GOODIEBOX czyli szczęście ukryte w pudełku!



Idea subskrypcyjnych boxów niespodzianek z kosmetykami jest obecna na rynku już od bardzo dawna. Osobiście podchodziłam do niej dość sceptycznie z uwagi na wiele czynników. Jeden z nich był przeważający - po jaką cholerę zamawiać coś, czego się nawet nie potrzebuje. 

Po latach pokornie stwierdzam, że zbyt szybko i pochopnie przekreśliłam ten concept.

Miesięcznie na rynku kosmetycznym ma miejsce kilkaset premier produktowych. Większość z tych nowości pojawia się w opłacanych przez producenta reklamach, gdzie pod niebiosa wychwalają je wszelkiej maści celebrytki. Prawdziwe influencersko - blogerskie "polecajki" również już dawno się skończyły. 

W postach, rolkach i relacjach we wszelkiej maści social mediach większość kosmetycznych rekomendacji jakie możemy znaleźć to oznaczone i nieoznaczone reklamy, bartery i product placementy, którym ciężko w jakikolwiek sposób zaufać czy  zawierzyć. 

Jednak nie da się kupić i wypróbować wszystkiego na sobie. Taka metoda prób i błędów jest po pierwsze szalenie nieekonomiczna finansowo i czasowo, a dwa nie sprzyja duchowi zero waste. Bo co zrobić z kremem, podkładem czy pomadką, które nam nie spasowały? Wyrzucić, dać komuś czy gromadzić do wyczerpania miejsca na półce w łazience?  

No kłopot.

Dlatego dla osób, które lubią kosmetyczne nowinki, ale niekoniecznie chcą wydawać na nie fortuny, boxy są rozwiązaniem wprost idealnym.


Zasada jest banalnie prosta. Szukamy firmy oferującej kosmetyczną subskrypcję, rejestrujemy konto, podpinamy kartę i gotowe. Co miesiąc aż do momentu rezygnacji będziemy otrzymywać pudełko z różnego rodzaju kosmetykami do twarzy, ciała i włosów, aby móc je rzetelnie przetestować w domowym zaciszu.

Jaką firmę wybrać? Jak zwykle wybór jest ogromny, dlatego najlepszym sposobem jest przyjrzenie się zawartości poprzednich edycji pudełek. Na tej podstawie z pewnością dobierzemy firmę, która oferuje produkty najbliższe naszym oczekiwaniom. 

Ja postanowiłam iść nieco pod prąd i skorzystać z oferty najbardziej rozreklamowanej w social mediach firmy, czyli GOODIEBOX.

GOODIEBOX

To wywodząca się z Kopenhagi firma kosmetyczna, która w roku 2012 wyspecjalizowała się w pudełkach kosmetycznych. Początkowo działała tylko na terenie Danii, jednak zainteresowanie oferowanymi przez nią boxami szybko przekroczyło granice ojczyzny klocków Lego. Już kilka lat później firma mogła pochwalić się ponad 80 tys. subskrybentkami z Niemiec, Norwegii, Belgii, Holandii i Szwecji. Jednak apetyt firmy się nie zmniejszał.

CEL? Sto pięćdziesiąt tysięcy aktywnych subskrybentów.

W roku 2019 utworzony przez Goodiebox beauty-tech startup zebrał w finansowaniu społecznościowym (crowdfunding) ponad 9 mln euro. Kapitał został przeznaczony na rozbudowanie oferty oraz na podbój nowych rynków zbytu w tym m.in. Polski. To właśnie dzięki tym środkom od początku tego roku możemy obserwować intensywną i mistrzowsko przeprowadzaną kampanię marki. 

Goodiebox zawładnęła polskimi mediami społecznościowymi, deklasując rodzime firmy takie jak: PUREBOX, SHIBUSHI, BEGLOSSY czy ILOVEBOX.

POKAŻ KOTKU, CO MASZ W ŚRODKU?

Jaka jest autentyczna zawartość boxa - ta materialna i nam osobiście odpowiadająca, można przekonać się, zamawiając pudełko startowe. Dzięki kodom polecającym koszt wraz z wysyłką do Polski to tylko 45zł. Chcesz spróbować? Kliknij ten LINK i odbierz 50% rabatu na swoje pierwsze pudełko.

Ja wczoraj otrzymałam już swoje czwarte pudełko. Każde z nich ma różniącą się od siebie zawartość. Są to głównie kosmetyki do pielęgnacji i oczyszczania twarzy i włosów takich niszowych marek jak m.in: ECOOKING, IVY AIA, McoBeauty, Elemis. Każda z nich jest w Polsce albo całkowicie nieznana, albo dostępna wyłącznie w małych drogeriach internetowych. 

Znajdziemy w nich również akcesoria do masażu twarzy i głowy.

Pojemności są zróżnicowane. Część produktów ma pełnowymiarowy rozmiar, część jest w wersji podróżnej. Z całą pewność wartość całego boxa znacząco przekracza jego cenę, czyli 89,99zł.

Ponadto całość zapakowana jest w szufladkowy kartonik, który można wykorzystać do przechowywania różnych drobiazgów, jak również połączyć ze sobą tworząc mini komódkę.  

Całość jest bardzo estetyczna i każdorazowo przekracza zapłaconą wartość.

Jednym słowem POLECAM wszystkim wielbicielkom kosmetyków marek niszowych, lubiących testować ciągle czegoś nowego.

PS.

Niniejszy wpis (jak każdy na tym blogu) nie jest materiałem reklamowym ani w żaden sposób sponsorowany przez firmy tutaj wymienione.

KALENDARZE ADWENTOWE czyli luksusowe odliczanie do ŚWIĄT!


Grudniowe zjawisko nagminnie występujące we wszystkich social mediach zafascynowało mnie do tego stopnia, że postanowiłam zgłębić temat. Mowa tu oczywiście o szale na różnego rodzaju kalendarze adwentowe. 

Osobiście kojarzą mi się one z powiewem luksusu zza zachodniej granicy z początkiem lat 90-tych. Mini świąteczne czekoladki ukryte w kolorowym pudełku z okienkami - to był mokry sen każdego dziecka w tamtych czasach, a adrenalina towarzysząca podjadaniu słodkości na kilka dni na przód - niezapomniana do dziś. 

SZAŁ NA ODLICZANIE DO ŚWIĄT 

Bazując na tej naszej dziecięcej nostalgii, producenci produktów wszelakich, robią biznes, sprzedając nam magię świąt zaklętą we wspomniane pudełka z okienkami, w środku których kryją się ... 

No właśnie, co się w nich takiego właściwie kryje?

Obserwując histerię i zapłakane w social mediach blogerki, które nie wiedzą co począć dalej ze swoim życiem, gdyż nie dostały wymarzonego kartonika z tajemniczą zawartością, wydawać by się mogło, że skarby w tych kalendarzach kryją się wręcz niepojęte. 

Z drugiej strony. Czytam artykuły w szanowanych pismach takich jak Washington Post, The New York Times czy People o płynącej ze strony klientów lawinie "hejtu" na dom mody Chanel za wtykanie do kalendarza za 800 baksów naklejek, plastikowych bransoletek i woreczka przeciwkurzowego.

Nie ukrywam, że mam spory dylemat, co o tym wszystkim myśleć. To jak to jest z tymi kalendarzami? Są fajne czy jednak niekoniecznie?

chanel.com    

KALENDARZ DLA KAŻDEGO

Krótki research i okazuje się, że na czas świątecznych zakupów rozpoczynających się już od Black Friday, większość firm przygotowała coś adwentowego dla swojego odbiorcy i to absolutnie każdego. 

Znajdziemy kalendarze za kilka złotych z wyrobami czekoladopodobnymi na wzór tych sprzed 40 lat, które ucieszą każdego dziecko. Są również z herbatami, gumkami do włosów, winem, whiskey, skarpetami oraz ..... 

Dedykowane zwierzętom. Nie, nie pomyliłam się, nasze kotki, pieski czy króliki również mogą godnie odliczać czas do Pasterki. Jak już przemówią o północy, temat tegorocznej edycji kalendarza, będzie jak znalazł na nocne pogaduchy ze swoimi właścicielami:

"A wiesz Grażyna w przyszłym roku kategorycznie nie kupuj tego pate z tuńczyka - suchy i taki bez smaku. Krewetki w sosie były znacznie lepsze w edycji 2020, ale ragout z wołowiny w tym roku im wyszło mistrzowsko". 

Hasło na promocję: "Niebiański smak przekąsek, który zbliży Twojego pupila do ludzkiego Boga w 24 dni"

chanel.com     
  
  

BLING BLING

Nie od dziś wiadomo, że „najlepszym przyjacielem kobiety są brylanty” i na taką właśnie okoliczność jubilerzy doskonale się przygotowali i tym razem. Na polskim rynku kalendarze z biżuterią zaczynają się od 799zł, a kończą na 2849zł w przypadku marki YES. Konkurencja nie pozostaje w tyle. Wykorzystując wizerunek Anny Lewandowskiej (tej z trochę za długiej reklamy Apartu), oferuje kalendarz z produkami typu "beads" (taka podróba Pandory) w 20 ratach za jedyne 89,95 miesięcznie - aktualnie na stronie jest już wyprzedarzowa promka.

Za oceanem koszt okazuje się nieco wyższy. W Tiffany & Co. możemy spersonalizować kalendarz reklamowany przez małżeństwo Carter. Cena? Bagatela $150 000,00. Za wymienioną kwotę otrzymujemy drewniany mebel z 24 okienkami, w których znajduje się unikalna kolekcja biżuterii. Produkt ten został już okrzyknięty najbardziej ekstrawaganckim kalendarzem adwentowym 2021 roku na świecie. Cześć dochodu z jego sprzedaży zostanie przeznaczona na cele charytatywne i to bardzo ładnie ze strony Tiffany, bo nie każda firma ma taki gest.

Jeżeli obawiacie się, że Wasze drugie połówki zainspirują się i będą oczekiwać prezentu w cenie wysokości premii prezesa Obajtka, to uspokajam. Najbliższy butik tej marki jest w Berlinie, a kalendarze się już skończyły. 

tiffany.com      


OKIENKA Z URODĄ

Pisząc o kalendarzach adwentowych na bogato, warto wspomnieć propozycjach kosmetycznych. Christian Dior ($550) dostępny wyłącznie w butikach firmowych. Składa się miniaturek kosmetyków, a jego zawartość oceniana jest przez szczęśliwe posiadaczki na mocne cztery w skali Google'a. Za podobną kwotę, czyli ok. 2-3k możemy kupić set od La Mer, Aqua di Parma x Emilio PucciGuerlain. 

  dior.com      


Bardzo chwalony za swoją kompozycję oraz tzw. "price value" jest kalendarz adwentowy przygotowany przez markę YSL. Dostępny w takich sieciach drogeryjnych jak Sephora czy Douglas w cenie 1999zł. 

 yslbeautyus.com 

Dla fanek makijażu na wysokości zadania stanęły również takie marki jak: HudaBenefit, MAC jak i setki innych.

Jeżeli temat Was zafascynował, pełną listę znajdziecie na stronie VOGUE oraz TOWN AND COUNTRY MAG.  

WŁOSOMANIACZKI

Dość spora grupa w social mediach, która "umie we włosy". Jeżeli terminy OMO, olejowanie, wysokoporowatość czy odżywka humektantowa, mówią Wam kompletnie nic, to znaczy, że czas podciągnąć się z wiedzy na temat prawidłowej pielęgnacji skalpu. Oczywiście nic nie pomoże nam w tym lepiej niż profesjonalny zestaw do włosów zamknięty w kalendarzu. Sprawi on, że oczekiwanie na narodzenie Jezusa upłynie w podniosłej atmosferze nakładania aktywatora wzrostu na włosy. Na ten podniosły czas firma z polskiego podwórka, która za sprawą "włosowych kalendarzy" zaliczyła PRową wtopę roku. Okazało się bowiem, że produkty zawarte w zestawach Hair in Balance są w opakowaniach po żelu do dezynfekcji rąk tylko, że sprytnie oklejone. Firma tłumaczyła się duchem zero waste, ale wyraźnie coś "nie pykło", bo produkty wycofano z oferty np. w sieci Rossmann.



Pozostając jeszcze w tematyce włosów nie można nie wspomnieć o luksusowych zestawach świątecznych od marki Balmain Hair Cuture. Inspirowane Paryżem nocą kalendarze występują w dwóch rozmiarach średnim za 560zł oraz dużym w cenie 980zł. Znajdziecie w nich o dziwo pełnowymiarowe produkty oraz logowane gadżety. Całość jest bardzo spójna i przyjemna wizualnie dla oka. Produkty tej marki kupicie na ich oficjalnej stronie oraz stacjonarnie i online w butiku Moliera 2.
balmain.com              


ADWENT

To czas, który do niedawna kojarzył mi się wyłącznie ze znienawidzonymi roratami w podstawówce. Msze, na które trzeba było dymać w mróz, w śniegu po kolana przez czarny jak oczy diabła las, tylko po to, aby zdążyć na 6 rano, a w grudniu to jakby środek nocy. 
Wytrwali za ten heroiczny wyczyn dostawali obrazek z Jezuskiem, czyli bezterminowy karnet open do bram raju.


apart.pl          

Teraz adwent to zupełnie inna bajka. Aktualnie to czas kontemplacji, ale li wyłącznie w wydaniu konsumpcyjnym pod publiczkę. 

Konta influencerów na całym świecie nafaszerowane reklamami jak domowy świąteczny keks bakaliami, każdego dnia wmawiają nam, że nasze życie bez kalendarza jest wprost "chrześcijańsko" niepełne. 

No cóż, takie czasy.

A Ty? Przyznaj się jaki kalendarz przytuliłaś w tym roku?

PS.

Na pierwszym zdjęciu mój osobisty kalendarz marki Waterdrop, który lubi mnie za to, że piszę o nich dobrze i to bez współpracy i pieniędzy. Ja natomiast lubię ich za produkty, które mają w ofercie i nie żałuję wydanych na nie swoich osobistych pieniędzy. 


LETYSHOPS czyli cashback z własnych zakupów!

Osobiście nie znam już osoby, która nie robiłaby zakupów przez Internet. Składa się na to wiele czynników i okoliczności. Są to m.in: wygoda, oszczędność czasu oraz nieograniczony wybór wśród produktów, jakie oferują sklepy on-line na całym świecie. 

Osoby, które do niedawna były przeciwne nabywania rzeczy w sieci, dość radykalnie zostały zmuszone do zmiany zdania. Sytuacja, w której wszystkie sklepy poza spożywczymi z dnia na dzień zostały zamknięte, tylko Internet dawał szansę kupienia sobie butów, mebli ogrodowych lub roweru. 

Co ciekawe, spora liczba osób tak polubiła "shopping w necie", że nie dość, że nie zamierza z niego rezygnować, to planuje stopniowo zwiększać ilość zakupów wirtualnych kosztem tych w galeriach handlowych.

A co jeśli na tych wszystkich naszych zakupach możemy jeszcze zarobić???

LETYSHOPS to cashback za własne zakupy online


LETYSHOPS - o aplikacji dowiedziałam się oczywiście z mediów społecznościowych. Ogólnie mam ostatnio takie nieodparte wrażenie, że całą wiedzę podręczną, jaką czerpię o życiu doczesnym (zakupy, trendy, produkty, afery polityczne) to głównie z Instagram'a.

Też tak macie?
 
Generalnie nie jestem zbyt entuzjastycznie nastawiona do żadnych programów lojalnościowych. Większość z nich ma na celu przywiązanie nas do siebie jako klienta obiecując w zamian złote góry. Ot, taka psychologia sprzedaży. 

Ja do końca życia nie zapomnę żalu studentki, która regularnie tankowała za ostatnią kasę ze stypendium, tylko i wyłącznie na stacji Statoil, aby otrzymywać punkty lojalnościowe. Po roku takiego wiernego użytkowania mogłam sobie za nie wybrać, co? 

UWAGA! - długopis!

Żal, rozgoryczenie i smutek. Pojedynek pokolenie Y vs. agresywny marketing zachodnich koncernów, wynik - nokaut. 

Od tej sromotnej porażki mej minęło już trochę miesięcy, a i rynek konsumencki przez te dwie dekady również się bardzo zmienił. 

Sieci stacji Statoil dawno nie ma, a konkurencja sprawiła, że firmy myślące perspektywicznie, dbają o swoich klientów i to bardzo.

Przykładem może być tutaj  SEPHORA, która na każde urodziny przesyła mi prezent w postaci vouchera na 150zł! Nieważne, że dołącza do niego katalog najnowszych kremów przeciwzmarszczkowych. To mniej więcej tak, jakby dopisali na odwrocie prezentu, życzenia o następującej treści: "Tak wiemy, że się "Grarzynka" starzejesz, ale umiemy temu zaradzić. Ho, kup se krem ze zniżką i to jaką! 

Otóż droga (dosłownie i przenośni) Sephoro, zawsze za ten bon kupuję sobie perfumy - bo mam godność i honor ;)

Wracając do sedna wpisu, czyli Letyshops to najfajniejsze w nim jest to, że otrzymujemy pieniądze za własne zakupy i to tam, gdzie chcemy i kiedy chcemy.


JAK DZIAŁA LETYSHOPS?


Wprost banalnie. Rejestrujemy sobie konto poprawnie ściągniętej aplikacji na telefon i/lub na stronie instalując wtyczkę do przeglądarki, z której korzystamy najczęściej w naszym komputerze (Chrome, Firefox, Safari). Jedno konto daje potem możliwość korzystania z obu opcji naprzemiennie.

Osobiście uważam, że wtyczka w przeglądarce jest o wiele wygodniejsza. Aplikacja "Lety" w telefonie nie działa jeszcze płynnie z apkami sklepowymi i finalnie i tak musimy kupować z przeglądarki z telefonu, co jest zawsze mniej komfortowe. 
Dodatkowo, aby sprawdzić aktualne promocje w sklepach, każdorazowo musimy otwierać aplikację.

Natomiast zainstalowana wtyczka w komputerze samoczynnie rejestruje nasze wizyty w sklepach, informując czy dany sprzedawca oferuje cashback i jakiej wysokości. Jeżeli decydujemy się na zakup, wystarczy aktywować wyskakujące okienko i gotowe.


ILE MOŻNA ZAROBIĆ Z LETYSHOPS?


A raczej ile można odzyskać z wydatków poniesionych na zakupy w sieci. Wszystko zależy tylko i wyłącznie od tego ile wydajemy i jakiej wysokości cashback udało nam się upolować. Aktualnie baza Lety to 3767 sklepów, które oferują zwroty od 1 do kilkudziesięciu procent lub konkretne kwoty w przypadku zakupu usług. 

Oprócz standardowych stawek są również dostępne okresowe tzw. "hotdeals". W ściśle określonym czasie albo na konkretny asortyment zwroty ze sklepu są wielokrotnie przemnażane. 

Tutaj wiodą prym takie marki jak: LIDL, MODIVO, EOBUWIE, ZALANDO LOUNGE, ALIEXPRESS czy ANSWEAR gdzie cashbacki często sięgają nawet 20% i często łączą się z wyprzedażami.

Dlatego bez względu na to czy robimy zakupy w sieci regularnie, czy skusiliśmy się na jednorazowy zakup tańszego sprzętu AGD, po jakimś czasie na koncie możemy zebrać całkiem sporą sumkę.


CZY SĄ HACZYKI?


Nic, ponad to, co jest napisane w regulaminie. Na zaksięgowanie kwoty na naszym koncie w Letyshops czekamy od 30 do nawet 90 dni. Do tego czasu widnieje ona w sekcji oczekujące. Dzieje się tak, ponieważ sklep musi mieć czas na weryfikację naszego zakupu. Czy nie został on anulowany bądź zwrócony albo, czy kwota zwrotu nie została naliczona na produkty, które nie były objęte promocją. 

Osobiście polecam dokładnie przeczytać opis cashbacku danego sklepu, bo o ile letyshops działa sprawnie, tak sklepy często anulują zwrot pod byle pretekstem. W moim przypadku dzieje się tak zawsze w EURO RTV AGD

W przypadku odrzucenia transakcji przez sklep można się zawsze odwołać i poprosić o ponowną weryfikację. Widziałam przypadki, w których samo Letyshops z własnych środków stara się kompensować Klientowi stratę i wypłaca cashback. W moim odczuciu to bardzo dobrze świadczy o firmie i uznać można za bardzo prokonsumenckie. 

Mimo wszystko warto czytać warunki promocji, unikając rozczarowania.

WYPŁATA PIENIĘDZY Z LETYSHOPS?


Jak pisałam wyżej wszystkie uzyskane zwroty te oczekujące oraz saldo gromadzone są na naszym koncie w Letyshops. Jeżeli uznamy, że czas na wypłatę wystarczy, że podamy numer konta i zlecimy przelew. W ciągu kilku dni pieniądze pojawią się na naszym rachunku bankowym. 

Letyshops realizuje przelewy tradycyjne, SEPA oraz na konto PAYPAL.

LETY-STATUS

Dla osób, które regularnie klikają w linki aktywacji zwrotu gotówki, Lety ma również swój wewnętrzny program lojalnościowy. Są to statusy od START do GOLD, które samoczynnie aktywują się po przekroczeniu kwot zebranych z cashbacku. Poszczególne statusy dają dodatkowe 0,5% - 1,5% do premii gwarantowanej przez sklep.

Miód z bergamotki czyli KONESER MIODU!



Pamiętacie jeszcze czasy, w których oferta sklepów spożywczych ograniczała się wyłącznie do podstawowej wersji wszystkich produktów. Było mleko, masło, ocet, kawa, herbata ... tradycyjne, bez wersji ekologicznej, wegańskiej i funkcjonalnej. A wszystko to z glutenem, laktozą, ociekające cukrem i tłuszczem zwierzęcym. Zakupy były proste i zajmowały dosłownie chwilę. 

Obecnie człowiek zawiesza się na minimum 15 minut przy wyborze makaronu, nie mogąc zdecydować czy pszeniczny, czy ryżowy, z jajkami czy bez, a może z bio groszku z dodatkiem płaskurki albo bezglutenowy ze szpinakiem w wersji trikolor.  

Osobiście mam wrażenie, że dzisiaj chcąc kupić cokolwiek, musimy mieć doktorat z danej dziedziny albo polegać na wiedzy sprzedawców. O ile Ci z supermarketów wiedzą często mniej od nas, tak właściciele sklepów specjalistycznych znajomością swoich produktów potrafią wręcz zaczarować kupującego.

Tak właśnie poznałam panią Małgorzatę właścicielkę sklepu KONESER MIODU.



FASCYNUJĄCY ŚWIAT


Jej historia pokrywa się z tymi, które opowiadały mi wcześniejsze rozmówczynie. Kasia z REVEAL HANDMADE STORIES czy dziewczyny END OF THE DAY FASHION. Praca dla kogoś, wieczne "deadline'y" oraz realizowanie wizji biznesu, relacji i oferty, które nie do końca są spójne z naszym wyobrażeniem o prowadzeniu biznesu. Do tego wszystkiego dochodzi rosnąca chęć samorealizacji i spełnienia jako przedsiębiorca. Odkrywanie potrzeb na rynku konsumenckim oraz niepohamowana ochota zarażania naszą pasją klientów. 

Pani Małgorzata odnalazła swoją niszę w miodach, które do swojego sklepu sprowadza z całego świata. Aby miody znalazły się w jej ofercie, przechodzą staranną selekcję pod względem pochodzenia, jakości oraz nietypowych walorów smakowych. 




Tylko u niej możecie znaleźć takie frykasy jak miód z kwiatów bawełny, bożodrzewu, siekiernicy czy mój ulubiony z kwiatów bergamotki. Miłośnikom miodów kremowanych z dodatkami, Koneser Miodu proponuje pozycję z Litwy, Grecji oraz Wielkiej Brytanii. 

W wyborze ogranicza nas tylko wyobraźnia. Choć szczerze wątpię, czy ktoś z Was miał świadomość istnienia miodu z kwiatów ostu, czy ogórecznika, dlatego nawet ciężko sobie takie cuda samemu zwizualizować.

MIODY BEZ GRANIC


Sklep pani Małgorzaty powstał z pasji i również do takich osób jest kierowany. Klienci Konesera Miodu, to osoby kochające podróże, odkrywanie nowych miejsc i smaków oraz te dbające o zdrowy tryp życia. Bo nie możemy zapominać, że miód oprócz swoich mnogich walorów smakowych, posiada również liczne właściwości prozdrowotne.




Szczególną uwagę w tej kategorii trzeba zwrócić uwagę na pozycję pochodzącą z Antypodów o nazwie MANUKA, czyli miód z drzewa herbacianego. Od lat jest on cenionym specyfikiem na całym świecie,  o silnych właściwościach antybakteryjnych oraz wspomagających odporność.

Więcej o dobroczynnych właściwościach miodu z Nowej Zelandii przeczytacie tutaj.

ROZWÓJ I POSZERZANIE OFERTY


Wbrew pandemii Pani Małgorzata stawia na rozwój i ciągłe poszerzenie oferty sklepu o coraz to kolejne zaskakujące pozycje miodowe. W planach jest również stworzenie panelu b2b dla odbiorców hurtowych, gdyż miody, które importuje, cieszą się ogromną popularnością nie tylko wśród osób, które są koneserami miodu, ale również jako pomysł na nietuzinkowy prezent dla bliskiej osoby bądź jako upominek od firmy.


Pani Małgorzacie życzę powodzenia, a Was zapraszam do jej krainy miodem płynącej.

Tu jest jakby luksusowo czyli KOPI LUWAK!

Dzisiaj artykuł z serii - czego to ludzie nie wymyślą czyli o jednej z najdroższych na świecie odmianie ziaren, bez których połowa ludzkości nie umie prawidłowo rozpocząć dnia.

O czym mowa? 

O kawie o tajemniczej nazwie KOPI LUWAK.

Zwykła kawa?

Teoretycznie rzecz biorąc, KOPI LUWAK to nic innego jak kawa palona z arabiki, uprawnianej w krajach wysp indonezyjskich takich jak: Sumatra, Jawa czy Celebes. Jednak sposób w jaki  pozyskuje się ziarna do jej przygotowania sprawia, że staje się ona najdroższą i najbardziej luksusową kawą na świecie. Cały jej sekret to ekskrementy czyli odchody małych, uroczych i futrzastych zwierzątek z rodziny łaszowatych - łaskuna muzanga inaczej cyweta azjatycka. W Indonezji nazywana również luwakiem. To właśnie od nazwy jej "producenta" kawa zyskała swój przydomek #LUWAK. Przedrostek #KOPI, to lokalna nazwa kawy. W całości i dla zapamiętania: #KOPILUWAK.

Dlaczego kawa przetrawiona i wydalona przez zwierzęta, taka jak KOPI LUWAK czy zyskująca ostatnio na popularności BLACK IVORY COFFEE (kawa z Tajlandii pozyskiwana z ekskrementów słonia azjatyckiego) są opisywane przez ich fanatyków i koneserów smaku jako obietnica wielowymiarowych doznań, cudownych olśnień oraz wyjątkowej inspiracji?

Wyjątkowy smak

Kawa dla luwaka to przysmak, a one same są prawdziwymi jej znawcami. Wyszukują tylko najlepsze i najbardziej dojrzałe owoce arabiki. Zjadają je w całości ale trawią tylko ich miąższ. Nasiono natomiast poddawane jest tylko lekkiej fermentacji przez enzymy trawienne oraz bakterie kwasu mlekowego. Luwak wydala ziarno w stanie nienaruszonym. Z racji tego, że futrzak je na raz więcej niż jeden owoc, jego odchody formują się w charakterystyczny słupek sklejonych ziarenek. Podczas całego procesu trawiennego, kawa traci całą swoją gorycz na rzecz nowego, łagodnego i aksamitnego smaku. I właśnie ten wyjątkowy aromat i bukiet smakowy jest tak wysoko ceniony przez kawoszy z całego świata. Do tego stopnia, że są w stanie zapłacić krocie za jedną filiżankę. W zależności od lokalizacji kawiarni espresso z KOPI LUWAK może kosztować nawet 100zł. Natomiast cena kilograma tych ziaren może sięgać nawet 1500 dolarów.

Oczywiście ziarna przed prażeniem są starannie oddzielane od siebie oraz myte. Dopiero oczyszczone poddawane są paleniu podobnie jak tradycyjna kawa pozyskiwana metodą na mokro lub na sucho (sposób oddzielania miąższu od nasion). Może być ona jasno lub ciemno palona wszystko jest kwestią idywidualnych preferencji spożywającego.


Etyka?

Podobnie jak w przypadku wielu dóbr luksusowych, tak i tutaj mamy wątek natury etycznej. Z uwagi na fakt, że kawa ta przez stulecia zyskała licznych zwolenników, a jej cena na rynkach poszybowała jak aktualny kurs bitcoina, wielu mieszkańców Indonezji, Wietnamu czy Filipin znalazło w niej pomysł na bardzo i bardzo dochodowy biznes. 

Początkowo wysoka cena "kopi luwaka" wynikała z trudności jaka wiązała się z jego pozyskaniem. Ziarna można było znaleźć jedynie w pobliżu siedlisk cywety bądź terenów plantacji. Przeczesywanie przez lokalną ludność terenu w poszukiwaniu ich odchodów była żmudna i mało efektywna. 
Z czasem zamiast odchodów zaczęto szukać samych luwaków celem ich zniewolenia masowej hodowli. Do dziś są zamykane w ciasnych klatkach i karmione wyłącznie kawą. Dzięki takim fermom pozyskanie surowca i to w dużej ilości stało się szybsze i o wiele łatwiejsze. Niestety cywety w takiej niewoli żyją bardzo krótko. W głównej mierze poprzez notoryczne karmienie ich wyłącznie kawą, która w naturze jest jedynie uzupełnieniem ich diety, a nie jej podstawą.

Oszustwa

Nie tylko wątpliwa moralnie jest hodowla luwaków ale i cena kawy sygnowana tą nazwą, którą można kupić bardzo okazyjnie. Z uwagi na fakt, że bardzo niewiele osób na świecie jest w stanie rozpoznać oryginalną kopi luwak od innej arabiki, wielu handlarzy miesza oba rodzaje w niekorzystnych dla płacącego proporcjach. Często zdarza się również, że kupowany kopi luwak jest nim tylko i wyłącznie z nazwy. 
Dlatego jeżeli chce spróbować oryginalnego i prawdziwego "luwaka", kupujcie produkt od zaufanej palarni. Zwróćcie również uwagę czy posiada ona certyfikat pochodzenia, który gwarantuje, że produkt nie pochodzi z nielegalnych ferm.

Czy warto?

Na to pytanie każdy powinien sobie odpowiedzieć indywidualnie. Osobiście jestem zdania, że warto poszerzać swoje horyzonty o doświadczenia a posteriori, a nie twierdząc a priori, że nie, że bez sensu, że nie warte swojej ceny i ogólnie to kolejna głupia fanaberia bogatych. 

Jeżeli lubisz kawę, masz wysublimowane podniebienie, jesteś smakoszem lub zwyczajnie Cię stać, spróbuj i przekonaj się, czy rzeczywiście opinia o tej kawie jest rzetelna. Bez spróbowania nie można powiedzieć, że to kolejny, przereklamowany i przepłacony produkt niszowym, który nie jest wart ani swojej ceny, ani szumu wokół niego.

Jeżeli już się zdecydujecie, pamiętajcie, że każdą ekskluzywną kawę (nie tylko Kopi Luwak) warto degustować bądź kupować tylko i wyłącznie w sprawdzonych miejscach. Tylko takie są gwarantem pochodzenia ziaren oraz ich świeżości. Ma to ogromne znaczenie, ponieważ tylko z takiej kawy powstaje dobrej jakości czarny napar.

Ja osobiście wybrałam palarnię TOMMY CAFE #tommycafe, która od lat specjalizuje się w imporcie oryginalnej kawy KOPI LUWAK z Sumatry i gwarantuje jej bardzo wysoką jakość.

MICROTEA czyli gorąca nowość od WATERDROP!


Kiedy pisałam w maju o WATERDROP, nie sądziłam, że marka tak często zaskakuje swoich klientów nowościami. Oprócz nowych smaków microdrinków, regularnie są wypuszczane również limitowane edycje butelek szklanych oraz ze stali nierdzewnej. Ich design tworzony jest przy współudziale uzdolnionych projektantów takich jak ANNA RUDAKHVASS & HANNIBAL czy ATELIER KARASINSKI. W letniej kolekcji pojawiły się również butelki inspirowane działami wybitnego austriackiego malarza GUSTAVA KLIMT, na których znajdziemy m.in. światowej sławy obraz "Pocałunek".*

źródło: nl.waterdrop.com                   

Dzięki takim działaniom marka bardzo umiejętnie stymuluje chęć nabywania przez Klientów kolejnych butelek, w celu nieustannego wzbogacania swojej kolekcji.

Kiedy mój zbiór przekroczył już ilość sześciu sztuk, postanowiłam chwilowo wstrzymać kupowanie kolejnych limitowanych butelkowych perełek, by móc w pełni nacieszyć się tymi już zdobytymi wcześniej. Wstrzemięźliwość ta miała trwać mniej więcej do wiosny aby wraz z nowym sezonem wystąpić z jakąś kolejną szałową nowością z niebanalnym printem. 


Niestety cały mój misterny plan został skutecznie zrujnowany przez kolejny newsletter Waterdrop, w którym to uprzejmie poinformowano o najnowszej propozycji na sezon jesienno-zimowy czyli napojach serwowanych na ciepło o kuszącej nazwie #microtea. Oczywiście wraz z pojawieniem się w ofercie nowych dropów, nie mogło również zabraknąć naczyń do godnego jej spożywania. 

I kolejny już raz w batalii zdrowy rozsądek versus mania kupowania wygrała jak zwykle ta ostatnia. Jedynym pocieszeniem jest fakt, że będąc członkiem grupy na Facebooku skupiającej w sobie miłośników marki, zauważyłam, że nie jestem osamotniona w tym nałogu. Co więcej, są tam gorsze przypadki od mojego, duuuuużo gorsze.


Mimo wszystko aby zachować resztki godności i honoru wobec siebie, postanowiłam kupić tylko i wyłącznie jedno nowe naczynie. Tym razem padło na kubek termiczny. Co prawda zdecydowanie się na wybór tego konkretnego pod względem koloru i pojemności, zajęło mi trochę czasu ale nie na tyle dużo aby odejść ze sklepu z kwitkiem. Jak się okazało, niepohamowanych zakupoholików jest cała masa. Kubki wyprzedały się do zera w ciągu kilku dni pomimo, że były dostępne aż dwie pojemności i to w sześciu różnych wariantach do wyboru.

źródło: pl.waterdrop.com        

Nowe herbatki od WATERDROP idealnie się sprawdzą w czasie, w którym temperatura na zewnątrz jest nieszczególnie zachęca do spożywania zimnych napojów. Ciepła herbata natomiast to zupełnie coś innego. 

Występują w trzech wariantach smakowych:

ORIENTAL SPICE

FRUIT FUSSION

WHITE BLOSSOM

Każda z nich oferuje inne walory i doznania smakowe. Oriental Spice ma wyrazisty i intensywny smaku imbiru i chilli z dodatkiem prozdrowotnej kurkumy. Fruit Fussion to owocowy smak jagody w połączeniu z hibiskusem i dziką różą. White Blossom natomiast łączy w sobie delikatną białą herbatę z kwiatem lipy i jagodą.

Moim zdecydowanym faworytem jest Oriental Spice, który jest wprost idealny na aktualny sezon grypowy oraz pobolewające gardło.


W momencie kiedy miałam kończyć ten wpis, otrzymałam kolejnego maila - tym razem z nowościami świątecznymi. Kolekcja MERRY to połączenie aromatycznego jabłka i pomarańczy z nutą cynamonu. Oczywiście najlepiej smakuje serwowana w zielonych szklankach bądź w szklanej butelce z ośnieżonym szczytem w tle. Zestawy utrzymane w świątecznym klimacie, idealnie sprawdzą się jako gwiazdkowe prezenty, podobnie jak kalendarze adwentowe z niespodzianką w każdym okienku.

źródło: pl.waterdrop.com                       

Niezmiennie korzystając z poniższego linka otrzymujecie 25zł rabatu na całe zakupy:

https://prz.io/PgvoQlSm

*wszystkich tych, których zafascynowała twórczość Gustava Klimta odsyłam do muzeum mieszczącego się w wiedeńskim kompleksie pałacowym Belweder, gdzie podziwiać można najsłynniejsze austriackie działa sztuki. 

To właśnie tam znajdziecie działa Klimta, Schiele czy Kokoschki, a plusem pandemicznych czasów jest to, że wystawy są teraz dostępne w formie wirtualnego (darmowego) zwiedzania, do którego serdecznie zachęcam.

Piękny design ma znaczenie czyli ZIELONY OCZYSZCZACZ POWIETRZA!

 


Jak już wielokrotnie powtarzałam, mam mocno negatywny stosunek do wszelkiego rodzaju współprac vel kolaboracji, o których tak radośnie pieją każdego ranka influenserzy maści wszelakiej. Wszystkim im jednocześnie sugeruję, aby w przerwach między "storką o mega suplemenciku, odmładzającym kremiku i zajebis... błyszczyku", zerknąć do słownika języka polskiego, co w kółko powtarzane słowo kolaboracja oznacza - bo z pewnością nie współpracę z marką w celach zarobkowych poprzez lokowanie i zachwalanie jej produktu.

Ot taka niespodzianka!


Kompetnie nie oznacza to, że jestem w jakimkolwiek stopniu przeciwnikiem używania social mediów do dzielenia się swoimi konsumenckimi odkryciami z obserwującymi. 

Wręcz przeciwnie. 

Aktualnie nie ma lepszej i skuteczniejszej metody dla firm czy marek (zwłaszcza tych niszowych), aby zaprezentować się swoim potencjalnym klientom. Jednak niech te "przypadkowe reklamy" mają ciekawy i przemyślany charakter. Sławetne już kampanie jak czytanie książek znanemu wszystkim płynowi do płukania tkanin, zabieranie blendera na spacer po stadionie czy wybielanie telefonem sztucznych zębów - do tych zbyt wyrafinowanych nie należą i traktują odbiorcę jak idiotę!

Aktywnie korzystając z social mediów, świadomie godzimy się na to, że przekształcają się one w permanentne tablice reklamowe, które scrollujemy aż do bólu kciuka. 

Czasem jednak zdarza się tak, że natkniemy się na coś, co wywrze na nas tak duże wrażenie, że nie tylko się zatrzymamy aby przeczytać więc ale nawet powstanie o tym artykuł. 

Niesponsorowany i bez "kodziku" rabatowego w tle - sorry.

Mowa tu o GAP czyli ZIELONYM OCZYSZCZACZU POWIETRZA.




ZIELONY OCZYSZCZACZ POWIETRZA


Jeszcze jakiś czas temu głównymi użytkownikami oczyszczaczy powietrza były osoby cierpiące silne alergie wziewne, astmę lub inne choroby układu oddechowego, a urządzenia tego typu znacząco poprawiały im komfort życia w warunkach domowych. Na przestrzeni lat, w dobie zmian klimatycznych, ciągle pogarszającej się jakości powietrza i wszechobecnego smogu, posiadanie urządzenia oczyszczającego powietrze w pomieszczeniach, w których przebywamy staje się powoli wymogiem koniecznym. 

Należy pamiętać, że inwestowanie tysiące złotych w wyposażenie nowego domu jak np. włoskie marmurowe płytki czy jedwabne tapety, nie uchronią nas przed zanieczyszczeniami, które wnikając do jego wnętrza będą miały negatywny wpływ na nasze zdrowie. Jak już doskonale wiemy, zła jakość powietrza przyczynia się do wielu chorób jak: nowotwory, łamliwość kości, demencję, cukrzycę, choroby serca i płuc. Ma również ogromne znaczenie przy prawidłowym rozwoju niemowląt i dzieci. 

Więcej można przeczytać tutaj.

FUNKCJE OCZYSZCZACZY


O ile w warunkach zewnętrzych nie mamy zbytniego wpływu na to czym oddychamy, tak w zaciszu własnego domu już tak. Decydując się na zakup oczyszczacza powietrza w głównej mierze musimy zwrócić uwagę na jego parametry. Jakiego rodzaju filtry zawiera (HEPA, węglowe?), jaka jest jego wydajność i głośność? Czy poza mechaniczną, wieloetapową funkcją oczyszczania, posiada również opcję nawilżania i jonizowania powietrza oraz wirusobójczą lampę UV, co w dobie COVID zaczyna to mieć bardzo duże znaczenie. 

Powyższe cechy to absolutne minimum kryteriów jakie dobrej jakości oczyszczacz powietrza powinien spełniać.

W przypadku GAP Green Air Purifier czyli zielonego oczyszczacza powietrza jego funkcje znacząco przekraczają wymienione powyżej funkcje mechaniczne. Jest to pierwszy na rynku oczyszczacz powietrza, który bazując na opatentowanej technologii, oferuje użytkownikowi czyste powietrze o leśnym aromacie. Wszystko to za sprawą odtworzenia w urządzeniu cyklu leśnego, który w naturalny sposób nawilża powietrze oraz wzbogaca go o dobroczynną mikroflorę pochodzącą z pojemnika o nazwie bio-box. Całość urządzenia dopełnia donica do hydroponicznej uprawy roślin. Dzięki właściwościom roślin oraz ich korzeni uzyskujemy efekt świeżego czystego powietrza pozbawionego dwutlenku węgla i metali ciężkich, a wzbogaconego o życiodajny tlen. W rezultacie pomieszczenie w którym znajduje się GAP, zamienia się w miejsce przyjazne do pracy, odpoczynku i zabawy dla najmłodszych.

Pełną specyfikację urządzenia można znaleźć tutaj.


NOWOCZESNE ROZWIĄZANIA


Fani nowoczesnych technologii będą zachwyceni faktem, iż zielony oczyszczacz może być w pełni sterowany zdalnie. Wszystko to za sprawą zaawansowanej technologicznie aplikacji mobilnej marki TUYA, którą możemy zainstalować w dowolnym smartphonie. Dzięki niej możemy m.in.: sprawdzić jakość powietrza w naszym domu, uruchomić urządzenie, sprawdzić poziom wody w zbiorniku oraz dobrać odpowiednią roślinę.

Kolejnym i niewątpliwie ważnym atutem tego urządzenia są jego walory wizualne. Dzięki unikatowemu wyglądowi oraz zielonej roślinie, staje się on wysoce dekoracyjnym elementem każdego pomieszczenia, w którym się znajduje. Idealnie sprawdzi się w sypialni, kuchni czy salonie. 

Istnieje również bardzo duża dowolność w doborze jakiego rodzaju rośliny będziemy sobie w GAPie uprawiać. Te szczególnie polecane znajdziemy w przewodniku, który producent specjalnie przygotował dla użytkowników zielonego oczyszcza. Zawarte w nim informacje zostały oparte się na wieloletnich badaniach, które udowadniają skuteczność z jaką niektóre rośliny oczyszczają powietrze z takich substancji jak: formaldehyd, benzen, aceton czy trójcholoroetylen. Są to m.in: skrzydłokwiat, figowiec sprężysty czy złotowiec.


Więcej informacji o tym ciekawym temacie znajduje się tutaj.

OCZYSZCZACZ MIEĆ WARTO


Osobiście bardzo poważnie rozważam zakup oczyszcza powietrza, stąd też takie moje takie duże zorientowanie w temacie. Ma to miejsce szczególnie teraz, kiedy to otwierając okno w mieście o statusie uzdrowiskowym, widzę powietrze o dość specyficznym zapachu. 
A wszystko to dzięki moim uroczym sąsiadom, którzy tak dzielnie i nieprzerwanie przez lata, wspierają polskie potężne górnictwo, ładując kolejne tony chińskiego węgla do swoich pieców!


Na tle konkurencji czyli innych dostępnych na rynku oczyszczaczy powietrza, Mateko Lavender 3 GAP pod względem ceny, funkcjonalności i wyglądu, wypada znakomicie i to finalnie na jego zakup się zdecyduję. 

Mam nadzieję, że już wkrótce będę mogła podzielić się moimi pierwszymi osiągnięciami w uprawie hydroponicznej roślin oraz uwagami do samego urządzenia. 

Mówiąc po influencersku "stay tuned".

Copyright © Fancy Life Lover