HILTON, czyli gdzie spać w Warszawie!

Jak wiadomo, stolica oferuje nieskończoną ilość miejsc noclegowych. Można spać tanio i wygodnie, drogo i niewygodnie, a można również jak to się teraz mówi na luksus "DOLLARSOWO". 

,A skoro mowa o dollarsach i the "American Dream" nie sposób tu nie wspomnieć o czterogwiazdkowcu międzynarodowej sieci hotelowej HILTON mieszczącym się na Grzybowskiej 63. 

Kwintesencja amerykańskiej wyobraźni architektonicznej: wysoko, przestronnie i komfortowo. Otwarty z początkiem marca 2007 roku był synonimem luksusu, obiektem westchnień i pożądania tłumnie przybywających do Warszawy turystów. Nocleg w Hiltonie był jednoznaczny z  wysokim statusem społecznym, zamożnością i byciem "trendy" postkomunistycznego kapitalizmu. Obecne już wtedy na warszawskiej mapie "drapacze chmur" - Marriot (1989) oraz Intercontinental (2001), które nieco straciły już na świeżości, musiały zmierzyć się z nową konkurencją.

Z uwagi na lokalizację, grupą docelową Hiltona z pewnością była "światowa elita finansowo-biznesowa", która w tamtych czasach licznie przybywała do stolicy i w nowych  biurowcach na Woli zakładała kolejne spółki córki oraz polsko-europejskie oddziały swoich firm. Potężne centrum konferencyjne, jakie mieści w sobie ten hotel, jest idealne do organizowania spotkań i szkoleń z przyszłą i obecną kadrą pracowniczą.

hilton-last-floor


Jednak z czasem lokalizacja hotelu - dość daleko od Starówki, jak i powrót do "korzeni"                i ponowne umiłowanie hoteli w stylu butikowym odebrały nieco blasku amerykańskiemu flagowcowi. Bardziej trendy stały się: klimatyczny Bristol, hiper luksusowy Raffles Europejski,  świeżo wyremontowana Victoria z genialną lokalizacją, cudny Hotel Warszawa czy eklektyczny Nobu.

Jedyne polskie miasto, które nigdy nie śpi, jakim niewątpliwie jest Warszawa, lubi zaskakiwać i do tego bardzo pozytywnie. 

15 lat rozbudowy ulicy Grzybowskiej i przekształcenie jej w prawdziwe wolskie DOWN TOWN. Czyli połączenie kompleksu nowoczesnych wieżowców z najbardziej "hot" miejscówkami, jakimi stały się aktualnie BROWARY WARSZAWSKIE i FABRYKA NORBLINA, plasuje Hiltona pośrodku tętniącego życiem od świtu do zmierzchu i od zmierzchu do świtu trójkąta Wroniej, Łuckiej i Grzybowskiej.

Wola jak nigdy wcześniej w swojej XXI wiecznej historii przyciąga fanów dobrego jedzenia, zabawy i lansu, a Instagram zalewają sesje z #wolabynight #foodtown

BROWARY WARSZAWSKIE

Założone w 1845 roku przez Jana Dekerta były najnowocześniejszym zakładem tego typu w Polsce oraz liderem w produkcji piwa aż do II Wojny Światowej. Znacjonalizowane, sprywatyzowane i sprzedane w latach 90tych XX wieku zostały finalnie doprowadzone do upadku w 2004 roku. 



Dzięki Echo Investments i ponad 7-letniej rewitalizacji Browary odzyskały dawny blask, i stały się niesamowitym nowoczesnym miejskim konceptem z nutką tradycji - miejscem wypoczynku, zabawy, pracy oraz prestiżowym miejscem zamieszkania (kolejność dowolna).

Wizyta w Warszawie bez odwiedzenia Browarów aktualnie się nie liczy.


FABRYKA NORBLINA

Już od równo 2 lat - 65 tysięcy metrów kwadratowych z 204 letnią tradycją oferuje odwiedzającym przestrzeń handlowo-biurową, ekologiczny bazar, restauracje i foodcourty, muzeum oraz butikowe kino dla melomanów. 
Miejsce historyczne i podobnie jak Browary z ogromnym trudem i niebagatelnymi nakładami finansowymi zostały wydarte ze szpon zapomnienia, aby swoją obecną odsłoną i blaskiem przypominać młodemu pokoleniu o świetności przemysłu czasów Królestwa Polskiego. 

Potężne i nowoczesne fabryki, które przez lata kolejno: niszczone były przez konflikty zbrojne, następnie zarekwirowanie przez PRL, a po upadku komuny nieudolnie sprywatyzowane - ostatecznie stały się postrachem Woli, bez szansy na ocalenie.



Osobiście pamiętam, jak odwiedzałam pierwsze edycje BIO BAZARU w Fabryce właśnie i była to bardziej walka o przetrwanie niż kontemplacja ekologicznych produktów i nietuzinkowych smaków. Brak podłogi, wszędzie wystające deski, gwoździe i dziury w dachu. 

Fabryka Norblina przy Żelaznej 51/53 ano Domini 2023 to już inna bajka. Uhonorowana kilkunastoma nagrodami dla wyjątkowego projektu architektonicznego robi ogromne wrażenie. Interaktywna część muzealna, fantastyczne restauracje pozwalają na niebanalne spędzenie wolnego czasu.

HILTON 


Wracajmy jednak do meritum tej recenzji, czyli do hotelu Hilton. Na dzień dobry wita nas niesamowicie przestronny hall o imponującej wysokości. Znajdziemy w nim otwarty lobby bar PISTACCIO, stanowiska recepcji, nieco ukrytą za nimi boską kawiarenkę MAZOVIA PATISERIE z najlepszymi na świecie makaronikami oraz hotelową restaurację śniadaniową MEZA




Check-in przebiega standardowo jak w każdym hotelu, trochę formalności + blokada dwóch stawek na karcie na wypadek jakbyście chcieli "zajumać" ręcznik tudzież szlafroczek. 

Ku mojemu lekkiemu rozczarowaniu nie było możliwości wcześniejszego meldunku, który w tym hotelu jest możliwy od 15:00.

Pokoje. W ofercie jest kilka rodzajów od standardowej dwójki po apartament prezydencki. Ceny za noc od 500zł do 5000zł w zależności od sezonu i wybranego typu pokoju. Bez względu, na jaki poziom komfortu się zdecydujecie, będziecie się mogli cieszyć wygodnym łóżkiem, dużą łazienką z wanną i prysznicem oraz cudownym widokiem na Warszawę.

WELLNESS & SPA

Goście hotelowi bez ograniczeń mogą korzystać z centrum odnowy biologicznej, siłowni oraz basenu z saunami NOBLE PLACE. Całość bardzo czysta, przestronna i funkcjonalna. W kompleksie znajdziemy duży basen - części z Was z pewnością znany z wielu polskich produkcji filmowych oraz seriali. Dwa całkiem duże jacuzzi oraz sauny: sucha i parowa. Wszystko na jednym poziomie bez niepotrzebnego przemieszczania się. Dodatkowym atutem są przemiłe osoby z obsługi kompleksu.



Jedynym minusem tego miejsca jest to, że Noble obsługuje również osoby z zewnątrz i możecie trafić tak jak ja na jegomości w wieku poborowym obwieszonych po kolana złotem, którzy o trudach wojennych w swoim kraju opowiadają sobie na cały regulator w saunie (!) Proszeni wielokrotnie o uszanowanie miejsca, w jakim się znajdują, bez jakiegokolwiek zastanowienia odpowiadają, że jak Ci się nie podoba "to masz wypierdalać. (!)

Ot takie tam międzykulturowe nieporozumienia.

ŚNIADANKO

Jak wiadomo nic tak nie definiuje dobrego dnia jak porządne śniadanie. W Meze na dzień dobry wita Was jak wszędzie w tym hotelu przemiła obsługa i butelki trunku musującego. 

Z tym szampanem czy Prosecco do śniadania jest tak, że każdy by chętnie sięgnął, ale się wstydzi. Ja ogólnie nie mam tego problemu, bo uwielbiam bąbelki do śniadania i aromatycznego espresso. Każdorazowo ostentacyjnie wmaszerowując z wysokim kieliszkiem na salę, widzę te pełne pogardy spojrzenia. Po czym nagle - niezauważenie, jeden po drugim zbulwersowany moim porannym spożywaniem alko, znika na chwilę, pojawiając się o to ze swoją małą, musującą porcją radości. 

Po półgodzinie na próżno szukać szansy na dolewkę. 



Na pocieszenie przychodzą specjały śniadaniowe hotelowej kuchni. Dla każdego znajdzie się coś co lubi. Szeroki wybór serów, wędlin, ryb i warzyw. Przekąski na ciepło, pieczywo wszelakiej postaci oraz kącik z daniami na zamówienie serwowanymi bezpośrednio do stolika. Wszystko bardzo dobrej jakości bez ograniczeń ilościowych. 

Ciekawostką jest również stolik z ekspresem do kawy oraz przekąskami "to go", takie kulturalne rozwiązanie dla osób, które lubią mieć coś do zjedzenia lub wypicia na potem i nie muszą wynosić tego pod swetrem.

PODSUMOWANIE

Jeżeli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy warto spędzić noc lub kilka w Hiltonie to bez wahania mogę Was zapewnić, że nie będziecie zawiedzeni. Spotkamy się tutaj z kumulacją dobra: lokalizacji, atrakcji, świetnej obsługi i komfortowych wnętrz. 

Polecam!

MCLAREN nad Wisłą czyli na co wydać 500+


No i stało się! W kraju mlekiem i miodem płynącym mamy nowe, poważne zmartwienie. Sprawi ono, że noce staną się bezsenne, a my w szponach dylematu życiowego nie będziemy mogli sobie znaleźć miejsca ani w domu ani pracy. 

Co najgorsze, w jego rozwiązaniu nie pomoże nam nikt, a i wszystkie konsekwencje spadną tylko i wyłącznie na nas.

JAK GO SPŁACIMY???


Jak większość europejskich krajów dotkniętych cywilizacją motoryzacyjną, mamy już salony Ferrari, Lamborghini, Rolls Royce, Bentley czy tańszego Maserati. "Dobra zmiana" i lecące pod niebiosa PKB skłaniają rodzimych dealerów do otwierania salonów dla coraz to bardziej egzotycznych modeli i marek. Marek pojazdów dedykowanych wyjątkowo wymagającym kierowcom, których nie kręci już czerwone 911 na czterdzieste urodziny.


Naprzeciw tym oczekiwaniom wychodzi AUTO FUS GROUP i sprowadza na Ostrobramską 73, brytyjskiego MCLAREN'a, markę kojarzoną głównie przez fanów wyścigów Formuły 1 oraz  nielicznych szczęśliwców, którym udało się zobaczyć ten samochód w wersji cywilnej na ulicach Berlina, Londynu czy Wiednia.

McLaren to firma motoryzacyjna, która nie posiadając własnych jednostek napędowych potrafiła z tych pożyczonych od Hondy, Mercedesa czy Renault stworzyć samochód wyścigowy, który wielokrotnie wygrał Grand Prix pokonując Ferrari.


Kilka dni temu wraz z szanownym gronem kolegów dziennikarzy motoryzacyjnych, blogerów, pasjonatów oraz potencjalnych klientów miałam możliwość uczestniczenia w oficjalnej polskiej prezentacji modelu 600LT. 

Jako że byłam na imprezie jedyną zaproszoną kobietą, a nie wyłącznie towarzyszącą ozdobą partnera, mogłam dostąpić zaszczytu odpalenia tej niezwykłej maszyny własnoręcznie. Szczególne uznanie należy się Sebastianowi Schulte - dyrektorowi marketingu McLaren - za odwagę - ot tak wręczył mi kluczyk i się nie bał.  
Albo zdumienie, że się nie bał. Blondynka za kierownicą + rakieta. Iście gotowy przepis na katastrofę.

Stchórzyłam ja. Jakoś oczyma wyobraźni zobaczyłam siebie jak nie ogarniam ręcznego, tych 600 koni i 2,9 sekundy do setki. Jak przelatuję z impetem przez dekoracyjne plexi i wpadam w najlepszym wypadku na nowy model X3 stojący tuż za nim. W najgorszym - na Ostrobramską wprost pod siedzibę POLSAT'u jako hot news z ostatniej chwili. A moje praprawnuki przeklinają sławną babcię robiąc kolejny przelew na rzecz pokrycia strat poniesionych przez FUS GROUP i Miasto Stołeczne Warszawa.


Z moim wzrostem poddanym lekkiemu tuningowi w postaci obcasów, wynoszącym niecałe 190 cm, auto to robi się odrobinę słabo dostępne. Okazało się, że wejście do Mclarena w sposób elegancki i z klasą, zwłaszcza z ww. obcasami i nieprzesadnie długą sukienką, jest baaaardzo trudno wykonalne. A o wyjściu w ten sposób to już w ogóle mowy nie ma. I teraz wyobraźcie sobie, że wszyscy obecni na premierze patrzą na mnie gramolącą się do auta z tą „klasą” i „elegancją” żeby dokonać oficjalnego pierwszego odpalenia zapłonu. Błyskają flesze, kręcą się filmy. No nie ma opcji.

Kulturalnie podziękowałam i dokończyłam rozmowę o nowym projekcie motoryzacyjnym. Tym samym udało mi się zachować  godność damy.


Żeby nie było, finalnie wsiadłam do tego cuda. Z taką ilością klasy i gracji, na jaką tylko można się było zdobyć w tych warunkach absurdalnie niekomfortowych warunkach. A mówią, że luksus nie męczy. Męczy, małe samochody, oślizgłe ostrygi. BLE!

Niemniej jednak samo auto jest wspaniałe. Tu nie jakichś tam półśrodków. Mclaren całym sobą krzyczy, że jest samochodem wybitnym. To prawdziwy supercar, który został stworzony do osiągania na torze czasów niedostępnych dla innych aut. A pisząc "krzyczy", mam na myśli dosłownie krzyk. To pierwsze oficjalne odpalenie bestii i kilka przegazówek na biegu jałowym spowodowało u obecnych szanownych kolegów stan, w którym wszystkie włosy na plecach, od karku po tzw. dolne plecy, stanęły na baczność.


Przy całej wspaniałości tego samochodu w wersji "Longtail", mocy silnika, muzyki dla uszu wydobywającej się z rur dolnych i górnych, karbonowej konstrukcji i ogólnie mega pozytywnego wrażenia. Okazało się, że jednak ma wadę. Jedną.

Pudło - wcale nie chodzi o cenę czyli od 800tys w górę czy tablet na desce rozdzielczej. To już znak czasu i trzeba przywyknąć.

Właśnie wspomniane potencjalne problemy z godnym wsiadaniem i wysiadaniem z tego samochodu sprawiają, że moja decyzja o rezygnacji z jego zakupu jest ostateczna.

Dlatego jeśli jesteście drobnej budowy, nie przekraczacie metra osiemdziesięciu, lubicie szybkość i potrzebujecie kosztów to ten samochód jest stworzony dla Was. 


VITKAC.COM czyli plac zabaw dla BOGATYCH!


     Warszawa, Bracka 9 to adres, którego nie trzeba przedstawiać nikomu, kto choćby w minimalnym stopniu uważa się za "fashion victim". To budynek, w którym na przestrzeni pięciu piętr w otoczce przepychu i dobrego smaku jednocześnie, skumulowano sto procent szczęścia dla wszystkich entuzjastów dóbr luksusowych. 

O czym mowa? 

Oczywiście o domu handlowym VITKAC.

.
Lokalizacja oraz nazwa tego obiektu nie są ani trochę przypadkowe. To tutaj, w ścisłym centrum Warszawy w latach, w których galerie handlowe nie przejmowały jeszcze władzy nad umysłami kupujących, znajdowały się najlepsze i najdroższe sklepy w stolicy. Eleganckie butiki z odzieżą, butami i dodatkami, w których zakupy robili nie tylko warszawiacy ale i przyjezdni z całego kraju.  

Na Brackiej 23 natomiast przez część swojego życia mieszkał literat, filozof, malarz i skandalista Stanisław Ignacy Witkiewicz. Bardziej znany odbiorcom swojej wyjątkowej twórczości jako Witkacy. To właśnie jego pseudonim artystyczny posłużył właścicielom budynku Wolf, który po wielu kontrowersjach powstał w miejscu Pawilonu Chemii, do nazwania tego przybytku luksusu VITKAC właśnie.


źródło: vitkac.com

Już sam budynek mocno odstaje od sąsiadujących z nim PRL'owskich straszydeł, które jeszcze bardzo dobrze pamiętają pochody pierwszomajowe z Bierutem maszerującym na ich czele. 

Projekt pracowni architektonicznej Kuryłowicz & Associates jest absolutnie fantastyczny i dopracowany w każdym, możliwym dla siebie szczególe. Jego czarna, połyskująca bryła to połączenie betonu architektonicznego, granitu, stali nierdzewnej, kwarcu oraz drzewa egzotycznego. W całokształcie dają one niesamowity efekt wizualny. Zarówno w dzień jak i w nocy budynek prezentuje się wyjątkowo okazale.  

Pomimo, że przez 9 ostatnich lat, czyli od momentu otwarcia VITKAC'a w listopadzie 2011 roku jego obecność mieszkańcom Warszawy nieco spowszedniała. Tak na przyjezdnych przechodniach ciągle robi bardzo duże wrażenie. Część z nich staje nieruchomo przed budynkiem z wyrazem twarzy, na której mocno rysuje chęć okrzyku:  


"Marian! Tu jest jakby luksusowo"*


źródło: vitkac.com

A luksusowo jest i to bardzo. Nie ma w Polsce, drugiego takiego sklepu, który w swojej ofercie skupiałby aż dużą liczbę marek premium. To tutaj znajdziemy jedyne w Polsce  butiki Louis Vuitton czy Gucci, które zajmują w Vitkac'u aż dwupiętrową przestrzeń, oferując swoim klientom szeroką gamę kultowych torebek z monogramem, buty, dodatki oraz wyszukaną odzież. Dzięki temu nie musimy już jeździć po zakupy do Berlina czy Wiednia.


Jeżeli nie jesteśmy zbytnimi fanami powyższych, to do wyboru mamy jeszcze kilkadziesiąt innych, równie prestiżowych firm. Wszystkie rozmieszczone tematycznie w działach damskich i męskich na dwóch osobnych kondygnacjach. 

Całość ekspozycji jest podzielona na przestrzenie dedykowane poszczególnej marce wraz ze wszystkimi identyfikującymi ją znakami graficznymi oraz odpowiednio dobraną kolorystyką. 

Szczególną uwagę przykuwa stoisko Phlipp Plein, kontrowersyjnego Niemca, który zasłynął z t-shirtów, butów i dodatków w logo z bogato zdobionej trupiej czaszki.



Bez względu na nasze indywidualne preferencje względem ulubionych marek premium, wizyta w tym sklepie będzie jednoznaczna z drenażem portfela lub wyżyłowaniem karty kredytowej do jej absolutnego zera ostatecznego. 

Zabawa w "high fashion" jest niewątpliwie drogim hobby, a bycie na ciągłym topie wymaga licznych finansowych poświęceń. 

Przykładem może być swobodne nabycie super modnego, rudego sweterka marki Gucci w pyszczki myszy Miki, w kwocie bagatela 4309zł. Czynność ta, moim skromnym zdaniem, wymaga od takiego kupującego, posiadania dość sporego dystansu do problemów życia codziennego. 



Z uwagi na wyrafinowaną ofertę produktową tego domu handlowego, w jego wnętrzu możemy spotkać dość ściśle określoną grupę docelową klientów. Klasa biznes, obcokrajowcy oraz panie i panowie z serii: "jakie twoje braki stara zakryć się ta metka". **

Raczej nie znajdziemy tu nikogo z przypadku, a nawet jeżeli ktoś taki na sali sprzedażowej się pojawi to obsługa tzn. "doradcy klienta" swoim gestem, słowem i postawą niewerbalną jasno dadzą mu do zrozumienia, że jego obecność jest tu kompletnie zbędna. 

Nie wiem jak Was, ale mnie zawsze zastanawiało, jak to jest, że w Polsce, "ładna pani sklepowa w luksusowym butiku", zarabiająca na rękę mniej niż koszt najtańszych butów na półce w tymże sklepie, już w drzwiach ocenia czy nas stać i będzie miła, czy nas skreśli jako potencjalnych klientów i będzie ignorować. Niebywałe jest również to, że sytuacje takie jak opisana ciągle jeszcze w kraju nas Wisłą się zdarzają. 
Jakoś dziwnie nie doświadczymy ich w Paryżu, Mediolanie czy Londynie. Nie wspomnę już o Stanach Zjednoczonych, gdzie w rozciągniętym podkoszulku i japonkach z Walmart'a, wchodząc prosto z plaży do butiku Chanel, zostałam "przejęta" przez dwie przemiłe panie ekspedientki, które pokazały mi całą ofertę okularów przeciwsłonecznych, które chciałam kupić, a mocno na to nie wyglądałam, nową kolekcję torebek oraz wszystkie klapeczki przy okazji, bo jak stwierdziły te moje jakoś tak średnio szykowne i przypadły im do gustu. 
Po dziś dzień w rocznicę tego wydarzenia dostaję kartkę wprost ze słonecznych Hawajów z podziękowaniem za zakupy u nich. O ile dobrze pamiętam rachunek nie przekraczał wtedy nawet 400 dolarów, co jak się z pewnością dobrze orientujecie na panujące warunki cenowe w Chanel, to takie tam grosze.

Można? Można.

Podobnie jest w całym USA, zaczynając od Rodeo Drive w Beverly Hills skończywszy na 5th Avenue w Nowym Yorku. Na każdej z tych ulic możemy bez lęku wejść np. do Hermes'a, pooglądać, poprzymierzać i finalnie nic nie kupić, a i tak być mile obsłużonym. 

I nie chodzi tu o przesadne włażenie w d..., bo jak wiadomo nieszczere "jak Pani w tym ślicznie", też jest mocno irytujące na dłuższą metę.



Dlatego duża prośba do właścicieli i managerów sklepów typu premium - nie oceniajcie swoich klientów po wyglądzie, bo możecie się bardzo zdziwić. Nie każdy jest rozpoznawalną WAG, która lekką ręką potrafi wydać kilkadziesiąt tysięcy na męską torebkę  - kopertówkę taką jak ta od Bottega Venetta, w prezencie dla męża piłkarza. 

Niektórzy potrzebują nieco więcej czasu aby taki czy inny zakup poczynić, a stan portfela nie ma z tym nic wspólnego. Jeżeli zniechęci ich obsługa, to już nigdy do Was nie wrócą korzystając w zamian z bogatej oferty butików internetowych z całego świata. Gdzie często nabycie poszczególnych produktów wychodzi dużo taniej niż w rodzimym kraju. 

Niemniej szkoda by było aby sklepy stacjonarne, które mają swój niesamowity klimat i urok, znikały z głównych ulic na rzecz tych on-line, tylko i wyłącznie dlatego, że są nierentowne z powodu braku klientów wypłoszonych przez obsługę. Osobiście znam kilkadziesiąt takich przypadków w Katowicach, Krakowie czy Warszawie właśnie.


Słowem podsumowania, wszystkim bardzo serdecznie polecam wizytę na Brackiej 9, nawet jeżeli nie w celach stricte zakupowych, to z pewnością dla wrażeń estetycznych. 

Natomiast tym którzy mają dużą ochotę skorzystać z oferty sklepu ale nie mają czasu na wycieczki do stolicy, wychodzi naprzeciw szeroka gama produktów dostępnych w sklepie on-line. Wysyłka trwa kilka dni i jest całkowicie darmowa podobnie jak zwrot. Dla lubiących promocje i sezonowe obniżki cen, kilka razy w roku sklep proponuje nawet do -80% na wybrany asortyment!

         Dla wszystkich tych, którzy mody i designu jakoś niespecjalnie lubią, na piątym piętrze znajdzie się inna forma konsumpcji czyli tej przyjemnej dla ciała, a nie dla ducha -  restauracja Concept 13 z absolutnie zachwycającym wnętrzem i  wspaniałym widokiem na miasto. 

Jakie jest jedzenie i co mnie urzekło w niej najbardziej, to temat na kolejny wpis na blogu.

źródło: likusrestauracje.pl
* cytat z filmu "Galimatias czy kogel mogel II" - reż. Roman Załuski 1989
** fragment tekstu piosenki "W piątki leże w wannie" - Taco Hemingway 2019

Go west to THE WESTIN WARSAW!


Czy jest coś wspanialszego niż weekend w Warszawie? Oczywiście! Weekend w każdej innej europejskiej stolicy, powiedzą zgodnie jej mieszkańcy.
Zgodnie ze staropolskim porzekadłem: "cudze chwalicie, swego nie znacie", z całą stanowczością stwierdzam, że WAWA jest genialnym pomysłem na spędzenie w niej wolnego, a nie tylko służbowego czasu. 


Jeżeli wybieracie się do stolicy na więcej niż jeden dzień, to będziecie musieli zmierzyć się z wyborem miejsca noclegowego. Jak wiadomo w dzisiejszych czasach nie ma absolutnie z tym problemu. W mieście stołecznym, sam tylko booking.com proponuje około 4500 miejsc do spania i to w każdym możliwym standardzie. Może być tanio, drogo albo bardzo drogo, w centrum lub na uboczu. Ceny zaczynają się od 32zł za osobę, o ile lubicie piętrowe łóżka i Włochy ale nie do końca te Włochy, o których teraz myślicie. 

Tak, chodzi o dzielnicę Warszawy. Z przedsiębiorczym burmistrzem, który w pocie czoła śmiga po okolicy Skodą Lamborghini, zbierając od obcokrajowców darowizny finansowe wspomagające polskie cele charytatywne.  

Jednak nie o fundacjach mam tu pisać ale o rewelacyjnym pobycie w Warszawie, który sprawi, że będziecie chcieli tu wracać więc do rzeczy.


Dla mnie sprawa noclegu w Warszawie jest zawsze banalna. W aplikacji booking'u wybieracie Warszawę, z filtrach zaznaczacie hotele pięciogwiazdkowe, enter i wybieracie najtańszy. 

Proste? Bardzo proste. 

Biorąc pod uwagę fakt, że pokoje w weekend, co do zasady są tańsze niż w tygodniu. Już za 200-300zł za dobę, za dwie osoby, możecie spać w rewelacyjnym hotelu, a do tego zjecie pyszne śniadanie w pakiecie. 



W piękny październikowy weekend miałam już kolejną z rzędu przyjemność nocować w The Westin Warsaw. Ten pięciogwiazdkowy obiekt niezmiennie już od lat jest moim wyborem numer 1 w Warszawie. 
Dlaczego?
Ponieważ ma fantastyczną lokalizację, przemiłą obsługę i hipnotyzujący widok na Q22 - kto był, doskonale wie, o co mi chodzi. Pomimo tego, że hotel jest nie jest już pierwszej młodości, a i w ostatnich latach przybyło mu nieco świeżej, pięciogwiazdkowej konkurencji w postaci: Raffles Europejski Warsaw i Hotel Warszawa, nadal ma swój wyjątkowy klimat i personel, który dba o każdego gościa z bardzo indywidualny sposób. Ot taki jest już standard Marriota. 



No i ta winda! Z pewnością widzieliście ją niejednokrotnie w wielu polskich produkcjach filmowych. Cała przeszklona, z fantastycznym widokiem na centrum i Waszym żołądkiem, który jest ciągle na poziomie 0, a Wy na 15!


Jeżeli lubicie spacerować to z pewnością docenicie położenie The Westin - w samym centrum Warszawy. W zasięgu nóg lub też tak modnych ostatnio elektrycznych hulajnóg jest niemal wszystko, co warte odwiedzenia. 

Pomimo, że restauracja hotelowa obfituje w doskonałej jakości dania kuchni fushion pod batutą Janusza Korzyńskiego, skorzystanie z niej polecam w deszczowe listopadowe wieczory. Jeżeli aura sprzyja, konieczne jest odwiedzenie pobliskiej Hali Gwardii, gdzie w okolicznościach niewymuszonej elegancji i bez pretensjonalności (to nie " Hala Koszyki"), możemy zjeść coś pysznego lub/i zrobić zakupy na straganach, które oferują cuda z całego świata. Natomiast dla fanów alkoholi wszelakich, znajdzie się coś nietuzinkowego. Kraftowe piwo z drobinkami złota? Nie ma problemu. 



Jeżeli nie jesteście zwolennikami jedzenia w "gwarnych halowych" warunkach, tuż nieopodal kryje się knajpka, która przeniesie Was wprost to słonecznej Grecji. EL GRECO, bo o niej mowa, od lat już wielu zajmuje szczególnej miejsce w moim nie sercu, a żołądku właściwie. Mają najlepszy na świecie hummus, genialne warzywa grillowane oraz zawsze świeże owoce morza. Karta obfituje w tradycyjne dania greckie przygotowywane na oryginalnych składnikach. Zjecie tu m.in.: gyros, musakę, suvlaki, a na deser przepyszną baklawę. 
Pomimo upływu lat nic nie traci na swojej jakości, tak jak zawsze uśmiechnięty dla swoich gości właściciel - Spiros Koulouris.



I tak najedzeni i opici jak bąki wracacie do hotelu, a tam czeka na Was ultra wygodne łóżko z cudownie miękką pościelą. Za oknem natomiast, widok na nocną zmianę pracującą w Q22 (swoją drogą, kto tam tak ciężko pracuje w weekendy???). 

Jeżeli nie w głowie Wam spanie, zawsze można zjechać do lobby do JP's Bar i skosztować serwowanych tym wykwintnych drinków z alkoholem lub bez. Hotelowe bary mają tą fantastyczną właściwość, że zawsze można w nich spotkać ciekawych ludzi z całego świata i przegadać cały późny wieczór. 



I tak jedni wyspani i wypoczęci inni miej, wkraczamy w nowy dzień. Z pewnością pomoże nam w tym śniadanie w formie bufetu. Znajdziecie tu wszystko co lubicie jeść o poranku i to w ogromnej ilości. 
Taki początek dnia znacząco wyklucza dodatkową gastronomię na mieście,  przynajmniej do wczesnych godzin popołudniowych. Dlatego warto ten czas wykorzystać na zwiedzanie pod kątem bardziej duchowym niż konsumpcyjnym. Jeżeli postaracie się o bilety nieco wcześniej, niedzielny poranek możecie przeznaczyć na odwiedzenie np. Muzeum Powstania Warszawskiego. Dla miłośników architektury niebywałą frajda będą spacery w bocznych uliczkach ścisłego centrum, gdzie można podziwiać piękno wydobywane ze starych kamienic np. na ulicy Niecałej. 



I tak nie wiadomo kiedy mija 48 godzin, nieubłaganie zbliżając nas do poniedziałku. 

PS.
Jeżeli w drodze powrotnej do domu, na środku ulicy Świętokrzyskiej tak przypadkowo rozkraczy Wam się samochód mogę z całego serca polecić Wam mobilny warsztat samochodowy  niejakiego majstra Sylwka, który w sposób absolutnie profesjonalny uratuje Was nawet w niedzielę w nocy!

Dziękuję i z tego miejsca serdecznie pozdrawiam!
Copyright © Fancy Life Lover