"KAŻDEGO SZKODA" czyli debiut książkowy JULII OLEŚ!


Decyzja o przeczytaniu książki z tzw. "self publishingu" to najczęściej spore ryzyko. Bo skoro żadne wydawnictwo w tym kraju (a jest ich trochę), nie zdecydowało się na jej publikację, to znaczy, że możemy spodziewać się po takiej pozycji absolutnie wszystkiego. Od  popisu megalomańskiej grafomanii, której za nic w świecie nie da się już odzobaczyć, po dzieło, które przeora nam psychikę na wiele tygodni, burząc ustalony porządek świata, niczym "De revolutionibus orbium coelestium". Z przewagą jednak ryzyka sięgnięcia po „gniota”.

Ot taka bibliofilska loteria. 

INSTALIFE

W przypadku "Każdego szkoda" nie mamy do czynienia ani z jednym ani z drugim. Książka w stu procentach odzwierciedla styl i język wypowiedzi znany z publicznego życia autorki - Fabjulus czyli swoisty mix: afiltracji, autobiografii, autoreklamy, autoironii i kolejnej afiltracji w codziennym ”apdejcie” na instastories. Całość okraszona charakterystycznym pozdrowieniem: "Dzień dobry ziemniaczki”, a “Haliny i Anrzeje” to odbiorcy tej kreacji.  

Książkę czyta się tak, jak się oglądało pierwszy sezon "Seksu w Wielkim Mieście" - szybko. Różnica jest tylko taka, że u Fabjulus nie ma ani wielkiego miasta, ani ognistego seksu w tle. Osobiście uważam, że pani Julia jako zdeklarowana Ślązaczka i mieszkanka Katowic, nie zdecydowawszy  się na szersze opisanie chociaż kilku ciekawych lokalizacji, restauracji i projektantów wywodzących się ze stolicy Górnego Śląska, bardzo zubożyła tą opowieść. Rzadko się bowiem zdarza, aby Miasto Ogrodów było tłem czegoś innego niż strajki górników.

Szkoda.

HISTORIA

Sama opowieść może być w skrócie przyrównana do takiego bilansu trzydziestolatki. Czyli: coś już tam przeżyłam, doświadczyłam dobrego i złego w pracy, w związkach, stosunkach międzyludzkich i pomimo wszechogarniającego mnie strachu przed zbliżającą się starością z pierwszymi zmarszczkami na twarzy, dam radę iść dalej, bo mam przyjaciół i sobie wzajemnie pomagamy.

Teoretycznie rzecz ujmując, każdy kto szczęśliwie dociągnie do wieku około chrystusowego może poczynić takie oto wspominkowe dzieło. U jednych będzie to kilkanaście stron bez fajerwerków, inni mogą machnąć od ręki trylogię, która mogłaby zawstydzić Mike'a Jaggera i Blankę Lipińską razem wziętych i to tylko pod warunkiem, że zatrzymaliby się na swoich 25 urodzinach i zasłaniali się pomrocznością jasną.

Na szczęście w kraju, w którym ciągle więcej osób pisze książki niż je czyta, nie wszyscy trzydziestolatkowie są aspirantami literackimi i mają ochotę przesuwać w nieskończoność te nierówne proporcje. 

Chwała im za to. 

TAJEMNICZY BOHATER

W przypadku "Każdego szkoda" ze wsparciem marketingowym ruszyły prawie wszystkie media plotkarskie w tym kraju. Wszystko to za sprawą węszących sensacji dziennikarzy, którzy fakt wydania fabksiążki połączyły z zakończeniem dość burzliwego i medialnego związku pani Julii z pewnym bardzo znanym  i równie kontrowersyjnym dziennikarzem. Część pismaków jednogłośnie stwierdziła, że mroczna postać Andrzeja z opowieści, to nikt inny jak Kamil Durczok. 
Zainteresowani nie odnosili się do tych rewelacji zbyt wylewnie. Pan Kamil nie powiedział nic. U Fabjulus nastąpiło dementi w stylu „nie potwierdzam i nie zaprzeczam, jak chcecie się przekonać to kupcie i przeczytajcie książkę”. Typuję, że wiele ciekawskich Grażynek tylko z tego powodu książkę nabyło. Podobnie jak wszyscy ex autorki chcący się przekonać, czy aby o sobie też czegoś w niej nie znajdą. Jak wiadomo wspólne zdjęcia z Insta łatwo skasować, a bycia “bohaterem literackim” już nie.
Sama autorka nie bazowała na promocji budowanej na swoich "byłych Andrzejach". Może wiązało się to z obawy przed pozwami, a może z braku chęci babrania się w przeszłości i publicznego prania brudów. 

Ogólnie wyszła z tego zamieszania z klasą.

I tak bez wsparcia wydawnictwa i Empiku, za to z wykorzystaniem konsekwentnie budowanego od 2014 konta na Instagram'ie oraz strony fabjulus.pl. od połowy czerwca Fab rozpoczęła zmasowany atak na swoich followersów, przekształciwszy  profil na całodobowe narzędzie promujące sprzedaż książki. 

Finalnie, czy to za sprawą osobowości autorki, zachęty tabloidów, czy wartości merytorycznej opowiadania, sprzedało się tego 5000 egzemplarzy. 

Sama zainteresowania uznała to za niebywały sukces, deklarując tym samym kontynuację swojej pisarskiej przygody.

SEDNO

Wracając do samej historii, która w większości opiera się na byciu ofiarą przemocy psychicznej i/lub fizycznej ze strony partnera, nasuwa się zasadnicze pytanie „dlaczego?”. Dlaczego my kobiety, bez względu na to jakie mamy wykształcenie, pochodzenie czy status materialny, tkwimy latami w toksycznych związkach? W imię czego znosimy upokorzenie i strach? Dlaczego facet który nie czuje się komfortowo w relacji, pakuje swój węzełek i bez żalu trzaska drzwiami, a my "madki polki bohaterki” ryczymy do poduszki tkwiąc w beznadziei przez lata? Dlaczego zamiast znaleźć w sobie odwagę i zmienić swoje życie wpieprzamy antydepresanty jak "lentilki", zakłamując chorą rzeczywistość?

Odpowiedź jest stosunkowo prosta. Nie mamy odwagi. 

Nie mamy odwagi aby zrezygnować z życia w złotej klatce, hołdując zasadzie, że lepiej płakać w Mercedesie niż na przystanku. Nie mamy odwagi przyznać się przed rodziną i znajomymi, że nam nie wyszło. Nie mamy odwagi być i żyć same. Nie mamy odwagi podjąć decyzji o odejściu/rozwodzie wierząc, że on się poprawi i będzie tylko lepiej. Otóż nie będzie, a rozwód to nie koniec świata.

I do momentu, w którym w naszym durnym społeczeństwie będzie dominował stereotyp, że kobieta nie ma prawa być spełniona w formie jaką uznaje dla siebie za najlepszą, bez względu na to ile książek, podcastów, badań i opracowań na ten temat powstanie - nic się nie zmieni.

Amen.



REVEAL handmade stories czyli moc PASJI & KAMIENI!


Jedną z największych zalet wszechobecnych w dzisiejszych czasach social mediów jest fakt, że stwarzają one ogromne możliwości marketingowe - zarówno dla niewielkich, niszowych producentów jak i potężnych międzynarodowych koncernów. Obecnie, ciekawy pomysł na biznes wraz z ładną oprawą graficzną może sprawić, że podbijemy Instagram, a klienci oszaleją na punkcie naszych produktów. Czy to jednak możliwe? 

Poznajcie markę REVEAL HANDMADE STORIES.


Trend doczepiania do torebek różnego rodzaju zawieszek utrzymuje się w modzie już od ładnych kilku sezonów. Futrzane pompony, skórzane chwosty czy metalowe logo z elementami dekorowanymi kryształkami Swarovskiego, oferuje niemal większość popularnych marek odzieżowych. Kobiety pokochały breloki do torebek, gdyż dają one niezwykłą okazję do bawienia się modą. Intensywny w kolorze lub bardzo błyszczący akcent potrafi nadać naszej stylizacji wyjątkowego i indywidualnego charakteru. W doborze dodatków do torebek kierujemy się własnym stylem, ulubioną kolorystyką albo oddajemy się absolutnemu szaleństwu. Niewątpliwie zdjęcia na Instagramie czy Pinterest inspirują nas do do ciągłych eksperymentów z modą oraz noszonymi dodatkami.



I tak, w poszukiwaniu niebanalnej zawieszki do torebki, całkiem przypadkiem na Instagramie właśnie, natknęłam się na autorską pracownię Pani Kasi. Osobę, która z rzemyków i minerałów tworzy unikatowe dodatki do galanterii nie tylko skórzanej. Wszystkie są własnoręczne robione z niezwykłą starannością i dbałością o każdy, nawet ten najmniejszy szczegół. 
Swoje małe arcydzieła, autorka dedykuje kobietom odważnym, lubiącym bawić się stylem i kolorem, jak również tym, które są bezgranicznie zafascynowane minerałami - ich niezwykłą mocą i właściwościami. Klientki Pani Kasi bardzo doceniają jakość kupowanych zawieszek oraz ich unikatowość. Wszystko to w duchu, tak popularnego ostatnio sloganu: "zero waste" czyli ograniczania nadmiernej i bezmyślnej konsumpcji. Zamiast wyrzucać torebkę, która się nam już znudziła można nadać jej drugie życie. Kolorowe zawieszki sprawdzają się w tym idealnie. 


Skąd u Pani Kasi pomysł na założenie manufaktury zawieszkowej? 

Jak to często bywa, narodził się on w takim momencie jej życia, kiedy to zdecydowała się na „zmniejszenie obrotów” i zasłużoną przerwę. Choć w swojej pracy zajmowała się całkowicie inną branżą, często do swoich działań na polu zawodowym, przemycała zamiłowanie do rękodzieła. Najczęściej były to dekoracje przygotowywane na różnego rodzaju okazje. Gdy przyszedł czas aby o rękodziele pomyśleć jako o nowej drodze życiowej, zrodził się pomysł na produkowanie czegoś wyjątkowego i niebanalnego. Czegoś, czego rynek jeszcze klientom nie oferował. Wykorzystanie minerałów do tworzenia swoich zawieszek, to pomysł, który zrodził się podczas podróży pani Kasi na Madagaskar. Doszła do wniosku, że to właśnie ich bogactwo pozwala na „przemycenie” cudownych wspomnień natury i obrazów, które zawsze pozostają w nas po dalekich i bliskich podróżach. 

Właśnie dzięki tym niezwykłym zawieszkom i niecodziennej mocy kamieni z jakich je wykonano, możemy każdego dnia przemycać te najmilsze do naszej świadomości i tym, ubarwiać czasem szarą i smutną codzienność.


Jak wiele firm na początku swojej drogi, Reveal Handmade Stories jest w całości zarządzana przez Panią Kasię, którą bardzo wspierają najbliżsi. Wkłada ona całe serce i czas w swoje "dziecko", które całkiem niedawno skończyło roczek. Wszystko sprawdza i kontroluje osobiście. Dba o najmniejszy szczegół. Każda wytworzona zawieszka czy brelok są traktowane przez nią z ogromnym sentymentem. Każdy jest inny, nieszablonowy. Wyjątkowy jak osoby do których potem trafiają.

W czasach bylejakości i masowego importu tandety, posiadanie produktu, który został wykonany z taką starannością o każdy detal jest niezwykłym przeżyciem. Budująca jest również świadomość, że kupując rękodzieło, wspieramy kogoś lokalnie: sąsiada bądź sąsiadkę, którzy dzięki nam, mogą realizować swoje marzenia. 
Nasze pieniądze zyskują moc czynienia dobra, a nie są wyłącznie przepływem kapitału w wielkich i bezdusznych korporacjach. 


Piękno tych przedmiotów sprawia również, że są one idealnym pomysłem na prezent. Okazji w roku jest wiele i nie ma chyba takiej kobiety, której nie ucieszyłoby, wspaniale zapakowane pudełeczko z tak inspirującą kreatywność zawartością. 

Dodatkowym atutem takiego prezentu jest jego całkowita personalizacja. Samodzielnie możemy wybrać kolorystykę zawieszki, rodzaj wykorzystywanych w niej minerałów oraz sposób mocowania. Dzięki takiemu rozwiązaniu, obdarowana osoba może poczuć swoją autentyczną wyjątkowość.


Plany Pani Kasi są bardzo ambitne. Pragnie ciągle poszerzać swoją ofertę i promować swoje dzieła, daleko poza granice rodzimego Wrocławia. Dzięki użytkownikom social mediów jej marzenia się powoli spełniają, z czego ja osobiście bardzo się cieszę.


Zapraszam Was do odwiedzenia sklepu internetowego Reveal Handmade Stories gdzie możecie zobaczyć całą dostępną kolekcję zawieszek, od jakiegoś dostępne są również kolorowe bransoletki wykonane w 100% kamieni półszlachetnych m.in: lapisu, sodalitu, kwarcu truskawkowego, turkusu czy agatu. Kamieniom tym o wieków przypisuje się wyjątkowe właściwości: łagodzenie stresu, sprzyjanie miłości, odpędzanie złej energii czy funkcjom ochronnym. Kamienie powinny być dobierane pod kątem znaku zodiaku np: turkus afrykański polecany jest Rybom, kwarc różowy Wagom, a onyks zielony Koziorożcom.



WATERDROP czyli jak pić więcej WODY!


WATERDROP MOJA OPINIA

Ostatnie zdjęcie butelki oraz mikrodrinków WATERDROP na Instagramie solidnie zapchało moją skrzynkę pytaniami typu: skąd ta piękna butelka, co to za kapsułki i gdzie można je kupić? 

Aby udzielić jednej i wyczerpującej odpowiedzi, postanowiłam napisać tutaj krótki artykuł o kapsułkach zmieniających smak wody.



Na firmę WATERDROP natknęłam się przypadkowo, przeglądając media społecznościowe. Z okazji wejścia na rynek polski dość intensywnie reklamowali swoje kapsułki do wody - microdinki zarówno na Facebooku jak i Instagramie

Pierwszym i niewątpliwie ważnym dla mnie walorem był aspekt wizualny ich produktów. Przemyślany, prosty i bardzo estetyczny wygląd opakowań przykuł mój wzrok. 
Zakochałam się w ich designie od pierwszego wejrzenia i to nie do końca wiedząc, co poza fantastycznym wizualem, kryją w sobie tajemnicze kosteczki WATERDROP

Filozofią firmy jest hasło: DRINK MORE WATER, czyli pij więcej wody. Slogan niby banalny i oczywisty, ale jednak nie tak do końca. Personalnie jestem najlepszym przykładem tego, że pomimo dużej wiedzy o zdrowym odżywianiu i konieczności picia dużej ilości płynów, mam z tym ogromny problem. Mnie w zasadzie pić się nie chce i z trudem wciągam każdą wymuszoną na sobie szklankę wody. 

No nie potrafię i koniec. 

Z uwagi na fakt, że jakiś czas temu postanowiłam nie kupować wody w butelkach, przerzucając się całkowicie na kranówkę, przestałam pić zwykłą wodę już całkowicie. 
Jak wiadomo, woda z kranu ma średnie walory smakowe, a do tego nie jest lekko gazowana. Żeby sprawić, aby była ona w jakikolwiek sposób wypijalna, zaczęłam eksperymentować ze wszelkimi rodzajami witamin w tabletkach musujących. Niestety ich skład to jest kompletna porażka. Głównie jest to cukier lub inne substancje słodzące, sztuczne aromaty, barwniki i syntetyczne witaminy. 

Szkoda na te produkty pieniędzy, a w konsekwencji i zdrowia.



WATER DROP SKŁAD


I wtedy właśnie pojawiają się one. Kolorowe microdrinki na bazie naturalnych składników, bez dodatku białego cukru. W ofercie jest aż siedem różnych kompozycji smakowych, a każdy z nich z innym dodatkiem funkcyjnym:

 GLOW (uroda) mango - opuncja - karczoch
RELAX (spokój) hibiscus - acerola - aronia
FOCUS (koncentracja) limetka - acerola - baobab
CLEAN (oczyszczenie) zioła - jałowiec - pokrzywa
BOOST (moc) czarna porzeczka - czarny bez - acai
DEFENCE (odporność) żurawina - dzika róża - moringa
ZEN (równowaga) karambola - herbata - trawa cytrynowa
NERO (energia) - orzech coli - węgiel aktywny - guarana - jeżyna
YOUTH (młodość)  brzoskwinia - imbir - żeń-szeń - mniszek lekarski




Kapsułki zawierają w sobie wyciągi z owoców, ziół oraz superfood takich jak: acai, hibiscus, aronia, moringa, baobab, imbir czy mniszek lekarski.

Tutaj jest szczegółowy skład mojego ulubionego smaku GLOW: regulator kwasowości kwas cytrynowy, regulator kwasowości węglan sodu, regulator kwasowości węglan potasu, ekstrakt z karczocha, naturalny aromat, ekstrakt z opuncji figowej, witamina C, substancja słodząca sukraloza witamina E, tiamina.

Wszystkie kapsułki charakteryzują się lekkim posmakiem po rozpuszczeniu w wodzie. Dodana do 600ml (szklana butelka) jedna kapsułka tworzy napój o delikatnym kolorze, zapachu i smaku. Dla zdwojenia intensywności możemy wrzucić dwie lub więcej kapsułek. Mnie osobiście wystarcza ta jedna.

Niewątpliwą zaletą tych smakowych tabletek do wody jest fakt, że rzeczywiście zachęcają do picia w większych ilościach. Bardzo poręczną i estetyczną butelkę możemy mieć zawsze przy sobie: w samochodzie, pracy czy domu, podobnie jak kilka zapasowych kapsułek. 
Przygotowanie napoju jest banalnie proste, bo polega wyłącznie na wrzuceniu kapsułki do butelki napełnionej wodą: kranową, mineralną czy źródlaną, jaką tam lubimy i zwyczajowo używamy.



Kolejnym ciekawym aspektem zakupów w WATERDROP jest punktowy system klubowy, który premiuje wiele aktywności użytkownika. Za rejestrację, zakupy, polubienie profili społecznościowych, napisanie recenzji, czy podanie swojej daty urodzin, otrzymujemy punkty, które możemy wymienić na firmowe logowane akcesoria: butelki, szklanki, słomki, czy pojemniki na kapsułki. Aby otrzymać nagrodę, wystarczy już 330 punktów, które możemy nazbierać już podczas pierwszych i to niewielkich zakupów. Jest jeden z najuczciwszych programów lojalnościowych, jakie spotkałam w e-commerce.

Na stronie sklepu organizowane są również akcje promocyjne w postaci: obniżonych cen na zestawy, darmowej przesyłki czy gratisowych produktów dodawanych do zamówień.

Jeżeli macie ochotę skorzystać z ich oferty i zacząć swoją przygodę - picia wody z kolorowej butelki w poniższym linku jest rabat w wysokości 25zł na całe zakupy na stronie WATERDROP. Wystarczy kliknąć, a zniżka samoistnie pojawi się w Waszym koszyku przy finalizacji zamówienia.


PS.
Niniejszy post nie jest reklamą, product placementem czy wpisem sponsorowanym jak wszystkie inne publikacje na tym blogu. Artykuł w 100% wyraża wyłącznie moją prywatną opinię na temat produktów jako jednego z pierwszych klientów tej marki w Polsce.

WSPIERAM.PL czyli polskie marki GÓRĄ!

                   
Jak już niejednokrotnie pisałam, ideą tego bloga oprócz nieposkromionego zamiłowania do samochodów oraz jedzenia na mieście jest również ciągłe poszukiwanie na rynku nowinek, ciekawostek i produktów innowacyjnych. Jak każdy świadomy konsument już dawno mam za sobą bezkrytyczną fascynację markami luksusowymi oraz kupowanie na ilość w popularnych sieciówkach. 

Od dłuższego już czasu bardziej skupiam się na jakości, ciekawej formie i tym gdzie i przez kogo produkowane są kupowane przeze mnie rzeczy niż na marce i jej popularności. O ile to możliwe staram się jak najczęściej wybierać polskie firmy. Taki lokalny patriotyzm sprawia, że manufaktury tworzone przez ludzi z ogromną pasją i zaangażowaniem mają szansę na swój rozwój, zwiększanie zatrudnienia i pobudzenie gospodarcze w społeczności czy miejscu w którym są tworzone. Z reguły są to małe miasta czy wioski.


Z uwagi na fakt, że artykuł ten piszę w czasie największej światowej zapaści ekonomicznej spowodowanej #koronawirusem i ogólnonarodowym #lockdown, to poświęcenie uwagi polskim producentom nabiera teraz wyjątkowego znaczenia i jasnego przekazu. Jak się ostatnio okazało w tych moich propolskich zachowaniach konsumenckich nie jestem wcale tak bardzo odosobniona. Dzięki Instagramowi odkryłam, że #pandemia pobudziła tysiące osób do działania i hasztagi typu: #wspierampolskie, #wspierampolskiefirmy #kupujępolskie #kupujępolskieprodukty itd. mają już setki tysięcy oznaczeń pod postami publikowanymi w mediach społecznościowych.

Tworzą się również różnego typu społeczne inicjatywy, a jedną z nich jest bardzo przeze mnie lubiana: #wspieramPL. Jej pomysłodawcami są dwie polskie marki: Muscat i Kubota, które do swojej akcji zapraszają polskich producentów wszystkiego: odzieży, obuwia, biżuterii, mebli i dodatków. 



Do akcji w bardzo szybkim czasie dołączyło setki mniejszych i większych firm: producentów, dystrybutorów jak i sklepów internetowych z różnorodnym asortymentem. Wszystkie oferują ciekawe i dobrej jakości produkty w różnych wariantach cenowych. 

Jednak dla większości z nich czynniki takie jak: brak prestiżowej lokalizacji, nierozpromowany sklep internetowy, niewielka aktywność w mediach społecznościowych oraz zbyt mały budżet promocyjny aby reklamować się w mediach komercyjnych sprawiają, że marki te są w minimalnym stopniu lub kompletnie niewidoczne dla potencjalnego klienta. A dzięki inicjatywie takiej jak #wspieram.pl, mogą zaistnieć w świadomości klientów i pozostać z nimi na dłużej niż tylko czas obecnego kryzysu. I co bardzo ważne wszystkie te działania marketingowe akcji są dla uczestników całkowicie bezpłatne. Zasięgi i odsłony postów gwarantują zwykli użytkownicy jak i profesjonalne konta influencerskie z dużą liczbą obserwujących. Obie grupy bardzo aktywnie przyłączają się do akcji rozsiewając promocję w całej sieci.


Nawet dla mnie bardzo aktywnego uczestnika życia w social mediach, który na bieżąco śledzi nowe marki i produkty, #wspierampl codziennie odkrywa kolejną i kolejną np:
a to tylko promil tego, co na ich profilu możecie znaleźć. 


Co dobrego możecie zrobić odwiedzając WSPIERAM.PL? 

Na przykład, możecie  wesprzeć prezentowane tam firmy, robiąc u jednej lub kliku zakupy albo zarekomendować wybrany profil/profile swoim znajomym, jeżeli w danym momencie nabywania niczego nie planujecie. To nic nie kosztuje, a buduje organiczne zasięgi udostępnianych profili, które dla konkretnie wskazywanej marki są bezcenne. 
Musimy pamiętać, że bez naszego wsparcia większość z nich nie jest w stanie konkurować z światowymi koncernami, które dysponują nieograniczonymi budżetami reklamowymi i darmowymi pakietami produktów do współpracy z celebrytami, których CTR budowany jest przez profesjonalne agencje za ogromne pieniądze przez długie lata. To wszystko jest całkowicie poza zasięgiem małej, lokalnej szwalni czy kaletnictwa.


Bez względu na to czy zakaz handlu w galeriach handlowych będzie trwał jeszcze miesiąc czy pół roku, nastąpił teraz bardzo dobry czas na przemyślenie naszych konsumenckich zachowań. 
Czy rzeczywiście potrzebujemy aż tak dużą ilość ubrań i butów marnej jakości, które wyrzucamy po pierwszym praniu/użyciu? 
Czy fakt zrobienia zakupów w niszowym sklepie bezpośrednio u właściciela, który za nasze pieniądze płaci ZUS, podatki i utrzymuje rodzinę, jest ekonomicznie bardziej uzasadnione niż wrzucanie kasy do kolejnej spółki córki-matki, która  rozlicza się w jakimś odległym raju podatkowym nie zostawiając w naszym kraju niczego?


Wielu z Was z pewnością podniesie argument, że polskie produkty są dużo droższe niż oferta sieciówek. Jednak musimy pamiętać, że zakup dobrego surowca, rzetelne opłacenie pracowników oraz wszystkich haraczy państwowych ma swoje przełożenie na wartość końcową wytwarzanego produktu. W innym przypadku konkurowanie ceną z jakimkolwiek koncernem stawia małą firmę na przegranej pozycji, bo nie mogą oferować takiej ceny jak oni. 
Dlatego zamiast kupować 10 rzeczy, kupmy 5, a lepszej jakości, które posłużą nam dłużej. Takie podejście w konsekwencji sprawi, że będziemy realnie oszczędzać na zakupach bez kompromisów wobec wybieranych produktów. Dotyczy to wszystkiego: żywności, kosmetyków, mebli, odzieży czy dodatków. 



Czy tak się stanie? Wiele zależy od zmiany sposobu naszego myślenia. Właśnie teraz w dobie niekończącego się weekendu mamy wyjątkowo czas aby mieć przemyślenia tego typu. 
Bo niechaj rzuci kamieniem pierwszy ten, który w ciągu ostatnich dwóch miesięcy #pandemii, nie wyrzucił z domu wora albo kilkunastu z rzeczami, które pomimo, że były tak potrzebne i niezbędne w naszym życiu, nigdy nie zostały ubrane lub użyte?

No właśnie!!!


365 dni wokół powieści BLANKI LIPIŃSKIEJ


W kraju, w którym niemal każdy już aktor, dziennikarz czy tam celebryta, napisał bądź podyktował przynajmniej jedną biografię, poradnik lub wywiad rzekę. W kraju, w którym 63% obywateli deklaruje pogardę absolutną do literatury wszelakiej czyli książek nie czyta wcale.

I tu pojawiają się oni - cali ubrani na biało - znaczy ze swoimi "białymi krukami" w dłoni  ...

O kim mowa?

O celebrytach słowa pisanego, którzy płynąc na fali mediów społecznościowych, ze swojego pisarstwa uczynili źródełko całkiem pokaźnego dochodu. I to w kraju, w którym jednak większość jego mieszkańców po całości gardzi książkami, a te wmuszone w postaci lektur z lat szkolnych, stara się szybko i skutecznie zapomnieć. 
W Polsce, gdzie zawód (czytaj hobby) - pisarz powinien kojarzyć się wyłącznie z przymierającym głodem, w palcie dziurawym, mieszkańcem opalanej miałem węglowym, lichej kamienicy oczekującej na rewitalizację od 1899 roku.



Tymczasem pisarze, twórcy lub tak zwani autorzy powieści masowo pochłanianych przez te pozostałe 37% społeczeństwa polskiego bezwstydnie śmigają pojazdami klasy luksusowej. Dzielą się wrażeniami z egzotycznych podróży razy kilkanaście w roku, popijając przy tym wysoko gatunkowe trunki alkoholowe niczym oranżadę Hellena. 

Remigiusz Mróz, Katarzyna Grochola, Katarzyna Bonda czy nawet Szczepan Twardoch  posiadają aktywne konta w social mediach, gdyż na dzień dzisiejszy nie ma lepszego źródła promocji siebie i swojej twórczości jak właśnie "społecznościówki". 



Udzielają wywiadów jak gwiazdy kina czy estrady. Ich podobizny zerkają na nas z okładek kolorowych magazynów. Każdego dnia mówią nam dzień dobry na instastory. Wiemy co, gdzie i z kim jadają. Jakie produkty noszą na sobie oraz używają dla zdrowia i urody. Nie dopowiadając już, że to w ramach płatnego "product placement". Ważne jest, że "rabacik" dla wiernego czytelnika w "bio"  się znajdzie. 

Za cenę okradania się z prywatności i świecenia "tyłkiem", wyłaniają się nazwiska trzęsące listą TOP 100 Empiku. W dniu premiery sprzedają książki co do ostatniego egzemplarza. Taką sztukę można porównać wyłącznie do sprzedaży zestawu o nazwie #lipkit od samej Kylie Jenner, która bycie najmłodszą milionerką USA, oparła na sprawdzonym rodzinnym patencie - medialnie - wszystko na sprzedaż. 

Opłaca się? Opłaca.

Do powyższego opisu pasuje wiele "literackich" nazwisk, jednak niewątpliwą królową jest ONA - Blanka Lipińska

Pani, o której jeszcze 2 lata temu nikt nie słyszał, a w dniu dzisiejszym wiemy o niej wszystko. No może prawie wszystko. 
Autorka powieści, w treści której słowo "kutas" pojawia się częściej niż "kurwa" w filmach Patryka Vegi.



Kobieta, która pobudziła, i to dosłownie, czytelnictwo w Polsce. Dzięki której, rzesze zawstydzonych słowem "orgazm" gospodyń domowych z uśpionym libido, szturmem obległo kosze z książkami w Biedronkach. Na fali pobudzonego pożądania wzięło mężów swoich w łóżkowe, szaleńcze obroty. Nie wątpię, że ku ich ogromnemu zdziwieniu ale i uciesze jednocześnie.

Nazwana autorką polskiego "Grey'a" uwiodła swoje czytelniczki słowem seks i to aż trzykrotnie. Saga: "365 dni", "Ten dzień" oraz "Kolejne 365 dni" to absolutne hity sprzedażowe ostatnich 365 dni polskiego rynku wydawniczego. Setki tysięcy sprzedanych egzemplarzy to nie jest wyczyn powszechny nawet wśród laureatów "Paszportów Polityki".

Internetowe recenzje tych książek na empik.com to średnio ponad 4 gwiazdki na 5 możliwych, czyli porównywalnie z ocenami największych dzieł Stanisława Lema. Oczywiście znajdą się negatywne opinie o owych powieściach, głównie od osób, które wcale ich nie czytały. Jednak tradycja nie znam się, ale chętnie się wypowiem - wiecznie w narodzie żywa. Nieprzychylnie jest również od krytyków literackich, że to poziom twórczości Zbigniewa Martyniuka, że guma do żucia dla oczu, że bez walorów intelektualnych itp. Jednak cieszyć powinien sam fakt, że ludzie czytają, wszakże czytanie rozwija.            W konsekwencji tego rozwoju dobór lektur może stać się z czasem nieco szlachetniejszy.


Sama Blanka Lipińska też się nie oszczędza i w telewizjach śniadaniowych wypowiada się jako ekspert od różnych dziedzin życia, z przewagą tej seksualnej. Ten nagły medialny szum wokół tego, że ludzie lubią uprawiać seks i to nie tylko taki małżeński, pod kołderką przy zgaszonym świetle i to wyłącznie w celach prokreacyjnych, Lipińska świadomie wykorzystuje. Otwarcie i bez jakiegokolwiek zażenowania na temat potrzeb seksualnych kobiet się wypowiada.  Za to należy się jej wielki "szacun" i uznanie. Bo znalazł się reszcie ktoś, kto w swoim przekazie potrafi przemówić do kobiet, do których nie jest w stanie dotrzeć np. Manuela Gretkowska.

Jeżeli chodzi o same książki, to według mnie są one nawet całkiem sprawnie napisane jak na "grafomana" jak mówi o sobie autorka. Historia bohaterki mocno wciąga i do samego końca trzyma w napięciu. Akcja dziejąca się na Sycylii i innych, również gorących wysp. Nieruchomości, samoloty, samochody, ubrania i dodatki, a wszystko to wersji mocno luksusowej. Lejący się od rana i to strumieniami różowy Moet Chandon. Jest i zakochany on - do tego nieziemsko przystojny i hojny milioner typu "badboy". Nieustające pożądanie i uciechy cielesne wszędzie i do granic wytrzymałości fizycznej szeroko opisane występują niemal co kilka stron.

Czyli jest wszystko, o czym utyrana gotowaniem kolejnego kotleta, kobieta może w polskiej, szarej rzeczywistości pomarzyć. Oczywiście nim wróci "Janusz" i chamsko owe czytanie przerwie, pytając o obiad. 
Wrr. 
I o ile życiowo doświadczona Grażyna +40, jest w stanie szybko do owego "kotletowego" reala sprawnie powrócić. Tak w przypadku Jessiki lat 20, możemy mieć już wieloletnie zadanie dla psychoanalityka, jak owego "księcia", na wzór tego z książki na życie sobie nie znajdzie.



Sama autorka wzbudza wyłącznie moje pozytywne odczucia. Dobrze zrobiona i wygadana. Miło się słucha i patrzy. W 100% skupiona na realizacji postawionych przez wydawnictwo lub samą sobie celów. Jest niemal zaprzeczeniem swojej głównej bohaterki Laury, która raczej biernie przyjmuje rzeczywistość, niż ją sama kreuje. 

Lipińska sprawnie korzysta ze swoich chwil sławy, budując godne uznania show, które niewątpliwie ma dodatni wpływ na saldo na jej rachunku bankowym. Promuje siebie, zabiegi, produkty oraz rodzinę bliższą i dalszą.  Od czasu do czasu narazi się komuś w umiejętny sposób, a to "madkom polkom", a to za krótką sukienką, aby znów powrócić na Pudelka. To podkręcanie zainteresowania sobą sprawia, że szybko o niej oraz jej erotykach nie zapomnimy.

Przynajmniej nie do premiery filmu opartego na historii Laury i Massimo właśnie.

Brawo tak trzymać!



Rozwód to nie koniec ŚWIATA!



Rozwód. Dotyka każdego roku 60% zawieranych ogółem małżeństw. Przyczyn tego stanu rzeczy jest naprawdę wiele. Zresztą też bardzo dużo o nich już napisano. Także o negatywnych skutkach rozwodu dla społeczeństwa. Tym razem jednak poruszamy temat rozwodu od innej strony. Dla sporej liczby osób które nie widzą możliwości dalszego funkcjonowania w formalnym związku niespełniającym ich nadziei w nim pokładanych droga do uzyskania rozwodu wydaje się być istną drogą przez mękę. Począwszy od pierwszego kroku jakim jest wyjście do adwokata i przedstawienie sprawy. Później, w powszechnej opinii jest już tylko gorzej. Sąd autentycznie przeraża. O tym, czy jest się czego bać opowie Maciej Surowiec, adwokat specjalizujący się m.in w prawie rodzinnym.

Współtwórca projektu #rozwódtoniekoniecświata.

Panie Mecenasie, rozwód. Dla wielu ludzi rozwód to prawdziwy koniec świata. Małżonkowie wstępujący w związek małżeński z reguły utożsamiają swojego wybranka/wybrankę jako tego jedynego, wymarzonego z którym chcą przeżyć życie.

Ma Pani rację. Faktycznie, w przeważającej większości przypadków osoby zgłaszające się do Kancelarii są głęboko rozżalone i zawiedzione obrotem spraw w ich życiu. Czasem nie do końca też wierzą, że to spotkało właśnie je. W tym zatem względzie pierwszego kroku na drodze do uzyskania rozwodu należy upatrywać nie w faktycznym przyjściu do adwokata, a raczej w podjęciu decyzji o rozwodzie i skorzystaniu z profesjonalnej pomocy. To nie jest takie proste mówić obcej osobie o swoim życiu, o intymnych jego aspektach, często o takich, o których nie wiedział nikt z najbliższej nawet rodziny. Także świadomość, że oto rozpoczął się koniec pewnego etapu w życiu który znaliśmy i do którego przywykliśmy, nie pomaga. I to widać po Klientach. Podczas pierwszych rozmów bardzo często czuć wielką tremę.  Tym bardziej jest to ważne, by osoba przychodząca do Kancelarii darzyła wybranego przez siebie adwokata pełnym zaufaniem. Tak co do jego wiedzy i doświadczenia zawodowego, ale i co do tego, że zrozumie i zachowa w tajemnicy to co usłyszał. Przy tej okazji należy wyjaśnić, że adwokat ma bezwzględny obowiązek zachowania w tajemnicy wszystkiego o czym dowiedział się od Klienta. Co równie ważne, adwokat zobowiązany jest do podejmowania działań wyłącznie na korzyść swojego Klienta!

No dobrze. Mamy zgodę co do tego, że rozwód nie jest łatwą sprawą. Skąd zatem ta przewrotna nazwa projektu?

Przede wszystkim należy uzmysłowić sobie, że pomimo pierwszych trudności, albo raczej wyobrażeniu o nich, rozwiązanie małżeństwa nie oznacza końca świata. Można nadal funkcjonować w społeczeństwie. Pracować tam gdzie się pracowało, chodzić do kina, teatru, do restauracji i na basen. Można spotykać się ze znajomymi. Można też, choć z tym akurat różnie bywa, w miarę normalnie funkcjonować z byłym małżonkiem. Szczególnie ta ostatnia możliwość jest ważna jeżeli z małżeństwa pochodzą dzieci. Wtedy pozostawanie z drugim z rodziców w dobrej relacji jest szczególnie ważne by nie prowadzić do sytuacji, w której ucierpieć mogłoby dobro dziecka rozumiane jako możliwość kontaktowania się z obojgiem rodziców. #rozwódtoniekoniecświata oznacza też, że nie ma sytuacji bez wyjścia w czasie drogi do rozwiązania małżeństwa. Kwestie które dzielą małżonków, takie jak: wysokość alimentów, wina w rozkładzie pożycia, władza rodzicielska i piecza nad małoletnimi dziećmi, podział wspólnego lokalu do używania czy podział majątku naprawdę da się rozwiązać.

Tylko że często te kwestie są rozwiązywalne  wyłącznie w procesie i to trwającym kilka lat. Nie bez przyczyny w powszechnej opinii to gehenna.

Tak przebiega proces. Jeżeli sąd ma do przesłuchania wielu świadków, jeżeli w toku procesu wydawane są postanowienia (jak choćby w przedmiocie udzielenia zabezpieczenia kontaktów z dziećmi czy zapłaty alimentów) które są zaskarżane przez stronę niezadowoloną z rozstrzygnięcia, jeżeli wydawane są przez biegłych opinie które później są podważane przez strony… To wszystko trwa. Warto zatem zastanowić się, czy nie lepiej schować urazy i dumę do kieszeni i dokonać z szanownym/ szanowną koniecznych ustaleń zanim pójdzie się do sądu i zacznie przechodzić, jak Pani to określiła „gehennę”. Jeżeli pomimo wszelkich prób polubownego rozwiązania małżeństwa małżonkowie nie będą w stanie się porozumieć, wtedy prawdopodobnie czeka je długi i mało przyjemny dla nich proces. Jeszcze dłuższy jeżeli dodatkowo wziąć pod uwagę, że od niekorzystnego rozstrzygnięcia sądu każdej ze stron służy apelacja. To dodatkowo wydłuża postępowanie.

I można iść przez rozwód samemu, bez pomocy adwokata?

Oczywiście. Kodeks postępowania cywilnego nie wprowadza wymogu by w sprawie o rozwód korzystać z usług adwokata. Jeżeli ktoś czuje się na siłach by samodzielnie sporządzić pozew, wnieść replikę na prawdopodobną odpowiedź na pozew pozwanego, by samodzielnie przesłuchiwać świadków w odpowiedni sposób, by zaskarżać ewentualne niekorzystne dla siebie postanowienia sądu, sporządzać pisma procesowe podważające twierdzenia strony przeciwnej i finalnie, by sporządzić samemu apelację – czemu nie. W sumie, to może kilkadziesiąt przepisów w kilku aktach prawnych. Jest też wszechpomocne google...

Sarkazm, wyczuwam sarkazm…

Wie Pani, mentalność ludzi w Polsce jest taka, że wszystko można samemu. Wszystko jest proste, zajmuje mało czasu. I finalnie, że adwokat jest absurdalnie wręcz drogi jak na to co oferuje. Takie pokutuje przeświadczenie. Tylko że doświadczenie zawodowe pokazuje, że wcale to wszystko nie jest takie proste. Że wiedza czerpana z google jest niepełna i niedokładna. I częstokroć  przystąpienie adwokata do sprawy rozpoczętej w nie do końca optymalny sposób jest już spóźnione, co przełożyć się może na mniejsze szanse na najlepsze jej zakończenie.

Nie uważa Pan, że taki odbiór adwokatów nie wziął się znikąd? Sama widziałam na licznych grupach tematycznych na facebook`u relacje ludzi którzy zostali, żeby określić to możliwie najdelikatniej, potraktowani mało profesjonalnie przez osoby o których Pan mówił, że powinno się im ufać. I jeszcze zażądali za swoje usługi olbrzymich pieniędzy.

Być może są takie relacje ludzi. Ja osobiście nie spotkałem się z tego rodzaju Klientami, którzy przychodzili do mnie rozgoryczeni tym, że adwokat potraktował ich w taki sposób. Wszyscy moi przyjaciele adwokaci to osoby na wskroś rzetelne i uczciwe w relacji z Klientem, przykładające się przy tym do pracy.  Pozwoli Pani, że nie będę się wypowiadał co do ogółu przedstawicieli zawodu. W pracy Kancelarii kierujemy się zawsze troską o rzetelność w relacji z Klientem tak w sferze merytorycznej, jak i finansowej. Zresztą zachęcam do lektury strony rozwodtoniekoniecswiata.pl. Być może wiedza tam zawarta będzie na tyle użyteczna, że korzystanie z pomocy adwokata w sprawie rozwodowej stanie się zbyteczne.

Mój odbiór tego co Pan mówi bardzo wyraźnie kontestuje z relacjami naprawdę wielu ludzi którzy przeszli przez rozwód. Na samo wspomnienie cierpnie im skóra na grzbiecie. A z Pana wypowiedzi wynika, że to nic takiego.

Nie, takie określenie nie padło, że rozwód to nic takiego. W życiu każdego człowieka rozwód to jedno z najbardziej doniosłych przeżyć i ono zostaje w pamięci na całe lata. Często do końca życia. Tym niemniej, jak już wspomniałem, nie ma sytuacji bez wyjścia czy nie do przeżycia. Także rozwód nie jest sytuacją bez wyjścia. Przy czym cała doniosłość rozwodu bierze się nie tylko ze złożoności reguł postępowania przed sądem, ale i z emocji kierujących stronami procesu. Bez nich często sprawa mogłaby trwać krócej. I po to też, między innymi, jest adwokat żeby doradził jako osoba stojąca poza sporem i emocjami najbardziej optymalny sposób na przeżycie procesu. Posiadane doświadczenie pozwala na takie ujmowanie procesu, jakie jest przedstawiane podczas rozmowy. Dla klientów sprawa o rozwód jest często pierwszą sprawą wymagającą kontaktu z sądem. Taki ktoś nie wie nawet gdzie usiąść na sali. Do kogo się zwracać, w jaki sposób. Optyka zmienia się z nabytym doświadczeniem. Mogę więc w oparciu o nabyte doświadczenie zasadnie twierdzić, że #rozwódtoniekoniecświata i jest to do przeżycia.

W takim razie nie pozostaje mi nic innego jak podziękować za rozmowę i życzyć powodzenia.



Copyright © Fancy Life Lover