"KAŻDEGO SZKODA" czyli debiut książkowy JULII OLEŚ!


Decyzja o przeczytaniu książki z tzw. "self publishingu" to najczęściej spore ryzyko. Bo skoro żadne wydawnictwo w tym kraju (a jest ich trochę), nie zdecydowało się na jej publikację, to znaczy, że możemy spodziewać się po takiej pozycji absolutnie wszystkiego. Od  popisu megalomańskiej grafomanii, której za nic w świecie nie da się już odzobaczyć, po dzieło, które przeora nam psychikę na wiele tygodni, burząc ustalony porządek świata, niczym "De revolutionibus orbium coelestium". Z przewagą jednak ryzyka sięgnięcia po „gniota”.

Ot taka bibliofilska loteria. 

INSTALIFE

W przypadku "Każdego szkoda" nie mamy do czynienia ani z jednym ani z drugim. Książka w stu procentach odzwierciedla styl i język wypowiedzi znany z publicznego życia autorki - Fabjulus czyli swoisty mix: afiltracji, autobiografii, autoreklamy, autoironii i kolejnej afiltracji w codziennym ”apdejcie” na instastories. Całość okraszona charakterystycznym pozdrowieniem: "Dzień dobry ziemniaczki”, a “Haliny i Anrzeje” to odbiorcy tej kreacji.  

Książkę czyta się tak, jak się oglądało pierwszy sezon "Seksu w Wielkim Mieście" - szybko. Różnica jest tylko taka, że u Fabjulus nie ma ani wielkiego miasta, ani ognistego seksu w tle. Osobiście uważam, że pani Julia jako zdeklarowana Ślązaczka i mieszkanka Katowic, nie zdecydowawszy  się na szersze opisanie chociaż kilku ciekawych lokalizacji, restauracji i projektantów wywodzących się ze stolicy Górnego Śląska, bardzo zubożyła tą opowieść. Rzadko się bowiem zdarza, aby Miasto Ogrodów było tłem czegoś innego niż strajki górników.

Szkoda.

HISTORIA

Sama opowieść może być w skrócie przyrównana do takiego bilansu trzydziestolatki. Czyli: coś już tam przeżyłam, doświadczyłam dobrego i złego w pracy, w związkach, stosunkach międzyludzkich i pomimo wszechogarniającego mnie strachu przed zbliżającą się starością z pierwszymi zmarszczkami na twarzy, dam radę iść dalej, bo mam przyjaciół i sobie wzajemnie pomagamy.

Teoretycznie rzecz ujmując, każdy kto szczęśliwie dociągnie do wieku około chrystusowego może poczynić takie oto wspominkowe dzieło. U jednych będzie to kilkanaście stron bez fajerwerków, inni mogą machnąć od ręki trylogię, która mogłaby zawstydzić Mike'a Jaggera i Blankę Lipińską razem wziętych i to tylko pod warunkiem, że zatrzymaliby się na swoich 25 urodzinach i zasłaniali się pomrocznością jasną.

Na szczęście w kraju, w którym ciągle więcej osób pisze książki niż je czyta, nie wszyscy trzydziestolatkowie są aspirantami literackimi i mają ochotę przesuwać w nieskończoność te nierówne proporcje. 

Chwała im za to. 

TAJEMNICZY BOHATER

W przypadku "Każdego szkoda" ze wsparciem marketingowym ruszyły prawie wszystkie media plotkarskie w tym kraju. Wszystko to za sprawą węszących sensacji dziennikarzy, którzy fakt wydania fabksiążki połączyły z zakończeniem dość burzliwego i medialnego związku pani Julii z pewnym bardzo znanym  i równie kontrowersyjnym dziennikarzem. Część pismaków jednogłośnie stwierdziła, że mroczna postać Andrzeja z opowieści, to nikt inny jak Kamil Durczok. 
Zainteresowani nie odnosili się do tych rewelacji zbyt wylewnie. Pan Kamil nie powiedział nic. U Fabjulus nastąpiło dementi w stylu „nie potwierdzam i nie zaprzeczam, jak chcecie się przekonać to kupcie i przeczytajcie książkę”. Typuję, że wiele ciekawskich Grażynek tylko z tego powodu książkę nabyło. Podobnie jak wszyscy ex autorki chcący się przekonać, czy aby o sobie też czegoś w niej nie znajdą. Jak wiadomo wspólne zdjęcia z Insta łatwo skasować, a bycia “bohaterem literackim” już nie.
Sama autorka nie bazowała na promocji budowanej na swoich "byłych Andrzejach". Może wiązało się to z obawy przed pozwami, a może z braku chęci babrania się w przeszłości i publicznego prania brudów. 

Ogólnie wyszła z tego zamieszania z klasą.

I tak bez wsparcia wydawnictwa i Empiku, za to z wykorzystaniem konsekwentnie budowanego od 2014 konta na Instagram'ie oraz strony fabjulus.pl. od połowy czerwca Fab rozpoczęła zmasowany atak na swoich followersów, przekształciwszy  profil na całodobowe narzędzie promujące sprzedaż książki. 

Finalnie, czy to za sprawą osobowości autorki, zachęty tabloidów, czy wartości merytorycznej opowiadania, sprzedało się tego 5000 egzemplarzy. 

Sama zainteresowania uznała to za niebywały sukces, deklarując tym samym kontynuację swojej pisarskiej przygody.

SEDNO

Wracając do samej historii, która w większości opiera się na byciu ofiarą przemocy psychicznej i/lub fizycznej ze strony partnera, nasuwa się zasadnicze pytanie „dlaczego?”. Dlaczego my kobiety, bez względu na to jakie mamy wykształcenie, pochodzenie czy status materialny, tkwimy latami w toksycznych związkach? W imię czego znosimy upokorzenie i strach? Dlaczego facet który nie czuje się komfortowo w relacji, pakuje swój węzełek i bez żalu trzaska drzwiami, a my "madki polki bohaterki” ryczymy do poduszki tkwiąc w beznadziei przez lata? Dlaczego zamiast znaleźć w sobie odwagę i zmienić swoje życie wpieprzamy antydepresanty jak "lentilki", zakłamując chorą rzeczywistość?

Odpowiedź jest stosunkowo prosta. Nie mamy odwagi. 

Nie mamy odwagi aby zrezygnować z życia w złotej klatce, hołdując zasadzie, że lepiej płakać w Mercedesie niż na przystanku. Nie mamy odwagi przyznać się przed rodziną i znajomymi, że nam nie wyszło. Nie mamy odwagi być i żyć same. Nie mamy odwagi podjąć decyzji o odejściu/rozwodzie wierząc, że on się poprawi i będzie tylko lepiej. Otóż nie będzie, a rozwód to nie koniec świata.

I do momentu, w którym w naszym durnym społeczeństwie będzie dominował stereotyp, że kobieta nie ma prawa być spełniona w formie jaką uznaje dla siebie za najlepszą, bez względu na to ile książek, podcastów, badań i opracowań na ten temat powstanie - nic się nie zmieni.

Amen.



PILAWSKI czyli LOVE ME NOT!


          Jest w Katowicach ulica, na którą żaden turysta przypadkowo nie trafi. Głęboko ukryta w dzielnicy Szopienice - Burowiec, skrywa bogatą historię, o której wiedzą wyłącznie nieliczni. 

Stolica Górnego Śląska niemal każdemu spoza województwa, kojarzy się wyłącznie z kopalnią Wujek, strajkującymi górnikami i ewentualnie Spodkiem. Niektórzy tylko kojarzą dzielnicę Nikiszowiec, NOSPR czy Międzynarodowe Centrum Kongresowe 



Natomiast ulica Porcelanowa, bo o niej właśnie mowa jest absolutnie fascynująca i wyjątkowa w swoim rodzaju. Swoją rewitalizację zawdzięcza Fundacji Giesche, która od 2012 roku tworzy na niej park technologiczny "PORCELANA ŚLĄSKA PARK", który łączy ze sobą industrialną przeszłość tego miejsca z nowoczesnym tchnieniem. 

To teren, na którym w latach 20-tych XX wieku powstała pierwsza na Śląsku fabryka porcelany przemysłowej. Założona została przez braci Czuday ma pełną wzlotów i upadków bogatą historię, którą mamy dzisiaj wprost na wyciągnięcie ręki.



Obecnie, w odrestaurowanych budynkach pofabrycznych znajdują się prestiżowe lokale biurowo - usługowe. Spacerując uliczkami wzdłuż kompleksu możemy w nim odnaleźć niszowe sklepy, biura projektowe czy agencje reklamowe. W sklepie firmowym możemy kupić porcelanę marki PORCELANA BOGUCICE, która kultywuje tradycję jej produkcji w tym miejscu.

W Fabryce Porcelany organizowane są wydarzenia kulturalne, muzyczne, pokazy mody oraz lekcje historii. 

Miłośnicy dobrej kuchni będą zachwyceni odwiedzając przy okazji PRODIŻ BISTRO & NERO. Klimatyczne wnętrze restauracji, krótka karta menu oparta na wyśmienitych produktach to najkrótsza pozytywna recenzja jaką mogę w tym miejscu na teraz napisać. Miejsce wprost idealne na biznesowy lunch z kimś kogo chcemy zaskoczyć jak mogą inaczej wyglądać Katowice.

Ja natomiast na Porcelanowej znalazłam jego - BARTOSZA PILAWSKIEGO - projektanta młodego pokolenia, który swoim entuzjazmem odczarowuje moją wrodzoną niechęć do robienia zakupów w stacjonarnych butikach. 

Otwarty i uśmiechnięty, chętnie opowiada o swoich projektach i planach na przyszłość.




Bartoszu, skąd pomysł na stworzenie marki modowej?

"Może nikogo to nie zaskoczy, ale już w dzieciństwie interesowała mnie moda. Pamiętam, że jako dzieciak przeglądałem kolorowe magazyny, który wywoływały we mnie fascynację. Cała moja historia, to tak naprawdę pasja którą rozwijałem na przestrzeni lat. Moje pierwsze projekty powstawały na przełomie szkoły średniej. Wtedy też zacząłem poznawać ludzi z branży modowej, którzy dodatkowo napędzali mnie i inspirowali swoją zajawką. Moda na dobre stała się częścią mojego życia, kiedy zamieszkałem na studiach w Warszawie i zdobywając kolejne staże, a z nimi doświadczenia powstała wizja marki która oddaje mnie samego. Moda jest nie tylko moją pracą, ale także hobby. Obserwując ją przez te wszystkie lata i nabierając doświadczenia powstał w mojej głowie koncept, który miał odpowiadać potrzebą ludzi lubiącym wygodę i wielofunkcyjne rozwiązania. Szukając inspiracji do form, materiałów oraz printów powstała marka, która stawia na unisexowe podejście do ubrań, wielofunkcyjne rozwiązania i możliwość wystylizowania jednej rzeczy w wielu odsłonach. Powstała marka, której mi osobiście gdzieś na Polskim rynku brakowało, trochę zaspokoiłem tym samym swoje potrzeby".



Do kogo skierowane są Twoje kolekcje, kim są klienci?

"W swoich projektach staram się nie faworyzować żadnej grupy wiekowej. Moje projekty są skierowane dla osób, które lubią przełamywać klasyczne fasony i kolory, odważnymi printami, tworząc tym samym w stylizacji nietuzinkowe połączenia. Klientami mojej marki są zarówno ludzie bardzo młodzi, którzy szukają wygodnych i ciekawych rozwiązań na co dzień, ale też dużą ich część stanowią dojrzałe kobiety, które przy kobiecych stylizacji wykorzystują proste formy."



Inspirujesz się innymi markami czy jesteś inspiracją dla konkurencji?

"Jeżeli chodzi o inspirację, to tak oczywiście, że jest wiele projektantów, którzy inspirują mnie swoimi kolekcjami czy projektami. Czerpie również inspiracje z otaczającego mnie świata, tak właśnie powstała kolekcja „Wild Heaven”. Ciężko jest mi jednak odpowiedzieć czy ja sam i moje projekty są inspiracją dla innych. Oficjalnie na rynku moja marka jest dosyć krótko i cały czas jeszcze ciężko pracujemy wraz z moim zespołem na jej dobre imię. Wydaje mi się, że przed nami jeszcze długa droga bym mógł powiedzieć, że jestem inspiracją dla innych."



Jak wygląda rozwój firmy, kto w niej pracuje?

"Przez ten niedługi okres firma poszerzyła się o nowych pracowników i nowe działy. Zaczynałem sam wraz z drugim założycielem Rafałem Wyszyńskim. W tym momencie, w głównym butiku który jest również pracownią, w której powstają wszystkie kolekcje współpracuje wraz z moją niezastąpioną asystentką Lindą Golińską, która również jest mózgiem wszystkich większych projektów mojej marki. Mamy dział produkcji, którym zarządza Błażej. To dzięki niemu szyjemy na wyselekcjonowanych Polskich tkaninach, a każdy projekt pod względem technicznym jest na najwyższym poziomie. Wymieniając nasz skład nie mogę pominąć naszej krawcowej Ani, która nadaje moim wizją kształt i zamienia je w ubrania, które widzicie na wieszaku."


Jakie są plany rozwoju marki?

"Obecnie jesteśmy w trakcie planowania kolejnej kolekcji. Tak jak wspomniałem wcześniej, cały czas rozwijam swoja markę. W tym roku udało nam się zrobić kilka fajnych projektów dla takich festiwali jak Tauron Nowa Muzyka czy Open’er

Kolejne tego typu plany nie są jeszcze sprecyzowane".

Gdzie możemy kupić Twoje projekty?

"Na chwilę obecną skupiam się na sprzedaży w Polsce. Dział sprzedaży tak jak cała reszta rozwija się małymi krokami. Zaczynaliśmy od jednego butiku i stopniowo moje kolekcje pojawiały się w różnych stacjonarnych concept storach w Warszawie jak: Galeria Mokotów, 
Pasaż 13, Galeria Echo oraz sklep firmowy w Fabryce Porcelany w Katowicach.

Ubrania można nabyć również online w showroom.pl i pakamera.pl oraz oczywiście na stronie domowej PILAWSKI.PL.

Nie wykluczam, że kolejnym etapem rozwoju będzie pojawienie się w butikach zagranicznych".


Z projektami Bartka jak i nim samym spotkałam się już jakiś czas temu i od tego momentu nieprzerwanie śledzę jego nowe kolekcje. W projektach bardzo cenię ich wygodę i casual'owe rozwiązania. Uwielbiam jego t-shirty, które nie naciągają się po drugim praniu oraz mega wygodne oversiz'owe bluzy z praktycznym otworem na kciuk, który idealnie sprawdza się chłodniejsze dni.  

Nowe projekty, zdjęcia z sesji oraz kampanie video możecie obserwować w prężnie działających mediach społecznościowych Pilawskiego: INSTAGRAM i FACEBOOK.

Z marką PILAWSKI od początku związana jest m.in. Magdalena Boczarska, która jest również twarzą najnowszej kolekcji "I'M NOT GON' STOP". Ubrane w płaszcze, bluzy i sukienki w charakterystyczny monogram Pilawski możecie również zobaczyć Dodę, Małgorzatę Rozenek, Patrycję Kazadi, Natalię Siwiec czy Fablujus.


Sam projektant i jego zespół są również współtwórcami największego wydarzenia modowego jakie kiedykolwiek zorganizowano na Śląsku czyli KTW FASHION WEEK

Od dwóch lat Fabryka Porcelany przemienia się w królestwo mody. W ciągu 4 dni odbywają się liczne pokazy i imprezy towarzyszące. Do Katowic zjeżdżają się aktorzy i celebryci, którzy podziwiają nowe kolekcje młodych talentów jak i znanych i uznanych polskich marek. Impreza na której warto być jeżeli uważamy się za miłośników mody, ciekawych projektów i osobowości.


Aktualnie w butiku flagowym w Katowicach oraz na stronie internetowej pilawski.pl jest już dostępna nowa kolekcja o nazwie LOVE ME NOT, której motywem przewodnim są: charakterystyczne dla projektanta tkaniny w monogram, przeźroczystości oraz skóra. Większość ubrań jest utrzymana w czarnej tonacji ale pojawiają się również: biel, tie die oraz czerwień. 




LEXUS LS 500h czyli kochamy LIMO!


Tak, mam słabość do Lexusa i to z kilku powodów. Po pierwsze bo jest obłędnie luksusowy, dwa nieziemsko komfortowy i trzy absolutnie fantastyczny w prowadzeniu. Bez względu na to czy dostaniecie do ręki kluczyk do serii RX, ES, IS, NX, LX, LC czy tak ja do LS, to w każdym z nich możecie doświadczyć jednego i tego samego:

AN AMAZING EXPERIENCE!

 
Lexus od początku do końca jest marką japońską, która to samodzielnie wkroczyła na rynek motoryzacyjny w dopiero roku 1989. Oficjalnie, już pod własną nazwą, a nie pod płaszczykiem firmy matki czy TOYOTY, prezentuje światu swój pierwszy model samochodu czyli LS 400. Limuzynę, która ma być synonimem luksusu, o czym ma świadczyć pierwsza litera jej nazwy czyli L jak LUKSUS, druga litera oznacza rodzaj nadwozia czyli w tym przypadku S jak SEDAN. 

LS jest perfekcyjną odpowiedzią "Kraju Kwitnącej Wiśni" na panoszące się w tym czasie na rynku: BMW serii 7, MERCEDESA klasy S, JAGUARA XJ czy AUDI A8. Jednak LS jest tylko początkiem japońskiej ekspansji luksusu na rynku samochodów użytkowych. W ciągu kilku kolejnych lat fabrykę w Aichi opuszczają kolejno osobowe: ES 250, SC, GS 300, LX, RX czy IS. Kompakty, coupe, limuzyny czy crossovery, wszystkie bardzo szybko zyskują uznanie klientów, głównie dzięki ich zaawansowaniu technologicznemu, niezawodności i komforcie jakie dostarczają kierowcy i pasażerom. Aktualnie fabryka Leksusa o nazwie TAHARA to 4 miliony metrów kwadratowych powierzchni.


We wcześniejszym artykule pisałam już o Lexusie, a konkretnie LS 600h, który tylko utwierdził mnie w fakcie, że kocham limuzyny i wbrew obiegowym opiniom są to samochody wielozadaniowe, a nie tylko  "wielkie krowy" jak śmią twierdzić niektórzy. Testowy tutaj model LS 500h jest kolejną bo już V generacją tego modelu, która zamienia doskonałe na doskonalsze, dobre na lepsze, a komfortowe na OMOTENASHI. 

Pod maską LS 500 kryje się benzynowe - sześciocylindrowe - widlaste twin turbo o pojemności 3,5l i mocy 417KM (w tej generacji Lexus zrezygnował z wcześniej stosowanych, wolnossących V8) oraz 10-stopniowa automatyczna skrzynia biegów, która zapewnia kierowcy absolutne panowanie nad dynamiką jazdy. LS 500h to połączenie silnika benzynowego z hybrydą o łącznej mocy 396KM z napędem na wszystkie koła, co całkowicie zmienia prowadzenie tego pojazdu zimą.

Dodajmy do tego automatyczne podświetlanie klamek przy zbliżaniu się do pojazdu, pneumatyczne unoszenie auta o 3 cm, automatyczne obniżanie się fotela i pasów bezpieczeństwa dla bardziej komfortowego wsiadania. Dalej "Climat Consierge" czyli system, który wykrywa temperaturę ciała podróżujących, dostosowując ją do tej panującej w samochodzie tak, aby każdy czuł się komfortowo. W tym modelu nie będą nas również "denerwować" drgania deski rozdzielczej i trzeszczące plastiki. Z prostego powodu bo ich w niej nie ma. Za to jest skóra, drewno i ceramika i to w konfiguracji w jakiej tylko sobie wymyślimy.

Jeżeli do tej pory nie zajrzeliście na stronę dealera w celu wypełnienia wniosku SMARTPLAN to lecimy dalej ...


Z uwagi na fakt, że LS od samego początku był tworzony z myślą o klasie BIZNES i VIP, ze szczególną starannością zaprojektowano przestrzeń dla pasażerów. Ten samochód w sposób nieustanny skłania do dylematu czy lepiej być kierowcą czy jednak pasażerem prawego, tylnego siedzenia (dla niewtajemniczonych to według etykiety najbardziej prestiżowe miejsce zajmowane w pojeździe). W LS jest ono m.in. wyposażone w system masażu SHIATSU w kilku opcjach do wyboru oraz funkcją spania dzięki rozkładanemu fotelowi. Maksymalne przesunięcie przedniego fotela pasażera sprawia, że mamy do dyspozycji przestrzeń gwarantującą całkowite rozprostowanie nóg, nawet u osób bardzo wysokich. Wszystkie udogodnienia są na wyciągnięcie naszej ręki gdyż wszystkim sterujemy elektronicznie z touchpada ukrytego w podłokietniku. Pasażerom tylnej kanapy, a raczej w tym przypadku możemy mówić bardziej o otomanie w wersji "full wypas", podróż umila również zestaw multimedialny czyli 11,6 celowe panele LCD w zagłówkach oraz nagłośnienie 3D Mark Lenvision QLI Reference Surround. W skrócie to taki NOSPR na wyłączność, z tą różnicą, że zagra nam to co chcemy czyli od Zenka po AC/DC. 


Nie ukrywam, że uwielbiam limuzyny i przez większość mojego życia kierowcy jeździłam właśnie nimi. Komfort i efekt płynięcia po asfalcie zapewnia wyłącznie ten typ nadwozia. Owszem są minusy, zwłaszcza zimą w klasykach wyłącznie z tylnym napędem jednak wybierając się w podróż powyżej 300km autostradą zawsze wybiorę limuzynę bez względu na to co mi podstawią na podjazd. Powodów jest wiele ale w przypadku LS jest jedna i to przeważająca mianowicie cisza. Zachwycające w Lexusach jest właśnie to, że przy dużej mocy silnika ukrytej pod maską, wewnątrz samochodu nie słyszymy praktycznie niczego. Stojąc w korku kompletnie nic, a pędząc niemiecką autostradą ponad 250h/km można swobodnie prowadzić konwersację szeptem. Jak oni to robią nie wiem ale robią to dobrze. Część z Was z pewnością się nie zgodzi twierdząc, że bulgotanie spod maski, ognie i trzaski z wydechu to jest to o co chodzi w prawdziwej motoryzacji. Może i tak ale do trzydziestki i na krótkim odcinku. 


Wspomniany wcześniej absurdalny wręcz komfort dla kierowcy i pasażerów to stosowana w Lexusie (w ramach opcji oczywiście) filozofia Omotenashi czyli japońskie pojęcie gościnności jako oddanie się całym sercem przyjezdnym. I nie chodzi tu tylko o to, co możemy poczuć i zobaczyć w tym samochodzie ale mnogość niewidzialnych systemów, które czuwają na nad naszym bezpieczeństwem (kamery, detektory, skanery itp. Pod tym względem LS wypada dużo, dużo lepiej niż niemiecka konkurencja.


W moim życiu jest to autentycznie pierwszy samochód, którym wolałam podróżować jako pasażer niż kierujący, a myślałam, że to absolutnie nie jest możliwe. Z pewnością przyczynił się do tego taki mały, malutki czynnik, a mianowicie touchpad sterujący dla kierowcy. No to moim zdaniem Japończykom kompletnie nie wyszło. Fatalnie się tym operuje zwłaszcza przy manewrowaniu po mieście. Jak miałabym możliwość to wybrałabym opcję nawigowania menu z BMW, bez finezji, a działa wybornie.


LA SQUADRA raj dla GASTRO & PETROL head'a!


Wyobraźcie sobie miejsce, w którym wyborne smaki przenikają się z kwintesencją luksusowej motoryzacji. Miejsce, gdzie zostają pobudzone wszystkie nasze zmysły. I pomimo faktu, że znajdujemy się w centrum Katowic, czujemy jakby ktoś nas niepostrzeżenie przeniósł wprost do słonecznej Italii.

Co to za miejsce i skąd się wzięło na mapie Górnośląsko - Zagłębiowskiej Metropolii?




Ulica Bocheńskiego -  jak część z Was doskonale się orientuje, znana jest głównie z gigantycznych korków, giełdy warzywno - owocowej oraz Grupy Pietrzak, która od 1994 roku wzdłuż tej arterii drogowej, otwiera swoje salony samochodowe. I o ile nowe modele Renault, Peugeot czy Dacii nie wzbudzały zbytnich emocji wśród codziennych użytkowników tej trasy, tak wszystko radykalnie się zmieniło się w roku 2013. Z początkiem czerwca przy numerze 109 otwarto pierwszy tak prestiżowy, autoryzowany salon ekskluzywnej marki samochodowej - Ferrari

Nie było w tym czasie osoby, której wzrok choćby na chwilę nie uciekł w jego kierunku. Z nowoczesnej bryły salonu zawadiacko zerkały czerwone i żółte, kultowe modele tej marki. Jedni pukali się w czoło kwitując, że nikt ich nie kupi, a inni kombinowali, jak choćby na najskromniejszego Spidera, bez wiedzy małżonki sobie uciułać. 

Patrząc na dynamiczny rozwój salonu oraz jego wyniki sprzedażowe, okazało, że klientów chcących wydać na samochód milion czy dwa w Katowicach i okolicach wcale nie brakuje.



W ciągu sześciu ostatnich lat salon przeszedł ogromną metamorfozę. Powiększono salę wystawową, dobudowano serwis, blacharnię, lakiernię oraz wprowadzono usługi profesjonalnego detailing'u. Do oferty sprzedażowej na Bocheńskiego 109 wprowadzone zostały również inne luksusowe marki pojazdów. 

W 2016 roku do Grupy Pietrzak dołączyło kultowe, włoskie MASERATI. Salon w Katowicach może szczycić się tym, że jest największy w Polsce. Oferuje swoim klientom m.in, pokój do konfiguracji wymarzonego modelu Ghibli, Quattroporte czy Levante. Jest w nim butik z oryginalnymi akcesoriami marki Maserati. Na miejscu znajduje się również autoryzowany serwis, lakiernia i blacharnia.



W roku 2018 do portfolio dołączyła legendarna marka ALPINE, która specjalizuje się w produkcji samochodów sportowych. Model A110 w wersji Pure, Legende lub OS jest dedykowany klienteli, która czerpie przyjemność z jazdy bez nachalnej ostentacji. To typowe samochody z serii fun. Mały, szybki i w pięknym niebieskim kolorze.


Prędzej czy później, skoncentrowanie w jednym miejscu takiej ilości luksusu, musiało skutkować otwarciem przestrzeni, która umilałaby swoim klientom klasy premium czas oczekiwania na odbiór samochodu z serwisu bądź usługi detailing'u. 

I tym sposobem pojawia się La Squadra. Nazwa nie jest tu przypadkowa. Już od roku 2015 ukazuje się magazyn dla właścicieli i miłośników motoryzacji przez duże M - o tym samym tytule, który wydawany jest przez salon Ferrari. Koncept restauracji połączonej z galerią jest bardzo innowacyjny, nie tylko na mapie Katowic ale i w skali całego kraju. Miejsce, w którym organizowane są wystawy oraz spotkania z wybitnymi twórcami, łączy się z restauracją, do której możemy wpaść na lunch w ciągu dnia, a wieczorem na wyborną kolację.


Pomysł na La Squadrę nie jest ani autorski ani przypadkowy. W 100% inspirowany jest restauracją Montana, która od przeszło 20 lat karmi odwiedzających małe, włoskie miasteczko Maranello, które swoją światową sławę zawdzięcza fabryce samochodów marki Ferrari właśnie. 
Przepis na sukces katowickiej restauracji ma być prosty - sezonowe składniki najlepszej jakości, krótka ale nie nudna karta i dużo dobrego wina. 


Jak się prezentuje się menu La Squadry?

Według mnie każdy prawdziwy entuzjasta kuchni włoskiej znajdzie tutaj coś dla siebie. Dania są starannie dobrane, reprezentują wiele włoskich regionów i przysmaków z nich słynących. Jest spaghetti, risotto, są owoce morze oraz mięsa - głównie polędwica wołowa i trochę drobiu. Jeżeli lubicie carpaccio czy to rybne czy mięsne, to w aktualnej karcie go nie ma, a szkoda bo jak wiadomo dobre carpaccio jako antipasti nie jest złe. W ramach kompensaty są plastry pieczonego indyka w sosie tuńczykowym. Dwa ciekawe makarony gramigna i paccheri według przepisu MAMA ROSSELLA.

Łasuchom polecam semifredo albo suflet czekoladowy oraz klasykę gatunku - tiramisu. Czy La Squadra zdała test espresso? Zdała. Kawa gorąca i aromatyczna, we właściwym rozmiarze z delikatna pianką na wierzchu. Duży plus również za znakomitą wodę GALVANINA, którą osobiście uwielbiam, a którą bardzo rzadko można zamówić we włoskich restauracjach, gdzie niepodzielnie rządzą Aqua Panna i San Pellegrino.



Cechą charakterystyczną tego miejsca jest sposób jaki goście umilają sobie czas oczekiwania na zamówiony posiłek. Pojedynczo lub gromadnie opuszczają stoliki i udają się do części wystawowej, gdzie mogą podziwiać prawdziwe perełki światowej motoryzacji. Cieszą oko nowsze i starsze modele Ferrari, BMW, Mercedesa czy Maserati. Możemy sobie pstryknąć fotkę lub wypytać o kilka szczegółów technicznych kogoś z obsługi.

Co odważniejsi zapuszczają się w dalszą część salonu, gdzie można już śmiało zamawiać upatrzony model. Jak nas chwilowo nie stać, to mamy okazję powzdychać sobie do pięknej Californii, wizualizując siebie za jej kierownicą - pędzącego w korkach.

Zawsze to lepsze niż wzdychanie do Dacii Logan.




ERA NOWYCH KOBIET by Joanna Przetakiewicz


Silne, energetyczne, niezależne i przedsiębiorcze - tak w tych kilku słowach można scharakteryzować współczesne Polki.

Jednak czy super bohaterki dnia codziennego są samowystarczalne? 

Absolutnie nie. 

Jako kobiety zmagamy się z przeciwnościami, których mężczyźni nie doświadczają. Słabsza pozycja na rynku pracy, gorsze zarobki, godzenie macierzyństwa (często samotnego) z aktywnością zawodową, brak możliwości decydowania o własnym życiu i zdrowiu. Do tego wszystkiego społeczna presja, aby być najlepszą w każdej dziedzinie życia, której się realizujemy. Ile z nas to kiedyś słyszało: 

"Aaa nie pracujesz? no wiesz, ja bym tak nie mogła w domu siedzieć jako utrzymanka męża"
"Hm... masz firmę? no wiesz, na pewno robisz to kosztem męża i dzieci"
"Masz 4 dzieci? no wiesz, ja nie chciałabym być taką matką Polką"
"Nie masz dzieci? no wiesz, to jest czysty egoizm. Ja bym tak nie potrafiła"

Od kogo najczęściej słyszymy te słowa? Od nas samych, innych kobiet: koleżanek z pracy, przyjaciółek, żon, matek i kochanek. Skąd taki brak wsparcia, zakłamanie i kreowanie rzeczywistości, której nie ma? Każda z nas ma kiedyś dość, jest zmęczona, nieporadna, i bez wiary w siebie. W takich okolicznościach nikt inny jak właśnie druga kobieta powinien nas wesprzeć, zrozumieć i doradzić coś mądrego bez powtarzania pustych i głupich frazesów.


I tutaj pojawia się ona  - Joanna Przetakiewicz. Części społeczeństwa znana jako skuteczna businesswoman, a pozostałym wyłącznie jako była partnerka Jana Kulczyka. Bez względu na posiadaną o niej wiedzę - podziwiana i szeroko komentowana osobowość społeczno-medialna, która na podstawie własnych doświadczeń życiowych pragnie inspirować, motywować i dodawać wiary we własne siły kobietom w Polsce. Z racji tego, że ilość chętnych kobiet do czerpania z wiedzy i niesamowitej energii Joanny, znacząco przerasta jej możliwości czasowe na odpowiadanie na tysiące otrzymywanych wiadomości, powstaje inicjatywa o nazwie ERA NOWYCH KOBIET.

Projekt społeczny, który tworzą kobiety dla kobiet. 

Jaki jest jego cel nadrzędny? 
Nie ma jednego głównego. W dużej mierze chodzi o spotkanie i rozmowę. Taki prawdziwy kontakt międzyludzki, który w dobie mediów społecznościowych i komunikatorów w telefonie zawsze pod ręką, zaczyna w narodzie zanikać. Te spotkania mają charakter spontaniczny i organizowane są już w całej Polsce. 

Jaki jest tego efekt?
Nadspodziewanie dobry. Po kilku formalnych przywitaniach, okazuje się, że wśród zebranych zaczynamy wyszukiwać bratnie dusze. Słyszymy odpowiedzi na pytania, których jeszcze nie zadałyśmy, otrzymujemy pomoc, o którą nie prosiłyśmy, a jest nam tak bardzo potrzebna. Już po godzinie wiemy kto jak liczną ma rodzinę, gdzie mieszka, że nie ma z kim pójść na kawę czy na plac zabaw z dzieciakami. 

Pani X prowadzi firmę i szuka zaufanego pracownika, ktoś inny dobrego prawnika czy lekarza, którym jest pani Y. Z dużej grupy zaczynają się kształtować podgrupy, wymieniane są wizytówki i numery telefonów. I finalnie okazuje się, że z takiego spotkania wychodzimy z materiałem na przyjaciółkę na wiele lat.


Nasze pierwsze spotkanie w Katowicach zorganizowane przez liderkę Paulinę Uhmę dokładnie takie było. Energetyczne i inspirujące. Grupa kobiet w różnym wieku, z różnym pakietem doświadczeń, pełna otwartości i ciekawości drugiego człowieka. Dla chętnych był czas na wygłoszenie swojej opowieści życiowej oraz na posłuchanie innych. 

Fantastyczny czas, który chciałoby się jak najszybciej powtórzyć. 

Osobiście wydaje mi się, że w obecnych czasach nic nie jest kobietom bardziej potrzebne niż jedność i przemawianie jednym głosem we własnych sprawach.

I taki jest ten projekt! 

PS.
Spotkanie odbyło się w nowym fantastycznym miejscu na mapie Katowic jakim jest BAKLAVA. Klimatyczna kawiarnia gdzie napijecie się pysznej kawy po turecku oraz zjecie absolutnie wspaniałą i świeżo przygotowaną baklavę pistacjową w rytmie bliskowchodnich dźwięków.

Nowa jakość w segmencie crossover - premiera LEXUS UX


Jak sobota to do ... Lidla, do Lidla, a jak wtorek wieczór to ... na premierę nowego modelu luksusowego samochodu.

Gdzie tym razem? 



Pierwszy w historii crossover tej marki o charakterystycznej już dla wszystkich "lexów" dwuliterowej nazwie. Nowy UX, bo o nim mowa powiększył rodzinę i dołączył do znakomitych: RX, NX, LS, ES, IS, RC, LX, CT, GS, LC ...



Jakie jest to najmłodsze dziecko japońskiego koncernu? Z całą pewnością kompaktowe. Nieco węższy i krótszy od modelu NX, doskonale wpasowuje się w trendy rynkowe jako ekskluzywna alternatywa dla pierwszego na rynku crossovera Nissana Quashqai lub już jako bezpośrednia konkurencja w klasie premium dla modeli: Audi Q3, Mercedes GLA czy BMW X2 czy Infinity QX30.



Samochód ten z pewnością idealnie sprawdzi się w miejskich aglomeracjach. Smukła sylwetka oraz podwyższone nadwozie - oznaczają łatwe parkowane w każdych warunkach oraz spalanie nie przekraczające 4,8l w cyklu mieszanym - jeżeli wybierzemy jednostkę z najnowocześniejszym napędem hybrydowym 4 generacji. 

Warto również podkreślić fakt, że emisja spalin w tej wersji ma nie być większa niż 116 g/km2 CO2. Tym samym producent realnie stara się realizować swój najnowszy slogan reklamowy:

STOP SMOG - GO HYBRID


Jak Lexus to - luksus i na tym aspekcie chciałam się skupić. 

Lexus według Lexusa to w UX przede wszystkim Omotenashi (opisane przeze mnie już wcześniej w artykule dotyczącym modelu LS 500h) czyli zbiór wszystkich nowinek technologicznych i systemów bezpieczeństwa w połączeniu z niewiarygodnym komfortem. Nie wiem jak to Japończycy robią ale z tego samochodu, zresztą podobnie jak i innych modeli tego producenta - po prostu nie chce się wysiadać. Mimo całkiem sporej mocy silnika jeździmy wolniej tylko dlatego, żeby dotrzeć do celu później. 



W przeciwieństwie do tych wszystkich ultra niewygodnych samochodów sportowych, w których dociskamy gaz do dechy tylko dlatego, żeby już dojechać na miejsce i wreszcie wysiąść, bo od ryku silnika boli nas już głowa, a i tyłek od kubełkowego fotela również.


To co w samochodzie typu crossover jest ważne, to z pewnością napęd na 4 koła. U Lex'a z nazwą E-FOUR. Osobiście tylko tą wersję brałabym pod uwagę decydując się na zakup. Bo po kupować crossovera z napędem na przód - no po co?  
Producent deklaruje najnowszą, czwartą generację napędu 4x4. Podobnie jak silnika hybrydowego, który od poprzedników różni lepsza wydajność i oszczędność. W standardzie automatyczna skrzynia biegów i silnik o pojemności dwóch litrów pod maską. W układzie logistycznym dojazdu: dom - praca - dom - w warunkach miejskich - to aż nadto. 


Jeżeli lubicie się bawić dodatkami, kolorami wnętrza i uwielbiacie gadżety - Lexus Was w tej materii nie zawiedzie. 13 kolorów nadwozia do wyboru oraz 15 kombinacji na wykończenie tapicerki od klasycznej bieli po cudnej urody kobalt. Tylko od naszej fantazji zależy czy zatrzymamy ją na wersji wyposażenia ELEGANT czy skorzystamy z ostatnich chwil na wrzucenie w całości w koszty firmowego autka powyżej 150tys i wybierzemy OMOTENASHI.

Jako, że na premierach pięknych luksusowych pojazdów nie samym ich widokiem człowiek żyje, kilka słów o jedzeniu.


Jak zwykle u Lexusa było znakomicie. Na zimno, na ciepło i na słodko. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Królowały dania z ryb, roladki a'la sushi oraz warzywa i surówki w kilkunastu konfiguracjach. Ogólnie ruch w części jadalnej był bardzo duży, goście uśmiechnięci, a i częstotliwość wymiany bemarów i talerzy była znaczna. Świadczyło to jednoznacznie o zadowoleniu przybyłych z usług cateringowych JUREK CATERING.


Ktoś z dociekliwych może zapytać czy był open bar? A był. Coś się tam lało do różnych szklanek, kieliszków i kielonków ale jak prowadzę to nie piję i nie zaglądam nawet. Podobnie jak reszta kierowców nie czułam się absolutnie poszkodowana gdyż swoje stanowisko z pysznymi herbatami miały właścicielki marki LONGMANTEA. Zielone, różane i czarne na zimno i na ciepło. Pycha - serdecznie polecam osobom ceniącym jakość herbat sypanych.


O czym jeszcze warto wspomnieć? Rewelacyjna oprawa muzyczna dwóch arcyutalentowanych pań, które z pomocą dwóch instrumentów: skrzypiec i saksofonu były w stanie zagrać cover każdego przeboju. 


Licznie przybyłe tego wieczoru panie miały również okazję zapoznać się z trendami modowymi na jesień i zimę. Dedykowany na tę imprezę pokaz mody polskich niszowych projektantów zorganizował showroom z Katowic KAGMAG. Hitem wieczoru okazała się prezentacja zwiewnych sukienek na każdą porę roku i okazję od Ewy Miętkiewicz-Ciepły z EMC STUDIO.  Jej sukienki nie tylko królowały na wybiegu ale również poza nim. 


Bardzo dziękuję MM i całemu zespołowi Lexus Katowice za zaproszenie i gratuluję bardzo udanej imprezy.


Copyright © Fancy Life Lover