamil Durczok. 
Zainteresowani nie odnosili się do tych rewelacji zbyt wylewnie. Pan Kamil nie powiedział nic. U Fabjulus nastąpiło dementi w stylu „nie potwierdzam i nie zaprzeczam, jak chcecie się przekonać to kupcie i przeczytajcie książkę”. Typuję, że wiele ciekawskich Grażynek tylko z tego powodu książkę nabyło. Podobnie jak wszyscy ex autorki chcący się przekonać, czy aby o sobie też czegoś w niej nie znajdą. Jak wiadomo wspólne zdjęcia z Insta łatwo skasować, a bycia “bohaterem literackim” już nie.
Sama autorka nie bazowała na promocji budowanej na swoich "byłych Andrzejach". Może wiązało się to z obawy przed pozwami, a może z braku chęci babrania się w przeszłości i publicznego prania brudów. 

Ogólnie wyszła z tego zamieszania z klasą.

I tak bez wsparcia wydawnictwa i Empiku, za to z wykorzystaniem konsekwentnie budowanego od 2014 konta na Instagram'ie oraz strony fabjulus.pl. od połowy czerwca Fab rozpoczęła zmasowany atak na swoich followersów, przekształciwszy  profil na całodobowe narzędzie promujące sprzedaż książki. 

Finalnie, czy to za sprawą osobowości autorki, zachęty tabloidów, czy wartości merytorycznej opowiadania, sprzedało się tego 5000 egzemplarzy. 

Sama zainteresowania uznała to za niebywały sukces, deklarując tym samym kontynuację swojej pisarskiej przygody.

SEDNO

Wracając do samej historii, która w większości opiera się na byciu ofiarą przemocy psychicznej i/lub fizycznej ze strony partnera, nasuwa się zasadnicze pytanie „dlaczego?”. Dlaczego my kobiety, bez względu na to jakie mamy wykształcenie, pochodzenie czy status materialny, tkwimy latami w toksycznych związkach? W imię czego znosimy upokorzenie i strach? Dlaczego facet który nie czuje się komfortowo w relacji, pakuje swój węzełek i bez żalu trzaska drzwiami, a my "madki polki bohaterki” ryczymy do poduszki tkwiąc w beznadziei przez lata? Dlaczego zamiast znaleźć w sobie odwagę i zmienić swoje życie wpieprzamy antydepresanty jak "lentilki", zakłamując chorą rzeczywistość?

Odpowiedź jest stosunkowo prosta. Nie mamy odwagi. 

Nie mamy odwagi aby zrezygnować z życia w złotej klatce, hołdując zasadzie, że lepiej płakać w Mercedesie niż na przystanku. Nie mamy odwagi przyznać się przed rodziną i znajomymi, że nam nie wyszło. Nie mamy odwagi być i żyć same. Nie mamy odwagi podjąć decyzji o odejściu/rozwodzie wierząc, że on się poprawi i będzie tylko lepiej. Otóż nie będzie, a rozwód to nie koniec świata.

I do momentu, w którym w naszym durnym społeczeństwie będzie dominował stereotyp, że kobieta nie ma prawa być spełniona w formie jaką uznaje dla siebie za najlepszą, bez względu na to ile książek, podcastów, badań i opracowań na ten temat powstanie - nic się nie zmieni.

Amen.



Copyright © Fancy Life Lover