BMW THE7 czyli premiera z Beksińskim w tle!

bmw the7

Prezentacje nowych modeli samochodów mają w sobie coś magicznego. Co prawda, w dobie wszechwiedzącego internetu ciężko mówić o większym zaskoczeniu, jednak poznanie czegoś w postaci organoleptycznej znaczy więcej niż milion zdjęć czy filmików. 

Premiera od premiery może również znacząco się różnić. Większość z Was z pewnością kojarzy tego typu imprezy z uroczystym zdzieraniem szmatki z nowego modelu w akompaniamencie peanów na jego temat. Jednak to, co zaprezentował dealer BMW Sikora to inna liga podobnie jak seria 7 dla producenta z Bawarii. I ciężko tu będzie pisać o samym samochodzie, skoro miało się styczność z wydarzeniem kulturalnym najwyższych lotów.


BROWAR OBYWATELSKI

Na Śląsku jak grzyby po deszczu powstają miejsca, które wyrwane z rąk zapomnienia i postępujących zniszczeń, przeistaczają się w swoiste enklawy kulturalno-rozrywkowe. Niewątpliwie należy do nich kultowa już FABRYKA PORCELANY w Katowicach oraz aspirujący do tego miana Tichauer w Tychach. To właśnie tę nietypową lokalizację BMW Sikora wybrało na miejsce uroczystej premiery BMW serii 7 na Śląsku. 

Browar Obywatelski to idealna przestrzeń do zorganizowania wszelkiego rodzaju wydarzeń kulturalnych, kameralnych eventów, imprez okolicznościowych czy koncertów na świeżym powietrzu.

Jednym słowem miejsce idealne.

BEKSIŃSKI NA ŚLĄSKU


W jednym z budynków wspomnianego już kompleksu Tichauer mieści się galeria sztuki, w której regularnie możemy podziwiać wernisaże artystów mniej lub bardziej znanych masowemu odbiorcy. Od czerwca do września we współpracy z Muzeum Historycznym w Sanoku oraz Fundacją Beksińskiego dzieła Zdzisława Beksińskiego goszczą w Tychach. Wystawa podzielona jest na dwie cześci-klasyczną oraz multimedialną, a całość tego wydarzenia zostanie zwieńczona 24 września w katowickim Spodku w postaci prezentacji wizualno-muzycznej. Całość to niebywała gratka dla wielbicieli talentu tego wielowymiarowego artysty.



BMW Sikora, dostrzegając fakt, że fani luksusowej motoryzacji to również miłośnicy kultury wysokiej, połączył prezentację THE7 z możliwością obejrzenia dzieł Beksińskiego wszystkim swoim zaproszonym gościom.

W drodze do galerii towarzyszył odwiedzającym kolorowy szpaler eMek dumnie prezentujące nazwisko artysty na swoich karoseriach. Dla mnie M4 same w sobie są dziełami najwyższego kunsztu sztuki motoryzacyjnej, dlatego też całość prezentacji tworzyła połączenie wręcz idealne.


CHROBOTEK, POZIOMKA I OŚMIORNICA

Nie od dziś wiadomo, że imprezy tego typu nie mogą obejść się bez fine diningu. Wyszukane nazwy, nietypowe składniki i ich połączenia dają równie dużo doznań co elektryzująca premiera czy wystawa dzieł sztuki. Nie jest tajemnicą również, że część gości na tego typu imprezach najbardziej ceni właśnie cześć gastronomiczną i nie opuszcza terytorium wydawania posiłków aż do ostatniego okruszka.

W Tychach o kubki smakowe gości BMW Sikora zadbała firma GODKOWIE wraz z szefem kuchni Michałem Fabiszewskim



Zespół zaprezentował spektakularny "live cooking" na świeżym powietrzu. W sali głównej natomiast można było się raczyć wyszukanym "finger foodem" w wydaniu słodkim oraz wytrawnym. Wyśmienite fois gras, palone masło na domowym pumperniklu, jadalna ziemia czy poziomkowy skyr ze szczawiem nie tylko wyglądały obłędnie, ale równie dobrze smakowały. Apetyczne mono porcje znikały ze stołów równie szybko jak się na nich pojawiały, co może świadczyć za najlepsze świadectwo ich wyjątkowego smaku.



Zostając przy temacie gastronomii, warto również wspomnieć, że nad dobrym humorem wszystkich zebranych czuwały WINNICA SILESIAN oraz BEST WHISKY MARKET

BMW THE7

Bez względu na ilość atrakcji przygotowanych przez organizatora gwiazda wieczoru była tylko jedna, a mianowicie siódma generacja serii 7. 



Choć flagowiec BMW od momentu jego zaistnienia na motoryzacyjnym rynku w roku 1976 nigdy nie wzbudzał histerii i powszechnego zachwytu nad jego obliczem, to osobiście uważam go za najlepszą limuzynę w swojej klasie. Bez względu czy jest się kierowcą, czy pasażerem podróż w serii 7 to bezkresna przyjemność, a wiem, co piszę, bo sama mam przejechane pół miliona kilometrów moim najukochańszym z aut, czyli E38. 



G70 podobnie jak większość aut tego segmentu: Mercedes S, Audi A8, Lexus LS idzie w kierunku ultra futurystycznego designu, wielkości i absurdalnego już komfortu wewnątrz pojazdu. Patrząc na nową siódemkę, nie sposób nie zauważyć inspiracji czerpanej od droższego modelu tego samego producenta, a mianowicie Rolls-Royce'a GHOST. Ta sama majestatyczność, podobne rozwiązania we wnętrzu (choćby drzwi otwierane za pomocą guzika) czy niemal identyczna linia przednio-boczna.



46 lat istnienia tego modelu pozwoliła jego projektantom dopracować każdy jego szczegół tak, aby w 100% odpowiadał jego docelowemu odbiorcy. Siódma seria oferuje rozwiązania nigdy wcześniej niedostępne w tym modelu, jak również (o zgrozo!) napęd w 100% elektryczny. 

Fanów 3 litrowego diesla zawczasu uspokajam, jednostka będzie dalej dostępna podobnie, ale producent woli chwalić się bezemisyjnym modelem na baterię - no cóż, takie mamy czasy. 



I o ile „internety” zdążyły zrobić swoje jeżeli chodzi o visual tego flagowca BMW, a ilość tworzonych memów z jego udziałem przerosła możliwości udostępniania w strories samego Make Life Harder, to i tak wszyscy użytkownicy serii 7 mają to w głębokim poważaniu. 

Fakt jest taki, że samochód ten w lekko ponadpodstawowej konfiguracji, kosztujący ponad milion złotych z gwarancją odbioru dopiero od pierwszego kwartału 2023 jest już sprzedany w kilkunastu egzemplarzach, a to wszystko bez jazd próbnych. 

Można? Można.


PS.
 
Białe, wytrawne Cuvée z winnicy Silesian było wprost obłędne - koniecznie musicie spróbować!

MCLAREN nad Wisłą czyli na co wydać 500+


No i stało się! W kraju mlekiem i miodem płynącym mamy nowe, poważne zmartwienie. Sprawi ono, że noce staną się bezsenne, a my w szponach dylematu życiowego nie będziemy mogli sobie znaleźć miejsca ani w domu ani pracy. 

Co najgorsze, w jego rozwiązaniu nie pomoże nam nikt, a i wszystkie konsekwencje spadną tylko i wyłącznie na nas.

JAK GO SPŁACIMY???


Jak większość europejskich krajów dotkniętych cywilizacją motoryzacyjną, mamy już salony Ferrari, Lamborghini, Rolls Royce, Bentley czy tańszego Maserati. "Dobra zmiana" i lecące pod niebiosa PKB skłaniają rodzimych dealerów do otwierania salonów dla coraz to bardziej egzotycznych modeli i marek. Marek pojazdów dedykowanych wyjątkowo wymagającym kierowcom, których nie kręci już czerwone 911 na czterdzieste urodziny.


Naprzeciw tym oczekiwaniom wychodzi AUTO FUS GROUP i sprowadza na Ostrobramską 73, brytyjskiego MCLAREN'a, markę kojarzoną głównie przez fanów wyścigów Formuły 1 oraz  nielicznych szczęśliwców, którym udało się zobaczyć ten samochód w wersji cywilnej na ulicach Berlina, Londynu czy Wiednia.

McLaren to firma motoryzacyjna, która nie posiadając własnych jednostek napędowych potrafiła z tych pożyczonych od Hondy, Mercedesa czy Renault stworzyć samochód wyścigowy, który wielokrotnie wygrał Grand Prix pokonując Ferrari.


Kilka dni temu wraz z szanownym gronem kolegów dziennikarzy motoryzacyjnych, blogerów, pasjonatów oraz potencjalnych klientów miałam możliwość uczestniczenia w oficjalnej polskiej prezentacji modelu 600LT. 

Jako że byłam na imprezie jedyną zaproszoną kobietą, a nie wyłącznie towarzyszącą ozdobą partnera, mogłam dostąpić zaszczytu odpalenia tej niezwykłej maszyny własnoręcznie. Szczególne uznanie należy się Sebastianowi Schulte - dyrektorowi marketingu McLaren - za odwagę - ot tak wręczył mi kluczyk i się nie bał.  
Albo zdumienie, że się nie bał. Blondynka za kierownicą + rakieta. Iście gotowy przepis na katastrofę.

Stchórzyłam ja. Jakoś oczyma wyobraźni zobaczyłam siebie jak nie ogarniam ręcznego, tych 600 koni i 2,9 sekundy do setki. Jak przelatuję z impetem przez dekoracyjne plexi i wpadam w najlepszym wypadku na nowy model X3 stojący tuż za nim. W najgorszym - na Ostrobramską wprost pod siedzibę POLSAT'u jako hot news z ostatniej chwili. A moje praprawnuki przeklinają sławną babcię robiąc kolejny przelew na rzecz pokrycia strat poniesionych przez FUS GROUP i Miasto Stołeczne Warszawa.


Z moim wzrostem poddanym lekkiemu tuningowi w postaci obcasów, wynoszącym niecałe 190 cm, auto to robi się odrobinę słabo dostępne. Okazało się, że wejście do Mclarena w sposób elegancki i z klasą, zwłaszcza z ww. obcasami i nieprzesadnie długą sukienką, jest baaaardzo trudno wykonalne. A o wyjściu w ten sposób to już w ogóle mowy nie ma. I teraz wyobraźcie sobie, że wszyscy obecni na premierze patrzą na mnie gramolącą się do auta z tą „klasą” i „elegancją” żeby dokonać oficjalnego pierwszego odpalenia zapłonu. Błyskają flesze, kręcą się filmy. No nie ma opcji.

Kulturalnie podziękowałam i dokończyłam rozmowę o nowym projekcie motoryzacyjnym. Tym samym udało mi się zachować  godność damy.


Żeby nie było, finalnie wsiadłam do tego cuda. Z taką ilością klasy i gracji, na jaką tylko można się było zdobyć w tych warunkach absurdalnie niekomfortowych warunkach. A mówią, że luksus nie męczy. Męczy, małe samochody, oślizgłe ostrygi. BLE!

Niemniej jednak samo auto jest wspaniałe. Tu nie jakichś tam półśrodków. Mclaren całym sobą krzyczy, że jest samochodem wybitnym. To prawdziwy supercar, który został stworzony do osiągania na torze czasów niedostępnych dla innych aut. A pisząc "krzyczy", mam na myśli dosłownie krzyk. To pierwsze oficjalne odpalenie bestii i kilka przegazówek na biegu jałowym spowodowało u obecnych szanownych kolegów stan, w którym wszystkie włosy na plecach, od karku po tzw. dolne plecy, stanęły na baczność.


Przy całej wspaniałości tego samochodu w wersji "Longtail", mocy silnika, muzyki dla uszu wydobywającej się z rur dolnych i górnych, karbonowej konstrukcji i ogólnie mega pozytywnego wrażenia. Okazało się, że jednak ma wadę. Jedną.

Pudło - wcale nie chodzi o cenę czyli od 800tys w górę czy tablet na desce rozdzielczej. To już znak czasu i trzeba przywyknąć.

Właśnie wspomniane potencjalne problemy z godnym wsiadaniem i wysiadaniem z tego samochodu sprawiają, że moja decyzja o rezygnacji z jego zakupu jest ostateczna.

Dlatego jeśli jesteście drobnej budowy, nie przekraczacie metra osiemdziesięciu, lubicie szybkość i potrzebujecie kosztów to ten samochód jest stworzony dla Was. 


VII edycja SEE BLOGGERS 2019 Łódź EC1




         Dzisiaj mija dokładnie tydzień od "największego wydarzenia blogosfery" w Polsce. Piszę w cudzysłowiu, gdyż zdania influencerów w tym temacie są dość mocno podzielone. Część z nich uważa, że imprezą the best w tej kategorii w Polsce jest See Bloggers podczas gdy inni kierują swoje zachwyty w stronę Influencer Live, którego siódma już edycja odbyła się miesiąc temu w Poznaniu. 
Reszta pokornie korzysta z dobrodziejstw obu eventów, wyjeżdżając z nich nie dość, że  bogatsi o nowe znajomości, wiedzę i inspiracje to jeszcze liczne "dary losu" od sponsorów.



Fakt, że wcześniejsze edycje odbywały się w Gdyni, skutecznie mnie zniechęcał do zwizytowania tej imprezy. Widocznie nie tylko mnie, skoro organizatorzy zdecydowali się przenieść to wydarzenie w sam środek mapy Polski czyli do Łodzi. 

Gdzie konkretnie?
Do absolutnie wspaniałego Centrum Nauki i Techniki EC1  - budynku pierwszej łódzkiej elektrowni z początku XX wieku, która na przestrzeni dekad zaopatrywała miasto w miliardy kWh prądu niewątpliwie przyczyniają się do jego dynamicznego rozwoju. Niestety oddana w prywatne ręce, całkowicie zniszczona i zaniedbana zaczęła uchodzić za największe straszydło dzielnicy Fabryczna. 
Szczęśliwie zamiast zniknąć na zawsze z powierzchni miasta, obiekt został objęty programem rewitalizacyjnym. Od 2018 roku z całkowicie zmienionym obliczem jest miejscem wystaw, wydarzeń kulturalnych oraz siedzibą planetarium i wytwórni filmowej Se-ma-for. Miejsce piękne, inspirujące i godne wielu powrotów.

Nie bywam w Łodzi zbyt często ale każda kolejna wizyta wywołuje u mnie falę zachwytu nad tym jak w fantastyczny sposób można zachować fabryczny klimat tego miasta. Dzięki milionom euro dotacji unijnych, budżetu miejskiego oraz środków prywatnych pięknieją ulice nowy blask odzyskują brudne i zaniedbane kamienice. Już nie tylko Piotrkowska i Manufaktura przyciągają swoim urokiem ale i rozbudowaną ofertą gastronomiczną. 

No dobrze, nie wszystko powala na kolana. Kto w środek miasta wcisnął tę stajnię dla jednorożców???




Wracając do See Bloggers, bo o tym tutaj głównie mowa, to nie miałam sprecyzowanych oczekiwań. Początkowo chciałam być na imprezie w roli partnera / wystawcy, jednak koszt takiego uczestnictwa skutecznie odstraszał każdą firmę niszową, a takie stety-niestety właśnie reprezentuje moja agencja. 

Czytałam w relacjach innych uczestników, że masowe występowanie koncernów w strefie wystawienniczej, selfie z kapsułką do prania i/oraz/lub pieluszką było trochę uwłaczające godności uznanego influencera ale cóż, "pecunia non olet". Raczej niemożliwością jest zorganizowanie tego typu imprezy sprzedając stoiska za 100zł/m2.

Zrezygnowałam więc z płatnej formy i bycia merytoryczną częścią tego wydarzenia i zdecydowałam się zostać ot takim zwykłym uczestnikiem - oglądaczem. 
Jak się okazało w trakcie rejestracji, ilość miejsc była reglamentowana gdyż zaproszone miały zostać wyłącznie wyjątkowe jednostki ze świata social media.
Hm - no trudno, najwyżej nie pojadę - taka była pierwsza moja myśl po wysłaniu zgłoszenia. 

Ku ogromnemu zdziwieniu, pewnego kwietniowego wieczoru otrzymuję maila z informacją: 

"Ciesz się, pakuj się i udostępniaj dobrą nowinę w sieci - 
JEDZIESZ NA SEE BLOGGERS" 

A jednak! Sporadyczne pisanie bloga, kilka średnio udanych selfie na Instagramie uczyniło ze mnie osobowość internetu. 

WOW!




To co działo się potem, mogą potwierdzić wszyscy inni "wybrańcy". Masowe wysyłanie mailingów na temat wydarzenia, rejestrowanie znajomych, dzieci oraz zwierząt domowych (żartuję!). Odliczanie czasu na zapisy na wykłady - to już suspens na miarę Hitchcocka. Wiem, że na tym polega współczesny marketing i wiem bardzo dobrze, że tak robią profesjonaliści ale nie przekona mnie to do uznania  tego modelu za słuszny. Podobnie jak instastory z WC oraz selfie w bieliźnie. 

NO NIE!

Jak już większość kolegów blogerów wspomniała, zapisy na warsztaty to kompletna porażka organizatorów. Już 15 minut po ogłoszeniu naboru wszystkie miejsca na "lepsze" tematy zostały zagospodarowane, a wyjazd wyłącznie po to aby wynieść z imprezy zachwyt nad gwiazdami sieci w wersji "bez filtra" (niektóre przyznam dość trudno rozpoznawalne) oraz kilka toreb z ulotkami to chyba jednak za mało.

No cóż, w wersji mocno okrojonej i skróconej wyłącznie do jednego dnia czyli soboty, wyruszyłam na podbój miasta "króla bawełny" - Izraela Poznańskiego. 


Wybór miejsca spotkania czyli EC1 jak wcześniej wspomniałam, trzeba uznać za trafiony w dziesiątkę. Chociaż nie wszystkim to spotkanie z historią się podobało. Z lektury recenzji innych uczestników wywnioskowałam, że labirynt korytarzy i schodów był na tyle skomplikowany, że mógł zaprzepaścić szansę dostania się na czas i gdziekolwiek. Panie gubiły się w labiryntach korytarzy i nie docierały na wykłady.
Osobiście uważam to za celowe działanie organizatorów aby nieco przymusić młode pokolenie do korzystania z analogowych form używanych do orientacji w terenie jaką jest mapa w wersji papierowej. 

Kto poległ, mógł wesprzeć się wolontariuszem, który prawie za rączkę zbłąkaną owieczkę zaprowadził. Za bardzo więc nie rozumiem tych utyskiwań.




Skupmy się zatem na strefie wystawienniczej. Pierwsze wrażenie niewątpliwie skojarzyło się z pierwszą wizytą Szyszko w Puszczy Białowieskiej - o matko ile materiału do wyrwania ... XD

Stoiska tematycznie były tak urozmaicone, że z pewnością każdy z odwiedzających znalazł coś dla siebie. Degustacje, konkursy, fotobudki oraz tła pod zdjęcia idealne. Wszystko wystylizowane, piękne i kolorowe jak codzienność na Instagramie. 

Spotkałam się z głosami krytyki, że to sztuczne i wydumane ale te głosy nie pochodziły od uczestników stojących nie z gigantycznych kolejkach po odbiór "należnej porcji giftów i możliwość zrobienia zdjęcia z "gwiazdą". Raczej tylko anonimowo i wyłącznie w kuluarach.




Dla każdego znalazło się coś ciekawego i wydaje mi się, że trzeba było być turbo malkontentem, aby nie zagospodarować się w tej strefie. Mnie zainteresowały głównie rozwiązania technologiczne, nowe platformy oraz wydawnictwa. 

ALE!
Za truskawki w różowej czekoladzie oraz plik gazet od Bauer'a dałam sobie zrobić zdjęcie na tle InfluencemeMiło porozmawiałam z panem od nowoczesnej ortodoncji w postaci niewidocznych nakładek na zęby o nazwie beyli.plWszak szeroki uśmiech z rzędem niepokrzywionych śnieżnobiałych zębów to "must have" każdego twórcy internetowego. Dlatego też wzięłam udział w ich konkursie na hasło reklamowe. Jakie?


"Wystarczy pokrzywiony charakter - ząbki już być nie muszą"

Część stoisk pominęłam z premedytacją ze względu na ich ogromne zatłoczenie albo dlatego, że kompletnie mnie nie interesowały. Za to z zaciekawieniem wysłuchalam oferty nowej platformy dla tych umiejących składać litery w wyrazy i wyrazy w zdania - jaką jest nowość na rynku o nazwie Worldmaster. Przy okazji dziękuję za wywiad ze mną- zawsze miło się wypowiedzieć na tematy o których się nie ma pojęcia. 



Podsumowując.

Tak duża ilość stoisk światowych marek jasno wskazuje jakie trendy panują w dzisiejszym marketingu i kto je aktualnie kreuje. Pomimo faktu, iż niektóre blogi / insta / FB / YB to niekończące się pasmo reklamowe dóbr wszelakich, które mocno straciły na swojej autentyczności, w dalszym ciągu są opiniotwórcze i napędzają masowy popyt. Pomimo mocnego skomercjalizowania social mediów musimy pamiętać, że początki były bardzo romantyczne. Wyśmiewani przez media komercyjne pierwsze "szafiarki" za własne pieniądze, z pełnym zaangażowaniem i sporym nakładem czasu - bez filtrów, "apek" i agencji PR tworzyły prawdziwe recenzje produktów oraz stylizacje z niszowych marek odzieżowych. Często wychodziło im to dużo lepiej niż profesjonalnym agencjom za miliony monet. 
Tacy twórcy nie bali się prawdy, pisali jak jest. Z racji tego, że nikt ich w branży nie poważał ani, że nie dostawali za to wynagrodzenia - byli autentyczni i obiektywni. Za to właśnie ludzie pokochali blogi - za wolność słowa.

Dzisiaj kupony od tych działań odcinają weterani, którzy szybko połączyli pasję z biznesem. Ich aktualną działalność można już określić tylko jako sprawną maszynkę do zarabiania pieniędzy. Profesjonalna obróbka zdjęć, boty, generowane zasięgi  oraz obrotny manager, który sprzeda ze swoją gwiazdą wszystko oby tylko stawka się zgadzała. 
Pomimo, że świadomy odbiorca już dawno przestał obserwować takie konta są jeszcze miliony naiwnych "followers", którzy ciągle wierzą w autentyczny przekaz wybrańca ludu. Nowych kandydatów na gwiazdy również nie brakuje. Ślepo podążają wytyczoną ścieżką gubiąc się absurdzie chronicznego lansu, widząc wyłącznie jakie korzyści materialne i niematerialne sława w sieci za sobą niesie. Szkoda tylko, że w tym wyścigu jest coraz mniej wartości jakichkolwiek.  

Kto na tym wygrywa? Producenci oczywiście. Większość chętnie godzi się na kolaborację, gdyż za cenę często 1/1000 kampanii w mediach konwencjonalnych, za darmo lub za wartość samego produktu, otrzymują zadowolonego recenzenta, który rozprzestrzenia "dobrą nowinę" w grupie docelowej. 

Układ wprost idealny.

Takich możliwości reklamowych dla każdego nie było nigdy wcześniej.


Na zakończenie zdradzę Wam, że uważam ten wyjazd za bardzo udany. W przyszłym roku zaplanuję więcej niż jeden dzień na uczestnictwo o ile mnie wybiorą oczywiście. 

Dostrzegam ogromny wysiłek organizatorów. Podziwiam dział marketingu za kreatywność w podsycaniu napięcia. Bardzo doceniam efekt końcowy jakim była możliwość poznania tylu ciekawych osób głównie spoza #top100.

Do zobaczenia.

ERA NOWYCH KOBIET by Joanna Przetakiewicz


Silne, energetyczne, niezależne i przedsiębiorcze - tak w tych kilku słowach można scharakteryzować współczesne Polki.

Jednak czy super bohaterki dnia codziennego są samowystarczalne? 

Absolutnie nie. 

Jako kobiety zmagamy się z przeciwnościami, których mężczyźni nie doświadczają. Słabsza pozycja na rynku pracy, gorsze zarobki, godzenie macierzyństwa (często samotnego) z aktywnością zawodową, brak możliwości decydowania o własnym życiu i zdrowiu. Do tego wszystkiego społeczna presja, aby być najlepszą w każdej dziedzinie życia, której się realizujemy. Ile z nas to kiedyś słyszało: 

"Aaa nie pracujesz? no wiesz, ja bym tak nie mogła w domu siedzieć jako utrzymanka męża"
"Hm... masz firmę? no wiesz, na pewno robisz to kosztem męża i dzieci"
"Masz 4 dzieci? no wiesz, ja nie chciałabym być taką matką Polką"
"Nie masz dzieci? no wiesz, to jest czysty egoizm. Ja bym tak nie potrafiła"

Od kogo najczęściej słyszymy te słowa? Od nas samych, innych kobiet: koleżanek z pracy, przyjaciółek, żon, matek i kochanek. Skąd taki brak wsparcia, zakłamanie i kreowanie rzeczywistości, której nie ma? Każda z nas ma kiedyś dość, jest zmęczona, nieporadna, i bez wiary w siebie. W takich okolicznościach nikt inny jak właśnie druga kobieta powinien nas wesprzeć, zrozumieć i doradzić coś mądrego bez powtarzania pustych i głupich frazesów.


I tutaj pojawia się ona  - Joanna Przetakiewicz. Części społeczeństwa znana jako skuteczna businesswoman, a pozostałym wyłącznie jako była partnerka Jana Kulczyka. Bez względu na posiadaną o niej wiedzę - podziwiana i szeroko komentowana osobowość społeczno-medialna, która na podstawie własnych doświadczeń życiowych pragnie inspirować, motywować i dodawać wiary we własne siły kobietom w Polsce. Z racji tego, że ilość chętnych kobiet do czerpania z wiedzy i niesamowitej energii Joanny, znacząco przerasta jej możliwości czasowe na odpowiadanie na tysiące otrzymywanych wiadomości, powstaje inicjatywa o nazwie ERA NOWYCH KOBIET.

Projekt społeczny, który tworzą kobiety dla kobiet. 

Jaki jest jego cel nadrzędny? 
Nie ma jednego głównego. W dużej mierze chodzi o spotkanie i rozmowę. Taki prawdziwy kontakt międzyludzki, który w dobie mediów społecznościowych i komunikatorów w telefonie zawsze pod ręką, zaczyna w narodzie zanikać. Te spotkania mają charakter spontaniczny i organizowane są już w całej Polsce. 

Jaki jest tego efekt?
Nadspodziewanie dobry. Po kilku formalnych przywitaniach, okazuje się, że wśród zebranych zaczynamy wyszukiwać bratnie dusze. Słyszymy odpowiedzi na pytania, których jeszcze nie zadałyśmy, otrzymujemy pomoc, o którą nie prosiłyśmy, a jest nam tak bardzo potrzebna. Już po godzinie wiemy kto jak liczną ma rodzinę, gdzie mieszka, że nie ma z kim pójść na kawę czy na plac zabaw z dzieciakami. 

Pani X prowadzi firmę i szuka zaufanego pracownika, ktoś inny dobrego prawnika czy lekarza, którym jest pani Y. Z dużej grupy zaczynają się kształtować podgrupy, wymieniane są wizytówki i numery telefonów. I finalnie okazuje się, że z takiego spotkania wychodzimy z materiałem na przyjaciółkę na wiele lat.


Nasze pierwsze spotkanie w Katowicach zorganizowane przez liderkę Paulinę Uhmę dokładnie takie było. Energetyczne i inspirujące. Grupa kobiet w różnym wieku, z różnym pakietem doświadczeń, pełna otwartości i ciekawości drugiego człowieka. Dla chętnych był czas na wygłoszenie swojej opowieści życiowej oraz na posłuchanie innych. 

Fantastyczny czas, który chciałoby się jak najszybciej powtórzyć. 

Osobiście wydaje mi się, że w obecnych czasach nic nie jest kobietom bardziej potrzebne niż jedność i przemawianie jednym głosem we własnych sprawach.

I taki jest ten projekt! 

PS.
Spotkanie odbyło się w nowym fantastycznym miejscu na mapie Katowic jakim jest BAKLAVA. Klimatyczna kawiarnia gdzie napijecie się pysznej kawy po turecku oraz zjecie absolutnie wspaniałą i świeżo przygotowaną baklavę pistacjową w rytmie bliskowchodnich dźwięków.

Nowa jakość w segmencie crossover - premiera LEXUS UX


Jak sobota to do ... Lidla, do Lidla, a jak wtorek wieczór to ... na premierę nowego modelu luksusowego samochodu.

Gdzie tym razem? 



Pierwszy w historii crossover tej marki o charakterystycznej już dla wszystkich "lexów" dwuliterowej nazwie. Nowy UX, bo o nim mowa powiększył rodzinę i dołączył do znakomitych: RX, NX, LS, ES, IS, RC, LX, CT, GS, LC ...



Jakie jest to najmłodsze dziecko japońskiego koncernu? Z całą pewnością kompaktowe. Nieco węższy i krótszy od modelu NX, doskonale wpasowuje się w trendy rynkowe jako ekskluzywna alternatywa dla pierwszego na rynku crossovera Nissana Quashqai lub już jako bezpośrednia konkurencja w klasie premium dla modeli: Audi Q3, Mercedes GLA czy BMW X2 czy Infinity QX30.



Samochód ten z pewnością idealnie sprawdzi się w miejskich aglomeracjach. Smukła sylwetka oraz podwyższone nadwozie - oznaczają łatwe parkowane w każdych warunkach oraz spalanie nie przekraczające 4,8l w cyklu mieszanym - jeżeli wybierzemy jednostkę z najnowocześniejszym napędem hybrydowym 4 generacji. 

Warto również podkreślić fakt, że emisja spalin w tej wersji ma nie być większa niż 116 g/km2 CO2. Tym samym producent realnie stara się realizować swój najnowszy slogan reklamowy:

STOP SMOG - GO HYBRID


Jak Lexus to - luksus i na tym aspekcie chciałam się skupić. 

Lexus według Lexusa to w UX przede wszystkim Omotenashi (opisane przeze mnie już wcześniej w artykule dotyczącym modelu LS 500h) czyli zbiór wszystkich nowinek technologicznych i systemów bezpieczeństwa w połączeniu z niewiarygodnym komfortem. Nie wiem jak to Japończycy robią ale z tego samochodu, zresztą podobnie jak i innych modeli tego producenta - po prostu nie chce się wysiadać. Mimo całkiem sporej mocy silnika jeździmy wolniej tylko dlatego, żeby dotrzeć do celu później. 



W przeciwieństwie do tych wszystkich ultra niewygodnych samochodów sportowych, w których dociskamy gaz do dechy tylko dlatego, żeby już dojechać na miejsce i wreszcie wysiąść, bo od ryku silnika boli nas już głowa, a i tyłek od kubełkowego fotela również.


To co w samochodzie typu crossover jest ważne, to z pewnością napęd na 4 koła. U Lex'a z nazwą E-FOUR. Osobiście tylko tą wersję brałabym pod uwagę decydując się na zakup. Bo po kupować crossovera z napędem na przód - no po co?  
Producent deklaruje najnowszą, czwartą generację napędu 4x4. Podobnie jak silnika hybrydowego, który od poprzedników różni lepsza wydajność i oszczędność. W standardzie automatyczna skrzynia biegów i silnik o pojemności dwóch litrów pod maską. W układzie logistycznym dojazdu: dom - praca - dom - w warunkach miejskich - to aż nadto. 


Jeżeli lubicie się bawić dodatkami, kolorami wnętrza i uwielbiacie gadżety - Lexus Was w tej materii nie zawiedzie. 13 kolorów nadwozia do wyboru oraz 15 kombinacji na wykończenie tapicerki od klasycznej bieli po cudnej urody kobalt. Tylko od naszej fantazji zależy czy zatrzymamy ją na wersji wyposażenia ELEGANT czy skorzystamy z ostatnich chwil na wrzucenie w całości w koszty firmowego autka powyżej 150tys i wybierzemy OMOTENASHI.

Jako, że na premierach pięknych luksusowych pojazdów nie samym ich widokiem człowiek żyje, kilka słów o jedzeniu.


Jak zwykle u Lexusa było znakomicie. Na zimno, na ciepło i na słodko. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Królowały dania z ryb, roladki a'la sushi oraz warzywa i surówki w kilkunastu konfiguracjach. Ogólnie ruch w części jadalnej był bardzo duży, goście uśmiechnięci, a i częstotliwość wymiany bemarów i talerzy była znaczna. Świadczyło to jednoznacznie o zadowoleniu przybyłych z usług cateringowych JUREK CATERING.


Ktoś z dociekliwych może zapytać czy był open bar? A był. Coś się tam lało do różnych szklanek, kieliszków i kielonków ale jak prowadzę to nie piję i nie zaglądam nawet. Podobnie jak reszta kierowców nie czułam się absolutnie poszkodowana gdyż swoje stanowisko z pysznymi herbatami miały właścicielki marki LONGMANTEA. Zielone, różane i czarne na zimno i na ciepło. Pycha - serdecznie polecam osobom ceniącym jakość herbat sypanych.


O czym jeszcze warto wspomnieć? Rewelacyjna oprawa muzyczna dwóch arcyutalentowanych pań, które z pomocą dwóch instrumentów: skrzypiec i saksofonu były w stanie zagrać cover każdego przeboju. 


Licznie przybyłe tego wieczoru panie miały również okazję zapoznać się z trendami modowymi na jesień i zimę. Dedykowany na tę imprezę pokaz mody polskich niszowych projektantów zorganizował showroom z Katowic KAGMAG. Hitem wieczoru okazała się prezentacja zwiewnych sukienek na każdą porę roku i okazję od Ewy Miętkiewicz-Ciepły z EMC STUDIO.  Jej sukienki nie tylko królowały na wybiegu ale również poza nim. 


Bardzo dziękuję MM i całemu zespołowi Lexus Katowice za zaproszenie i gratuluję bardzo udanej imprezy.


ROLLS ROYCE CULLINAN nowa era w motoryzacji!



No i stało się. 

Nawet wśród marek motoryzacyjnych, które przez dziesięciolecia były wierne swoim ideałom, zdarzają się momenty przełomowe. 

Było tak w przypadku marki kojarzonej wyłącznie ze sportowymi 911. Porsche należące do koncernu Volkswagena i stojące na krawędzi bankructwa postanowiło w roku 2002 urozmaicić swoje korzenie i wypuścić na rynek SUV'a. Pomimo początkowych narzekań malkontentów i fanów marki, których jednak realnie nigdy nie było stać na zakup, a tylko podziwianie. 

Sprzedaż modelu Cayenne, który podobnie jak Pałac Kultury najładniejszy jest od środka (bo nie widać jak brzydki jest na zewnątrz, zwłaszcza pierwsza generacja), przerosła najśmielsze oczekiwania. Dzięki niemu, producent super aut z Zuffenhausen mógł powrócić do nieskrępowanej produkcji kolejnych generacji kultowych ale niestety mniej dochodowych Boxter, 911 czy Cayman. Sam Cayenne doczekał się kilka liftów i młodszego brata w postaci Macan'a. Czyli Touareg i Tiguan dla nieco bardziej wypłacalnych klientów.

W ślad za Porsche poszły kolejno: Maserati, Bentley, Lamborghini i ...



Tak. To co widzicie Państwo na powyższym filmiku, nie jest złudzeniem optycznym ani manipulacją graficzną. Kultowa marka ze wspaniałą historią - Rolls Royce - również zdecydowała się wypuścić samochód zgodny z obecnymi trendami na rynku.

Samochód, którym jak wspomniał szef do spraw komunikacji marki RR na Europę Wschodnią - Frank Tiemann, nie tylko dowieziemy dzieci do szkoły ale wjedziemy także do lasu, pustynię czy komfortowo dojedziemy na pole golfowe.



Cullinan - bo tak się ten model nazywa, ma łączyć w sobie ultra luksusowe wnętrze, wszelkie atrybuty najdroższej limuzyny świata z funkcjonalnością super auta terenowego. W przeciwieństwie do modelu Ghost czy Phantom, których po prostu nie wypada opuszczać inaczej jak tylko tylnymi drzwiami po prawej stronie, Cullinan został pomyślany jako samochód, który można, a nawet trzeba prowadzić samodzielnie. 



Jak na SUV'a aspirującego do bycia prawdziwą terenówką przystało, warunki do jazdy niekoniecznie muszą oznaczać równą jak stół niemiecką autostradę. Model ten jest autem rekreacyjnym, stworzonym dla miłośników życia wolnego od miejskiego zgiełku i daleko od dróg asfaltowych. Dla ludzi wolnych od schematów, dla których możliwość wyjazdu samochodem poza utarty szlak, jest bliska sercu.


Pisząc o fantastycznie wykończonym wnętrzu nie będę ani odkrywcza ani oryginalna, jednak nie sposób przejść obok tego tematu obojętnie. Czego najlepszym odzwierciedleniem moich słów są poniższe zdjęcia.

Ale po kolei ...


I typowo dla RR absolutnie wspaniałe materiały wykończeniowe. Ta skóra, drewno, metal. Tu nic nie udaje czegoś czym nie jest. Wszystko jest najwyższej jakości. Dedykowane dla tej marki. Wykonywane ręcznie z pietyzmem i dbałością o każdy szczegół.

Co więcej, jeżeli poprzez pro ekologiczne działania walki z kornikiem drukarzem poprzedniego ministra ochrony środowiska (wielkość liter nie jest przypadkowa), ścięto zdrowe drzewo, które darzycie dużym sentymentem, możecie je wykorzystać i właśnie z niego zażyczyć sobie wykonanie elementów do deski rozdzielczej tudzież listew drzwiowych. 

I to jak dobrze pamiętam nawet bez dodatkowej dopłaty.




I wiecie co jeszcze jest wspaniałe? Niespotykane w jakiejkolwiek innej marce? Dywaniki! Tak, dywaniki. W każdym innym aucie jest to albo zwykła czarna guma, czasem jakaś wykładzina, ale to co jest w Rolls'ie ... Poezja, drodzy Państwo poezja. Największy sybaryta bez straty dla komfortu podróży może jej część spędzić na właśnie takim dywaniku zamiast na komfortowym fotelu z tyłu bez utraty poczucia luksusu. 

Wspominając o dywanikach, nie mogę się powstrzymać przed przytoczeniem dialogu jaki miał miejsce między warszawskim adwokatem, a piękną towarzyszką jednego z przybyłych gości. Owy mecenas z pełną powagą tłumaczył kobiecie, że te najbardziej "puchate" i delikatne w dotyku dywaniki, są robione z futra kotów bardzo rzadkiej rasy. Bez jakichkolwiek wątpliwości czy zdziwienia na twarzy Pani we wszystko uwierzyła, przytakując nawet. Miny i reakcje osób słyszących tę konwersację możecie sobie Państwo wyobrazić. Większości trudno było ukryć płynące ze śmiechu zły.

Jest to również dobre miejsce, w którym należy wspomnieć i podkreślić jednoznacznie, że pomimo gotowości dopłaty znacznych sum pieniężnych, Royce Rolls nie zrealizuje zamówienia na wnętrze wykonane ze skór czy drewna gatunków zagrożonych i/lub będących pod ochronną. Polityka firmy ma w najwyższym poważaniu dobro i ochronę środowiska na tym obszarze.



Rozbudowane multimedia na równi ze wszystkimi najnowszymi zdobyczami techniki, zestaw rekreacyjny w bagażniku, lodówka, miejsce na kieliszki do szampana lub "Lawball Glass" do whisky (wszystko według gustu przyszłego właściciela), jak również parasole ukryte w drzwiach - to wszystko tutaj jest.

Chyba żadna marka na świecie nie daje takiego wyboru, różnorodności i dowolności w sposobie konfiguracji auta marzeń. Najlepsza zabawa dla bogatych, którą biedni konsekwentnie krytykują, choć sama przynajmniej raz w życiu też by tak chcieli.

 

Wśród zaproszonych gości na oficjalną polską premierę Cullinan'a, zorganizowaną przez jedynego przedstawiciela marki w naszym kraju AUTOFUS, słychać było głosy umiarkowanego zachwytu nad wyglądem jego sylwetki. Głosy były na tyle ciche, by nie ryzykować zamknięcia sobie możliwości udziału w kolejnych prezentacjach organizowanych na Ostrobramskiej, które stanowią wyśmienitą bazę do kreowania luksusowego wizerunku bywalca / bywalczyni w mediach społecznościowych.


W moim odczuciu wygląd auta może wzbudzać kontrowersje. Należy jednak pamiętać, że nie to ładne co ładne, a co się komu podoba. Ja osobiście skupiam się na innych atrybutach auta. Silnik, niezawodność i nowoczesność zatopione w ultra komfortowym wnętrzu bronią się same.

Kolejka klientów oczekujących na realizację zamówienia na swojego nowego Cullinan'a mówi sama za siebie.
Copyright © Fancy Life Lover