OLIWKA & CO. czyli włoskie smaki w Ustroniu!

Ostatnie kilkanaście miesięcy były dla gastronomii dość burzliwe. Nakazy, zakazy oraz obostrzenia w imię pandemii spowodowały sporo zamieszania w branży, która robiła, co mogła, aby to wszystko przetrwać. Niestety nie wszystkim się to udało. Jedni zamknęli się na zawsze, inni do dziś walczą w sądach (i to z sukcesami) o nałożone przez Sanepid kary za nieprzestrzeganie rządowych rozporządzeń. 

Są też takie restauracje, po których nie dość, że nie widać ciężkich czasów to jeszcze to "nowe otwarcie" sprawiło, że rozkwitły. Niewątpliwe dla mnie takim miejscem jest "Oliwka & Co."

NAJLEPSZA KAWA I PIZZA W USTRONIU?

Ustroń jest trudnym dla gastro miejscem. W tygodniu pusty i senny, a w słoneczne weekendy zapełniony po brzegi wygłodniałymi turystami. Powoduje to, że godne zjedzenie obiadu bądź napicie się kawy w centrum miasta graniczy wręcz z cudem. Niedzielne przepełnienie lokali oraz kolejki nawet pod najpodlejszą budą z fast foodem to absolutna już norma. Ten stan rzeczy bardzo często rzutuje na jakość jedzenia, obsługi oraz czas oczekiwania na zamówienie. 

Niejednokrotnie zdarza się, że po 17:00 nie ma już połowy dań z karty, bo "hanysy" już wszystko wyżarły.

Taki stan rzeczy kompletnie nie sprzyja kontemplacjom nad posiłkiem oraz trafnym spostrzeżeniom. Wystarczy jeden drący mordę lub rzucający jedzeniem "bombelek" z odstrzeloną jak stróż w Boże Ciało "madką Karyną", będącą na wyjeździe w górach. W tym czasie chce błyszczeć i mieć relaks, a nie uganiać się w dwunastocentymetrowych szpilach za niesubordynowaną latoroślą, wystarczy, że piastuje "to coś" na co dzień w domu. Całokształtu zawsze dopełnia ojciec, który ma totalny luz, bo skoro dziecko jest w kąciku dla dzieci, to oczywiste jest, że w czasie kiedy on spożywa "drogi" posiłek to w jego cenie brzdąca pilnuje i zabawia kelnerka. Proste.

Ot i takie bywają rodzinne niedziele w kurortach.

Dlatego też staram się nigdy nie pisać recenzji w takich warunkach. Podobnie jak nie piszę ich po jednorazowej wizycie. Opinie "ad hoc" tak modne ostatnio na Tik Toku, są według mnie zbyt pochopne i bardzo mało wiarygodne. Zły dzień kucharza czy obrażona kelnerka z przypadku, może przekreślić budowaną latami markę danego miejsca. I to tylko dlatego, że "influencer" nie był wystarczająco zadowolony. Kto wie, może też miał/a również zły dzień, który zaburzał prawidłową percepcję. Tudzież żerując na sławnym nazwisku właściciela, chcąc w ten sposób zwiększyć zasięgi dzięki "viral hate" w social mediach. 

Nie od dziś wiadomo, że krytyczne opinie klikają się znacznie lepiej niż te dobre. Najlepszym tego przykładem jest aktualny spór Barbary Ritz w Gdańsku z pewną tiktokerką, która jako niezależna znawczyni fine-diningu nie zostawiła suchej nitki na restauracji zwyciężczyni Master Chefa.

OLIWKA & CO W USTRONIU

Wracając jednak do urokliwego miejsca, jakim bez wątpienia jest Oliwka & Co. w Ustroniu, trzeba zwrócić uwagę na kilka faktów. 

Oliwka & Co. została otwarta ponad rok temu (1 lipca 2020r.) w miejscu, gdzie przez lata w smutnej, szarej willi funkcjonował bar "U Marusia". Kapitalny remont budynku całkowicie odczarował to miejsce, którego niepodważalnym atutem jest fantastyczna lokalizacja. Ponadto przewagą Oliwki nad innymi lokalami w Ustroniu, jest jej dość duża powierzchnia. Dwa poziomy, zielony taras z fajnym widokiem, spory ogródek oraz własny parking to duże plusy dla restauracji w tak obleganym w sezonie mieście. 


                                                                                                                             źródło: fotopolska.eu

Co zjemy?

Lokal łączy w sobie wszystkie zalety kawiarni oraz restauracji, a raczej bistro z krótką listą dań, na które nie trzeba zbyt długo czekać. 

W godzinach porannych zjemy w Oliwce również śniadanie.

Królową karty jest przede wszystkim pizza z pieca opalanego drewnem. Podawana jest na cienkim cieście bez przesadnej ilości dodatków. Jeżeli jesteś fanem "polskiej pizzy" na solidnym kawałku buły z serem a'la mozzarella, to z góry zaznaczam, że ta serwowana w Oliwce z całą pewnością nie przypadnie Ci do gustu. 


Karta zachęca również zupą, sałatkami (w tym moją ulubioną z gruszką i kozim serem), są też pierogi, makarony, ryby oraz mięsa. Ogólnie rzecz ujmując każdy znajdzie w niej coś dla siebie bez względu na to czy jest zdeklarowanym mięsożercą, czy też wegetarianinem. 

Jeżeli nie jesteś głodny, a jedynie masz ochotę na coś słodkiego w towarzystwie filiżanki aromatycznej kawy, też się nie zawiedziesz. Witryna chłodnicza obfituje w różnego rodzaju desery w tym genialne brownie, pyszne kolorowe makaroniki oraz lody w wielu smakach. 

Karta win również powinna być satysfakcjonująca nawet dla tych bardziej wybrednych. Na pytanie, czy leją "proseczko", tak leją m.in. całkiem dobrego Stocka.

Co myślą inni?

Przez rok swojej działalności Oliwka zdążyła uzbierać całkiem pokaźne grono zadowolonych klientów. Spora ich część swoje spostrzeżenia spisała w Internecie, dzięki czemu mamy jasny i pełny obraz jak lokal jest postrzegany przez odwiedzających go gości. Oliwka chwalona jest głównie za wysokiej jakości jedzenie, klimatyczny wystrój, którego kluczowym elementem są przepiękne drzewka oliwne oraz sympatyczną obsługę. Według mnie nie sposób się z tym nie zgodzić. 

Owszem są też głosy krytyki, ale to jest naturalne przy tak dużej liczbie odwiedzających, zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony.

Opinie możecie głównie przeczytać w wizytówce Google oraz restaurantguru.com. Natomiast na dzień dzisiejszy tylko jedna opinia widnieje na tripadvisor.com. To plasuje Oliwkę 44 pozycji, czyli na samym końcu listy polecanych restauracji w Ustroniu. Nie ukrywam, że było to dla mnie dużym zaskoczeniem, bo konkurencja całkiem nieźle sobie na tym portalu radzi, a rekordziści mają ponad 600 opinii i to ze zdjęciami oraz pełnym opisem.


Dodatkową tegoroczną atrakcją w Oliwce był ogródek urządzony przez Inter-Car Mercedes-Benz, który stworzył w nim swój zamiejscowy salon samochodowy. W miłych okolicznościach przyrody można było porozmawiać z doradcą oraz przetestować kilka modeli Mercedesa. Z nieoficjalnych źródeł wiem, że w tych nieoczywistych warunkach sprzedaż okazała się bardzo zadowalająca.

POLECAM!

KOBIDO czyli lifting bez skalpela?

     

Z jazdą samochodem jest tak, że jak już ktoś raz rozpędzi się do 200 km/h, to potem zwalniając do setki, ma wrażenie, że stoi w miejscu. Obserwując wiele współczesnych kobiet, odnoszę wrażenie, że z zabiegami medycyny estetycznej jest bardzo podobnie. Jak już zaczniesz gmerać przy swojej twarzy, to ciężko Ci przestać.

A jak dobrze wiemy ścieżka do perfekcyjnego “look’u” bywa kręta, wyboista i często prowadzi donikąd.

Z reguły zaczyna się niewinnie. Kwasy, mezoterapia bezigłowa, igłowa, osocze i lasery. Dla urody permanentne “brefki” z szablonu, rzęski z norki oraz usta tak tylko lekko nawilżone i to nic, że już mocno poza obrysem. Kolejny krok to ostrzykiwanie jadem kiełbasianym. W konsekwencji jakieś 10 tysięcy mniej w portfelu. Jednak cel uświęca środki, bo to jest współczesny kanon piękna. Wszystkie tak mają, (no może prawie) to chcę i ja! Nieważne, że mam 20 lat i świetnie wyglądam bez tego wszystkiego. Taka presja środowiska i mediów. Naturalne jest "nieestetyczne" jakby powiedziała "Bożenka z Klanu".



Ja również mam z botoksem swoją osobistą przygodę. Kilka lat temu zainspirowania koleżankami również postanowiłam iść drogą po piękniejsze ja. Pierwszym zabiegiem miał być właśnie jad kiełbasiany wstrzykiwany w czoło. Poszłyśmy gromadnie to "prestiżowego" gabinetu w Katowicach - każda po swoją dawkę piękna. Niestety po dwóch tygodniach okazało się, że tylko u mnie nic się nie wydarzyło. Ani jedna zmarszczka się na rozprostowała, a wszystkie inne poszły zgodnie za jej przykładem. Zdziwiony pan doktor po długim wywodzie merytorycznym skwitował to ot tymi słowy:


„Wie Pani są takie pacjentki - żmije, które swój jad genetyczny mają silniejszy niż ten wstrzykiwany i wtedy to, to nie działa. Rzadko się zdarza, ale jednak występuje”

Szczerze? Nie zdziwiło mnie to za bardzo. Po pierwsze, bo botoks faktycznie nie trzymał, a po drugie doktor trafił z tym porównaniem mojej osoby w dziesiątkę. Śmiechom nie było końca, ale tysiaka za zabieg nie oddał.


I tym sposobem mój romans z zabiegami medycyny estetycznej został definitywnie zakończony.

No bo i po co? A dwa, podejście "luksusowej" kliniki do fuszery również mocno odstawało od moich oczekiwań jako pacjentki.


Jednak nie każda z nas umie powiedzieć pas. Jeżeli kosmetologia staje się niewystarczająca przechodzi się na “level master” czyli chirurgię plastyczną. Efekt końcowy tego poziomu? Celebrycko-aktorskie profile jasno obrazują, że może być różnie - oj bardzo różnie. Bo albo będziemy wyglądać jak Kris Jenner, albo Joselyn Wildenstein. Wszystko to kwestia gustu, budżetu, lekarza i indywidualnych cech naszego organizmu albo … zwykłego przypadku.




Oczywiste jest, że żadna z pań z tych znanych jak i nieznanych oficjalnie i otwarcie do zabiegów upiększających się nie przyznają. Wyjątkiem są influencerki, które w barterze relacjonują te wszystkie kosmetyczne rewelacje na swoich social mediach. Darmowy zabieg w zamian za "story" równa się zerowa wiarygodność, bo jak tu skrytykować post sponsorowany?


Cała reszta zauważalne zmiany w swoim wyglądzie zawdzięcza przede wszystkim: genom, wierze, zdrowej diecie i fazom księżyca. 


Jednak ostatnimi czasy, wśród celebrytek bardzo modne stało się wskazywanie na masaż o tajemniczej nazwie KOBIDO jako autentyczną i jedyną zasługę ich pięknego wyglądu.

Kobido, ale co chodzi?


Kobido podobnie jak wszystkie inne skuteczne metody w walce o dobrze wyglądającą skórę, pochodzi z Azji. Osobiście nic tak bardzo do mnie nie przemawia jak zdjęcia Koreanek czy Japonek, które po skończeniu 30 lat wpadają w wiek precyzyjnie nieokreślony i mają tak aż do późnej starości. Wszystko to dzięki wieloetapowej pielęgnacji oraz konsekwencji w jej stosowaniu. Uzupełnieniem dobrze dobranych kosmetyków są również masaże twarzy np. japoński albo #kobido właśnie. Ten ostatni nazywany jest również “naturalnym liftingiem twarzy”. Polega na intensywnym masowaniu tkanek głębokich mięśni twarzy, szyi i dekoltu na sucho, czyli bez olejku czy ampułki. 


Zabieg podzielony jest na cztery etapy: relaksacja, drenaż, lifting oraz akupresura. 


YENNEFER MEDICAL SPA


Z racji tego, że raz na jakiś czas daję się ponieść instagramowym rewelacjom zaryzykować. Na miejsce tego eksperymentu wybrałam salon SPA, który od dłuższego czasu mijałam, pędząc do Lidla na “promki” okolicznościowe. Pozytywne opinie, przejrzysta strona internetowa z cennikiem oraz możliwość rezerwacji wizyty on-line przekonały mnie właśnie do wyboru Yennefer Medical SPA.


Jednak jak wiadomo to nie strona internetowa, a ludzie finalnie decydują o tym czy miejsce, do którego się udajemy, spełni nasze oczekiwania. W przypadku Yennefer była to pełna zgodność. Od uśmiechniętej recepcjonistki, profesjonalnego zabiegu po przemiłą właścicielkę.


Bardzo lubię takie miejsca.


ZABIEG?


To czysta przyjemność. Pomimo tego, że masaż jest dosyć intensywny, jest całkowicie bezbolesny. Skupia się na newralgicznych punktach na twarzy: okolice oczu i ust, podbródka oraz szyi. Całość trwa około godziny w tym ostatnie 15 minut to maska nawilżająca w płachcie, której zadaniem jest ukojenie po skóry po zabiegu.


Z pewnością interesuje Was skuteczność Kobido.


Jak w przypadku każdego nieinwazyjnego zabiegu liczy się przede wszystkim regularność i konsekwencja. Minimalna seria, jaką należy zastosować to 6 zabiegów w tygodniowych odstępach. Jednakże już po pierwszym masażu wyraźnie odczuwamy, że nasza skóra jest dużej lepiej ukrwiona i napięta, a dzięki masce intensywnie nawilżona. Po 3-4 pełnych zabiegach wyraźnie widać poprawę jędrności skóry, znikają drobne zmarszczki oraz linie mimiczne. U mnie wyraźnie poprawił się owal twarzy, więc osobiście uważam, że warto.


Tym samym wprowadziłam ten zabieg jako stały element w pielęgnacji swojej twarzy kosztem "cudownych" kremów z kawiorem, śluzem ślimaka oraz wyciągu z rogu jednorożca, które umówmy się, działają bardziej na wyobraźnię i portfel niż na którykolwiek z objawów grawitacji.


W rankingu #hitczyhit stawiam na HIT!






Włochy w gębie czyli SISI RISTORANTE!


Szczyt sezonu w miejscowościach turystycznych właśnie przed nami. I to w wymiarze oraz okolicznościach, z którymi branża gastronomiczna musi się zmierzyć po raz pierwszy w swojej historii. Nowe wytyczne oznaczają, że tłumy wygłodniałych turystów będą znacznie większe, bo po pierwsze rodacy zostaną ograniczeni do wyłącznie krajowego wypoczynku, a dwa, że liczba miejsc w lokalach ze względów epidemiologiczno-sanitarnych uległa radykalnemu zmniejszeniu. Pomimo tych trudności ludzie i tak będą szturmować restauracje, o czym świadczy chociażby ostatni czerwcowy weekend w Ustroniu. 



To pięknie położone w Beskidzie Śląskim miasteczko, z roku na rok coraz bardziej zyskuje na swojej turystycznej popularności. Zasługą tego jest niewątpliwie fakt, że w przeciwieństwie do pobliskiej Wisły, droga do Ustronia jest dwupasmowa. Wjazd do centrum Ustronia zajmuje dosłownie kilka chwil bez konieczności stania w minimum godzinnym korku jak to ma miejsce w przypadku dojazdu do Wisły właśnie. Nie chcąc marnować weekendowego czasu wielu przyjezdnych decyduje zakończyć podróż w Ustroniu. Dostrzegające zapotrzebowanie turystów na nowe atrakcje władze miasta każdego roku starają się ubogacić kurort w coś nowego. I tak, odnowiono całkowicie amfiteatr, wybudowano muszlę koncertową na rynku, odświeżono ścieżki rowerowe. W tym roku natomiast na nowo zagospodarowano plażę przy deptaku nad rzeką Wisłą. Huśtawki, bujawki, nowy asfalt i ławki zachęcają "wałowych" spacerowiczów do siebie jeszcze bardziej. 


Jednak bez względu na ilość oferowanych przez Ustroń aktywności i rozrywek, każdy turysta dochodzi do momentu głodu absolutnego, który to nie pozwala na cieszenie się pięknymi widokami i czerpania energii wyłączenie ze słońca. Zawsze przychodzi moment wyboru punktu gastronomicznego. Jak na miejscowość górską, większość przyjezdnych nie wyobraża sobie innej opcji niż obfity obiad w karczmie. Musi być kotlet z frytkami, placki ziemniaczane, grillowane oscypki czyli serki typu górskiego. Wszystkiego dużo, a i piwa obficie - ot taka definicja beskidzkiego "dream obiadu". 


Ale czy Ustroń tylko karczmami stoi? Otóż nie. Jak wiadomo, drugim po kotlecie polskim daniem narodowym jest oczywiście pizza. Przybytków gastro typu włoskiego jest w tym mieście całkiem sporo. Pomińmy może te, gdzie grubość ciasta jest na palec, mozzarellę udaje produkt seropodobny, a szynkę - mielonka za 10zł/kg. Jeżeli lubicie prawdziwą włoską kuchnię, to do wyboru w Ustroniu macie wyłącznie dwie opcje:

MELISSA - restauracja, którą znają tutaj najstarsi górale. Od 1993 roku niezmiennie prowadzi ją ten sam włoski właściciel - Francesco Balice wraz z małżonką. Karta jest tu dość krótka i bardzo niechętnie przez Francesco odświeżana, bo i po co - skoro wszystko dobre i sprawdzone. Pizza, makarony, mięsa, owoce morza czyli włoski konkret. Większość dań przygotowywana jest na oryginalnych, włoskich produktach.  Ja od lat prawie 30 lat wciągam jedną i tą samą sałatkę o nazwie Del Sole, którą wszystkim bardzo serdecznie polecam.



SISI PIZZERRIA E RISTORANTE - pomimo tego, że została otwarta wiele, wiele lat po wspomnianej powyżej Melissie, bardzo szybko zyskała pochlebne opinie odwiedzających ją gości. Zarówno tych przypadkowych poszukiwaczy dobrego smaku, jak i zawodowych wyjadaczy. O swojej wizycie w SISI dość obszernie wypowiedziała się uwielbiana przeze mnie Magdalena Grzebyk - autorka bloga, FB oraz Instagrama o nazwie "Krytyka Kulinarna". 

Jak Pani Magda oceniła swoją wizytę w SISI, możecie przeczytać tutaj:
https://krytykakulinarna.com/sisi-ustron-gdzie-jesc/


Ja w przeciwieństwie do Pani Magdy odwiedzam SISI dość regularnie i moje spostrzeżenia opieram na kilkuletniej już przyjaźni, a nie jednorazowego wrażenia. Ale mimo tej drobnej różnicy nasze odczucia są niemal identyczne. Głównymi atutami dla tego lokalu są niewątpliwie: oryginalne włoskie produkty, kunszt ich przetworzenia oraz miłe i doskonale zorientowane w menu kelnerki. Całość dopełnia urządzone ze smakiem wnętrze oraz zapach pieczonej pizzy dochodzący z opalanego drewnem pieca, który w tym roku został wymieniony na nowy. Lepszy i to taki w kategorii piecowych Maybachów podobno.


Z uwagi na fakt, iż nie jestem urodzonym mięsożercą, nie będę się zbytnio rozwodzić nad krwistą częścią karty. Nie napiszę jak smakuje Bistecca alla Florentina czy Lombo. Dla mnie w każdej restauracji liczą się przede wszystkim: owoce morze, sery (im twardsze i bardziej śmierdzące tym lepiej), desery wymyślne oraz włoskie podsumowanie każdego dobrego posiłku czyli kawa. Absolutnie nie mam tu na myśli fikuśnego latte czy cappuccino, które jak nie wszyscy wiedzą, są kawami spożywanymi na Półwyspie Apenińskim przez "lokalsów" wyłącznie do śniadania. Chodzi tu o kwintesencję tego napoju - aromatyczne, delikatnie spienione na wierzchu i podane w podgrzewanej filiżance - diabelnie mocne espresso. 


Dla mnie, absolutnym hitem tego lokalu jest sałatka o nazwie "Gamberetti" czyli po naszemu swojska "krewetkowa". Uwielbiam ją za całokształt smaku i objętości. Znajdziemy w niej krewetki dużego kalibru, awokado, pomidory, owoce cytrusowe, melona, roszponkę, rukolę, grillowaną cukinię z delikatnym dressingiem i dobrej jakości parmezanem na finiszu. Sałatka ta może spokojnie uchodzić za drugie danie, gdyż bogactwo składników w niej zawartych jest bardzo sycące. 

Na zdjęciu poniżej widać jak owa sałatka ewaluowała na przestrzeni lat. Niestety w odsłonie z nowej karty, jakby się nieco skurczyła i jakby brakuje w niej tego pysznego parmezanu ale i tak pycha.

Cena 39zł.


Ostatnim moim odkryciem był serowy zestaw degustacyjny. Pięknie podane różne gatunki sera: dojrzewający Parmigiano Reggiano D.O.P*, z mleka krowiego Bastardo del Grappa, owczy Pecorino Romano D.O.P, pleśniowy Gorgonzola Dolce D.O.P - w towarzystwie miodu tymiankowego, konfitury morelowej, fig oraz orzechów włoskich. Ta pozycja z karty może przemówić głównie do prawdziwych serowych koneserów. Mnie osobiście urzekła Gorgonzola maczana w miodzie. Wprost genialne połączenie smaków.

Jeżeli za serami nie przepadacie, zamiast nich możecie zamówić deskę włoskich wędlin: szynka parmeńska, wędzony boczek i dwa rodzaje salami z takimi dodatkami jak dip z pieczonej papryki, grillowana cukinia oraz kandyzowane w occie balsamicznym cebulki. 

Cena 29zł


A co z tą pizzą? 30 centymetrów na cienkim, chrupiącym cieście w rzymskim stylu. Wersji do wyboru kilkanaście. Jeżeli w gotowcach nie znajdziemy nic dla siebie, to na bazie klasycznej Margherity lub Margherity di Bufala możemy dobrać dodatki według własnego gustu i preferencji, a jest w czym wybierać. Gotowa pizza jest doskonale wypieczona (we wspomnianym już wcześniej piecu opalanym drewnem) i niebiańsko rozpływa się w ustach. 

W mojej ogólnej klasyfikacji pizzerii wszelakich na terenie tego kraju, na pewno zmieści się w pierwszej najlepszej piątce.


Z racji tego, że po posiłku głównym, nie jestem w stanie wepchnąć jeszcze deseru, na tę przyjemność wybieram się do SISI zawsze w trybie odrębnym. Smakowite latte w połączeniu z Panna cottą z sosem truskawkowym - to mój ulubiony zestaw. Deser jest delikatny w smaku, nie za słodki i bez grudek żelatyny jak to bywa w innych lokalach. 

Jeżeli nie przepadacie za "śmietaną na gęsto", wyśmienite jest również tiramisu i ciasto z kremem chałwowym. 


Jeżeli powyższa lektura zachęciła Was do odwiedzenia tego przybytku włoskich smaków i aromatów, mam jedną cenną uwagę - rezerwujcie stolik. To teraz podstawa!

Jeżeli jednak pasta i gluten do Was nie przemawia to pod tym samym adresem czyli Słoneczna 11, już od kilku tygodni działa MIAMO restauracja oferująca dania kuchni japońskiej czyli sushi. Pierwsze próby już były i wypadły pozytywnie. 


MAZOWSZE MEDI SPA - narty, majówka i upalne lato!



MAZOWSZE MEDI SPA to miejsce, w którym można w pełni wypocząć na łonie przyrody. Każdy miłośnik Beskidu Śląskiego ceniący piękne widoki oraz znaczącą odległość od zatłoczonych i gwarnych deptaków miejscowości turystycznych z pewnością doceni ten kameralny ośrodek zatopiony w zielonych lasach Jaszowca.


Historia obiektu sięga wczesnych lat 60-tych kiedy to na fali zachwytu Ustroniem, zaczęto na potęgę budować obiekty wypoczynkowe dla dużych zakładów pracy. Jaszowiec według ówczesnej władzy PRL miał się stać kompleksowo zagospodarowanym obszarem rekreacyjnym dla klasy robotniczej. Projekt w skali bez precedensu został ukończony kilka lat później  stając się miejscem wypoczynku pracowników Petrochemii Płock, Rafinerii Nafty, Rybnickiej Fabryki Maszyn Górniczych oraz wielu innych.

Pięknie położone obiekty przyciągały turystów przez dziesiątki lat. Wraz z upadkiem lub prywatyzacją zakładów pracy, które nimi administrowały większość domów wczasowych również przechodziła ciężkie chwile. Pomimo, iż podjęto decyzję o ich sprzedaży prywatnym właścicielom, nie wszystkie znalazły swoich nabywców i to do dnia dzisiejszego. Całkowicie zarośnięte, czekają na powrót do swojej świetności sprzed lat.



Szczęśliwie, nie wszystkie postpereelowskie placówki do zadań wczasowych bezpowrotnie straciły swój blask. Wjeżdżając do Jaszowca od ulicy Stromej, możemy się o tym bardzo szybko przekonać. Kolorowe bannery zachęcają do skorzystania z usług dwóch najprężniej działających domów wczasowych jakimi są: 

KOLEJARZ (z gwiazdkami w logo, które są jedynie elementem dekoracyjnym, nie mającym jakiegokolwiek związku z klasyfikacją standardu obiektu hotelowego), oraz MAZOWSZE MEDI SPA.


Recenzję Kolejarza pozostawię na kolejny artykuł, tym czasem skupię się na Mazowszu Medi Spa, który w ogólnej ocenie użytkowników serwisu Booking.com w roku 2018, uzyskał wynik 8,3 na 10 możliwych punktów. 

Gości Mazowsza zachwyca w pierwszej kolejności okolica: otaczające obiekt lasy, piękny o każdej porze roku widok na górę Czantorię oraz bliskość szlaków turystycznych np. na Równicę. Następnie, strefa saun i aqua, usługi SPA oraz profesjonalne zabiegi rehabilitacyjne. Czystość oraz profesjonalizm obsługi goście Mazowsza również oceniają na poziomie: bardzo dobry.

Aż ciśnie się w usta pokerowe SPRAWDZAM!


Osobiście z ośrodkami wypoczynkowymi miałam do czynienia wyłącznie w latach osiemdziesiątych, kiedy to wraz z rodzicami, dzielnie odwiedzałam takie placówki kilka razy do roku i to w różnych zakątkach Polski.  Od Tatr aż po Juratę.

Jak wiadomo z wiekiem gusta się zmieniają, a i wymagania względem pobytu wypoczynkowego również. 

Przekraczając próg Mazowsze Medi Spa nie miałam wrażenia powrotu do przeszłości. Z  parkingu kierujemy się do przestronnej recepcji, gdzie wita nas uśmiechnięta obsługa. Niby drobny gest ale gdy czujemy, że nie jest wymuszony jakoś milej odbieramy miejsce do którego właśnie przybyliśmy. Nie wiem jak Wam ale mnie wielokrotnie zdarzało się meldować w hotelach typu luksusowego, gdzie recepcjonista mimo całej swojej serdeczności miał ton głosu, który w domyśle brzmiał "jak miło, że jesteś ale się wcale nie cieszymy ... " 

Dla mnie pierwszy kontakt jest niesłychanie ważny gdyż jest wyznacznikiem atmosfery jaka panuje w danym miejscu. W Mazowszu czuje się wyjątkową przytulność.


Niewątpliwym reliktem przeszłości są pokoje. Niestety w komunistycznych czasach klasa robotnicza nie mogła cieszyć dużą przestrzenią. Pokój typu standard może być z powodzeniem wykorzystywany wyłącznie przez jedną osobę. Jeżeli lubicie większą przestrzeń, zarezerwujcie sobie comfort albo dwupokojowy apartament. Bez względu na powierzchnię wszystkie pokoje są urządzone w podobnym standardzie i pachną czystością. Funkcjonalna łazienka z prysznicem spełnia swoje zadanie. Jeżeli miałabym szukać dziury w całym, to z pewnością byłoby to podwójne łóżko. Jakoś tak było dziwnie połączone.


Od wielu już lat Mazowsze Medi Spa specjalizuje się w pobytach prozdrowotnych. Decydując się na przyjazd możemy dobrać sobie odpowiednią dla nas dietę (np. Dr. Bardadyna), odnowę biologiczną lub pakiety rehabilitacyjne. Na miejscu czeka też wiele atrakcji oraz aktywności fizycznych. Dla chętnych organizowane są piesze wycieczki po beskidzkich szlakach oraz nordic-walking. Mazowsze dysponuje również "prywatnym" potokiem Jaszowiec, nad którym możemy się wylegiwać w upalne dni, z dala od dzikich tłumów nad brzegiem Wisły w centrum miasta. W dolnej części obiektu organizowane są kolacje przy ognisku i góralskiej muzyce. Znajdują się tam również kort, boisko oraz bardzo przestronny plac zabaw dla najmłodszych.

W razie deszczowej pogody, wypoczynek możemy urozmaicić sobie pobytem w strefie aqua, saunie suchej lub parowej lub zwyczajnie relaksując się kąpielą w ciepłych jacuzzi. Osobiście polecam relaksacyjne masaże olejowe oraz zabiegi wyszczuplające na ciało.



Sezon zimowy to narciarskie szaleństwo. W odległości kilku kilometrów może poszusować na następujących stokach: Czantoria, Poniwiec, Palenica lub Stożek. Jeżeli tylko pogoda dopisuje to już z początkiem grudnia możemy zacząć pierwsze szusy. Z roku na rok przygotowanie tych tras jest coraz lepsze, poprawiała się również infrastruktura wyciągów.


Jak wiadomo pobyt wypoczynkowy to również wyżywienie. Jeżeli nie zdecydujemy się na dietę specjalistyczną, kuchnia zaoferuje nam śniadania w formie bufetu, serwowany dwudaniowy obiad lub obiadokolację z daniami do wyboru. 

Jeżeli w hotelowej gastronomii poszukujecie nuty szaleństwa, fuzji smaków i odkrywania nieznanego, to w Mazowszu raczej tego nie znajdziecie. Serwowane tu posiłki są niczym "jak u mamy czy babci" - tradycyjne, proste ale bardzo smaczne. 


Zostawiając najlepsze na koniec, przechodzimy do kawiarni. Drinki, desery lodowe (dostawcą lodów do Mazowsza jest Sopelek, opolska manufaktura, która swój lokal ma również w centrum Ustronia) oraz jedne z lepszych espresso jakie piłam w Polsce. Niewątpliwą przyjemnością jest delektowanie się tym wszystkim na tarasie widokowym, który o każdej porze roku wzbudza ogromny zachwyt. 


Copyright © Fancy Life Lover