KALENDARZE ADWENTOWE czyli luksusowe odliczanie do ŚWIĄT!


Grudniowe zjawisko nagminnie występujące we wszystkich social mediach zafascynowało mnie do tego stopnia, że postanowiłam zgłębić temat. Mowa tu oczywiście o szale na różnego rodzaju kalendarze adwentowe. 

Osobiście kojarzą mi się one z powiewem luksusu zza zachodniej granicy z początkiem lat 90-tych. Mini świąteczne czekoladki ukryte w kolorowym pudełku z okienkami - to był mokry sen każdego dziecka w tamtych czasach, a adrenalina towarzysząca podjadaniu słodkości na kilka dni na przód - niezapomniana do dziś. 

SZAŁ NA ODLICZANIE DO ŚWIĄT 

Bazując na tej naszej dziecięcej nostalgii, producenci produktów wszelakich, robią biznes, sprzedając nam magię świąt zaklętą we wspomniane pudełka z okienkami, w środku których kryją się ... 

No właśnie, co się w nich takiego właściwie kryje?

Obserwując histerię i zapłakane w social mediach blogerki, które nie wiedzą co począć dalej ze swoim życiem, gdyż nie dostały wymarzonego kartonika z tajemniczą zawartością, wydawać by się mogło, że skarby w tych kalendarzach kryją się wręcz niepojęte. 

Z drugiej strony. Czytam artykuły w szanowanych pismach takich jak Washington Post, The New York Times czy People o płynącej ze strony klientów lawinie "hejtu" na dom mody Chanel za wtykanie do kalendarza za 800 baksów naklejek, plastikowych bransoletek i woreczka przeciwkurzowego.

Nie ukrywam, że mam spory dylemat, co o tym wszystkim myśleć. To jak to jest z tymi kalendarzami? Są fajne czy jednak niekoniecznie?

chanel.com    

KALENDARZ DLA KAŻDEGO

Krótki research i okazuje się, że na czas świątecznych zakupów rozpoczynających się już od Black Friday, większość firm przygotowała coś adwentowego dla swojego odbiorcy i to absolutnie każdego. 

Znajdziemy kalendarze za kilka złotych z wyrobami czekoladopodobnymi na wzór tych sprzed 40 lat, które ucieszą każdego dziecko. Są również z herbatami, gumkami do włosów, winem, whiskey, skarpetami oraz ..... 

Dedykowane zwierzętom. Nie, nie pomyliłam się, nasze kotki, pieski czy króliki również mogą godnie odliczać czas do Pasterki. Jak już przemówią o północy, temat tegorocznej edycji kalendarza, będzie jak znalazł na nocne pogaduchy ze swoimi właścicielami:

"A wiesz Grażyna w przyszłym roku kategorycznie nie kupuj tego pate z tuńczyka - suchy i taki bez smaku. Krewetki w sosie były znacznie lepsze w edycji 2020, ale ragout z wołowiny w tym roku im wyszło mistrzowsko". 

Hasło na promocję: "Niebiański smak przekąsek, który zbliży Twojego pupila do ludzkiego Boga w 24 dni"

chanel.com     
  
  

BLING BLING

Nie od dziś wiadomo, że „najlepszym przyjacielem kobiety są brylanty” i na taką właśnie okoliczność jubilerzy doskonale się przygotowali i tym razem. Na polskim rynku kalendarze z biżuterią zaczynają się od 799zł, a kończą na 2849zł w przypadku marki YES. Konkurencja nie pozostaje w tyle. Wykorzystując wizerunek Anny Lewandowskiej (tej z trochę za długiej reklamy Apartu), oferuje kalendarz z produkami typu "beads" (taka podróba Pandory) w 20 ratach za jedyne 89,95 miesięcznie - aktualnie na stronie jest już wyprzedarzowa promka.

Za oceanem koszt okazuje się nieco wyższy. W Tiffany & Co. możemy spersonalizować kalendarz reklamowany przez małżeństwo Carter. Cena? Bagatela $150 000,00. Za wymienioną kwotę otrzymujemy drewniany mebel z 24 okienkami, w których znajduje się unikalna kolekcja biżuterii. Produkt ten został już okrzyknięty najbardziej ekstrawaganckim kalendarzem adwentowym 2021 roku na świecie. Cześć dochodu z jego sprzedaży zostanie przeznaczona na cele charytatywne i to bardzo ładnie ze strony Tiffany, bo nie każda firma ma taki gest.

Jeżeli obawiacie się, że Wasze drugie połówki zainspirują się i będą oczekiwać prezentu w cenie wysokości premii prezesa Obajtka, to uspokajam. Najbliższy butik tej marki jest w Berlinie, a kalendarze się już skończyły. 

tiffany.com      


OKIENKA Z URODĄ

Pisząc o kalendarzach adwentowych na bogato, warto wspomnieć propozycjach kosmetycznych. Christian Dior ($550) dostępny wyłącznie w butikach firmowych. Składa się miniaturek kosmetyków, a jego zawartość oceniana jest przez szczęśliwe posiadaczki na mocne cztery w skali Google'a. Za podobną kwotę, czyli ok. 2-3k możemy kupić set od La Mer, Aqua di Parma x Emilio PucciGuerlain. 

  dior.com      


Bardzo chwalony za swoją kompozycję oraz tzw. "price value" jest kalendarz adwentowy przygotowany przez markę YSL. Dostępny w takich sieciach drogeryjnych jak Sephora czy Douglas w cenie 1999zł. 

 yslbeautyus.com 

Dla fanek makijażu na wysokości zadania stanęły również takie marki jak: HudaBenefit, MAC jak i setki innych.

Jeżeli temat Was zafascynował, pełną listę znajdziecie na stronie VOGUE oraz TOWN AND COUNTRY MAG.  

WŁOSOMANIACZKI

Dość spora grupa w social mediach, która "umie we włosy". Jeżeli terminy OMO, olejowanie, wysokoporowatość czy odżywka humektantowa, mówią Wam kompletnie nic, to znaczy, że czas podciągnąć się z wiedzy na temat prawidłowej pielęgnacji skalpu. Oczywiście nic nie pomoże nam w tym lepiej niż profesjonalny zestaw do włosów zamknięty w kalendarzu. Sprawi on, że oczekiwanie na narodzenie Jezusa upłynie w podniosłej atmosferze nakładania aktywatora wzrostu na włosy. Na ten podniosły czas firma z polskiego podwórka, która za sprawą "włosowych kalendarzy" zaliczyła PRową wtopę roku. Okazało się bowiem, że produkty zawarte w zestawach Hair in Balance są w opakowaniach po żelu do dezynfekcji rąk tylko, że sprytnie oklejone. Firma tłumaczyła się duchem zero waste, ale wyraźnie coś "nie pykło", bo produkty wycofano z oferty np. w sieci Rossmann.



Pozostając jeszcze w tematyce włosów nie można nie wspomnieć o luksusowych zestawach świątecznych od marki Balmain Hair Cuture. Inspirowane Paryżem nocą kalendarze występują w dwóch rozmiarach średnim za 560zł oraz dużym w cenie 980zł. Znajdziecie w nich o dziwo pełnowymiarowe produkty oraz logowane gadżety. Całość jest bardzo spójna i przyjemna wizualnie dla oka. Produkty tej marki kupicie na ich oficjalnej stronie oraz stacjonarnie i online w butiku Moliera 2.
balmain.com              


ADWENT

To czas, który do niedawna kojarzył mi się wyłącznie ze znienawidzonymi roratami w podstawówce. Msze, na które trzeba było dymać w mróz, w śniegu po kolana przez czarny jak oczy diabła las, tylko po to, aby zdążyć na 6 rano, a w grudniu to jakby środek nocy. 
Wytrwali za ten heroiczny wyczyn dostawali obrazek z Jezuskiem, czyli bezterminowy karnet open do bram raju.


apart.pl          

Teraz adwent to zupełnie inna bajka. Aktualnie to czas kontemplacji, ale li wyłącznie w wydaniu konsumpcyjnym pod publiczkę. 

Konta influencerów na całym świecie nafaszerowane reklamami jak domowy świąteczny keks bakaliami, każdego dnia wmawiają nam, że nasze życie bez kalendarza jest wprost "chrześcijańsko" niepełne. 

No cóż, takie czasy.

A Ty? Przyznaj się jaki kalendarz przytuliłaś w tym roku?

PS.

Na pierwszym zdjęciu mój osobisty kalendarz marki Waterdrop, który lubi mnie za to, że piszę o nich dobrze i to bez współpracy i pieniędzy. Ja natomiast lubię ich za produkty, które mają w ofercie i nie żałuję wydanych na nie swoich osobistych pieniędzy. 


Tu jest jakby luksusowo czyli KOPI LUWAK!

Dzisiaj artykuł z serii - czego to ludzie nie wymyślą czyli o jednej z najdroższych na świecie odmianie ziaren, bez których połowa ludzkości nie umie prawidłowo rozpocząć dnia.

O czym mowa? 

O kawie o tajemniczej nazwie KOPI LUWAK.

Zwykła kawa?

Teoretycznie rzecz biorąc, KOPI LUWAK to nic innego jak kawa palona z arabiki, uprawnianej w krajach wysp indonezyjskich takich jak: Sumatra, Jawa czy Celebes. Jednak sposób w jaki  pozyskuje się ziarna do jej przygotowania sprawia, że staje się ona najdroższą i najbardziej luksusową kawą na świecie. Cały jej sekret to ekskrementy czyli odchody małych, uroczych i futrzastych zwierzątek z rodziny łaszowatych - łaskuna muzanga inaczej cyweta azjatycka. W Indonezji nazywana również luwakiem. To właśnie od nazwy jej "producenta" kawa zyskała swój przydomek #LUWAK. Przedrostek #KOPI, to lokalna nazwa kawy. W całości i dla zapamiętania: #KOPILUWAK.

Dlaczego kawa przetrawiona i wydalona przez zwierzęta, taka jak KOPI LUWAK czy zyskująca ostatnio na popularności BLACK IVORY COFFEE (kawa z Tajlandii pozyskiwana z ekskrementów słonia azjatyckiego) są opisywane przez ich fanatyków i koneserów smaku jako obietnica wielowymiarowych doznań, cudownych olśnień oraz wyjątkowej inspiracji?

Wyjątkowy smak

Kawa dla luwaka to przysmak, a one same są prawdziwymi jej znawcami. Wyszukują tylko najlepsze i najbardziej dojrzałe owoce arabiki. Zjadają je w całości ale trawią tylko ich miąższ. Nasiono natomiast poddawane jest tylko lekkiej fermentacji przez enzymy trawienne oraz bakterie kwasu mlekowego. Luwak wydala ziarno w stanie nienaruszonym. Z racji tego, że futrzak je na raz więcej niż jeden owoc, jego odchody formują się w charakterystyczny słupek sklejonych ziarenek. Podczas całego procesu trawiennego, kawa traci całą swoją gorycz na rzecz nowego, łagodnego i aksamitnego smaku. I właśnie ten wyjątkowy aromat i bukiet smakowy jest tak wysoko ceniony przez kawoszy z całego świata. Do tego stopnia, że są w stanie zapłacić krocie za jedną filiżankę. W zależności od lokalizacji kawiarni espresso z KOPI LUWAK może kosztować nawet 100zł. Natomiast cena kilograma tych ziaren może sięgać nawet 1500 dolarów.

Oczywiście ziarna przed prażeniem są starannie oddzielane od siebie oraz myte. Dopiero oczyszczone poddawane są paleniu podobnie jak tradycyjna kawa pozyskiwana metodą na mokro lub na sucho (sposób oddzielania miąższu od nasion). Może być ona jasno lub ciemno palona wszystko jest kwestią idywidualnych preferencji spożywającego.


Etyka?

Podobnie jak w przypadku wielu dóbr luksusowych, tak i tutaj mamy wątek natury etycznej. Z uwagi na fakt, że kawa ta przez stulecia zyskała licznych zwolenników, a jej cena na rynkach poszybowała jak aktualny kurs bitcoina, wielu mieszkańców Indonezji, Wietnamu czy Filipin znalazło w niej pomysł na bardzo i bardzo dochodowy biznes. 

Początkowo wysoka cena "kopi luwaka" wynikała z trudności jaka wiązała się z jego pozyskaniem. Ziarna można było znaleźć jedynie w pobliżu siedlisk cywety bądź terenów plantacji. Przeczesywanie przez lokalną ludność terenu w poszukiwaniu ich odchodów była żmudna i mało efektywna. 
Z czasem zamiast odchodów zaczęto szukać samych luwaków celem ich zniewolenia masowej hodowli. Do dziś są zamykane w ciasnych klatkach i karmione wyłącznie kawą. Dzięki takim fermom pozyskanie surowca i to w dużej ilości stało się szybsze i o wiele łatwiejsze. Niestety cywety w takiej niewoli żyją bardzo krótko. W głównej mierze poprzez notoryczne karmienie ich wyłącznie kawą, która w naturze jest jedynie uzupełnieniem ich diety, a nie jej podstawą.

Oszustwa

Nie tylko wątpliwa moralnie jest hodowla luwaków ale i cena kawy sygnowana tą nazwą, którą można kupić bardzo okazyjnie. Z uwagi na fakt, że bardzo niewiele osób na świecie jest w stanie rozpoznać oryginalną kopi luwak od innej arabiki, wielu handlarzy miesza oba rodzaje w niekorzystnych dla płacącego proporcjach. Często zdarza się również, że kupowany kopi luwak jest nim tylko i wyłącznie z nazwy. 
Dlatego jeżeli chce spróbować oryginalnego i prawdziwego "luwaka", kupujcie produkt od zaufanej palarni. Zwróćcie również uwagę czy posiada ona certyfikat pochodzenia, który gwarantuje, że produkt nie pochodzi z nielegalnych ferm.

Czy warto?

Na to pytanie każdy powinien sobie odpowiedzieć indywidualnie. Osobiście jestem zdania, że warto poszerzać swoje horyzonty o doświadczenia a posteriori, a nie twierdząc a priori, że nie, że bez sensu, że nie warte swojej ceny i ogólnie to kolejna głupia fanaberia bogatych. 

Jeżeli lubisz kawę, masz wysublimowane podniebienie, jesteś smakoszem lub zwyczajnie Cię stać, spróbuj i przekonaj się, czy rzeczywiście opinia o tej kawie jest rzetelna. Bez spróbowania nie można powiedzieć, że to kolejny, przereklamowany i przepłacony produkt niszowym, który nie jest wart ani swojej ceny, ani szumu wokół niego.

Jeżeli już się zdecydujecie, pamiętajcie, że każdą ekskluzywną kawę (nie tylko Kopi Luwak) warto degustować bądź kupować tylko i wyłącznie w sprawdzonych miejscach. Tylko takie są gwarantem pochodzenia ziaren oraz ich świeżości. Ma to ogromne znaczenie, ponieważ tylko z takiej kawy powstaje dobrej jakości czarny napar.

Ja osobiście wybrałam palarnię TOMMY CAFE #tommycafe, która od lat specjalizuje się w imporcie oryginalnej kawy KOPI LUWAK z Sumatry i gwarantuje jej bardzo wysoką jakość.

MCLAREN nad Wisłą czyli na co wydać 500+


No i stało się! W kraju mlekiem i miodem płynącym mamy nowe, poważne zmartwienie. Sprawi ono, że noce staną się bezsenne, a my w szponach dylematu życiowego nie będziemy mogli sobie znaleźć miejsca ani w domu ani pracy. 

Co najgorsze, w jego rozwiązaniu nie pomoże nam nikt, a i wszystkie konsekwencje spadną tylko i wyłącznie na nas.

JAK GO SPŁACIMY???


Jak większość europejskich krajów dotkniętych cywilizacją motoryzacyjną, mamy już salony Ferrari, Lamborghini, Rolls Royce, Bentley czy tańszego Maserati. "Dobra zmiana" i lecące pod niebiosa PKB skłaniają rodzimych dealerów do otwierania salonów dla coraz to bardziej egzotycznych modeli i marek. Marek pojazdów dedykowanych wyjątkowo wymagającym kierowcom, których nie kręci już czerwone 911 na czterdzieste urodziny.


Naprzeciw tym oczekiwaniom wychodzi AUTO FUS GROUP i sprowadza na Ostrobramską 73, brytyjskiego MCLAREN'a, markę kojarzoną głównie przez fanów wyścigów Formuły 1 oraz  nielicznych szczęśliwców, którym udało się zobaczyć ten samochód w wersji cywilnej na ulicach Berlina, Londynu czy Wiednia.

McLaren to firma motoryzacyjna, która nie posiadając własnych jednostek napędowych potrafiła z tych pożyczonych od Hondy, Mercedesa czy Renault stworzyć samochód wyścigowy, który wielokrotnie wygrał Grand Prix pokonując Ferrari.


Kilka dni temu wraz z szanownym gronem kolegów dziennikarzy motoryzacyjnych, blogerów, pasjonatów oraz potencjalnych klientów miałam możliwość uczestniczenia w oficjalnej polskiej prezentacji modelu 600LT. 

Jako że byłam na imprezie jedyną zaproszoną kobietą, a nie wyłącznie towarzyszącą ozdobą partnera, mogłam dostąpić zaszczytu odpalenia tej niezwykłej maszyny własnoręcznie. Szczególne uznanie należy się Sebastianowi Schulte - dyrektorowi marketingu McLaren - za odwagę - ot tak wręczył mi kluczyk i się nie bał.  
Albo zdumienie, że się nie bał. Blondynka za kierownicą + rakieta. Iście gotowy przepis na katastrofę.

Stchórzyłam ja. Jakoś oczyma wyobraźni zobaczyłam siebie jak nie ogarniam ręcznego, tych 600 koni i 2,9 sekundy do setki. Jak przelatuję z impetem przez dekoracyjne plexi i wpadam w najlepszym wypadku na nowy model X3 stojący tuż za nim. W najgorszym - na Ostrobramską wprost pod siedzibę POLSAT'u jako hot news z ostatniej chwili. A moje praprawnuki przeklinają sławną babcię robiąc kolejny przelew na rzecz pokrycia strat poniesionych przez FUS GROUP i Miasto Stołeczne Warszawa.


Z moim wzrostem poddanym lekkiemu tuningowi w postaci obcasów, wynoszącym niecałe 190 cm, auto to robi się odrobinę słabo dostępne. Okazało się, że wejście do Mclarena w sposób elegancki i z klasą, zwłaszcza z ww. obcasami i nieprzesadnie długą sukienką, jest baaaardzo trudno wykonalne. A o wyjściu w ten sposób to już w ogóle mowy nie ma. I teraz wyobraźcie sobie, że wszyscy obecni na premierze patrzą na mnie gramolącą się do auta z tą „klasą” i „elegancją” żeby dokonać oficjalnego pierwszego odpalenia zapłonu. Błyskają flesze, kręcą się filmy. No nie ma opcji.

Kulturalnie podziękowałam i dokończyłam rozmowę o nowym projekcie motoryzacyjnym. Tym samym udało mi się zachować  godność damy.


Żeby nie było, finalnie wsiadłam do tego cuda. Z taką ilością klasy i gracji, na jaką tylko można się było zdobyć w tych warunkach absurdalnie niekomfortowych warunkach. A mówią, że luksus nie męczy. Męczy, małe samochody, oślizgłe ostrygi. BLE!

Niemniej jednak samo auto jest wspaniałe. Tu nie jakichś tam półśrodków. Mclaren całym sobą krzyczy, że jest samochodem wybitnym. To prawdziwy supercar, który został stworzony do osiągania na torze czasów niedostępnych dla innych aut. A pisząc "krzyczy", mam na myśli dosłownie krzyk. To pierwsze oficjalne odpalenie bestii i kilka przegazówek na biegu jałowym spowodowało u obecnych szanownych kolegów stan, w którym wszystkie włosy na plecach, od karku po tzw. dolne plecy, stanęły na baczność.


Przy całej wspaniałości tego samochodu w wersji "Longtail", mocy silnika, muzyki dla uszu wydobywającej się z rur dolnych i górnych, karbonowej konstrukcji i ogólnie mega pozytywnego wrażenia. Okazało się, że jednak ma wadę. Jedną.

Pudło - wcale nie chodzi o cenę czyli od 800tys w górę czy tablet na desce rozdzielczej. To już znak czasu i trzeba przywyknąć.

Właśnie wspomniane potencjalne problemy z godnym wsiadaniem i wysiadaniem z tego samochodu sprawiają, że moja decyzja o rezygnacji z jego zakupu jest ostateczna.

Dlatego jeśli jesteście drobnej budowy, nie przekraczacie metra osiemdziesięciu, lubicie szybkość i potrzebujecie kosztów to ten samochód jest stworzony dla Was. 


LEXUS LS 500h czyli kochamy LIMO!


Tak, mam słabość do Lexusa i to z kilku powodów. Po pierwsze bo jest obłędnie luksusowy, dwa nieziemsko komfortowy i trzy absolutnie fantastyczny w prowadzeniu. Bez względu na to czy dostaniecie do ręki kluczyk do serii RX, ES, IS, NX, LX, LC czy tak ja do LS, to w każdym z nich możecie doświadczyć jednego i tego samego:

AN AMAZING EXPERIENCE!

 
Lexus od początku do końca jest marką japońską, która to samodzielnie wkroczyła na rynek motoryzacyjny w dopiero roku 1989. Oficjalnie, już pod własną nazwą, a nie pod płaszczykiem firmy matki czy TOYOTY, prezentuje światu swój pierwszy model samochodu czyli LS 400. Limuzynę, która ma być synonimem luksusu, o czym ma świadczyć pierwsza litera jej nazwy czyli L jak LUKSUS, druga litera oznacza rodzaj nadwozia czyli w tym przypadku S jak SEDAN. 

LS jest perfekcyjną odpowiedzią "Kraju Kwitnącej Wiśni" na panoszące się w tym czasie na rynku: BMW serii 7, MERCEDESA klasy S, JAGUARA XJ czy AUDI A8. Jednak LS jest tylko początkiem japońskiej ekspansji luksusu na rynku samochodów użytkowych. W ciągu kilku kolejnych lat fabrykę w Aichi opuszczają kolejno osobowe: ES 250, SC, GS 300, LX, RX czy IS. Kompakty, coupe, limuzyny czy crossovery, wszystkie bardzo szybko zyskują uznanie klientów, głównie dzięki ich zaawansowaniu technologicznemu, niezawodności i komforcie jakie dostarczają kierowcy i pasażerom. Aktualnie fabryka Leksusa o nazwie TAHARA to 4 miliony metrów kwadratowych powierzchni.


We wcześniejszym artykule pisałam już o Lexusie, a konkretnie LS 600h, który tylko utwierdził mnie w fakcie, że kocham limuzyny i wbrew obiegowym opiniom są to samochody wielozadaniowe, a nie tylko  "wielkie krowy" jak śmią twierdzić niektórzy. Testowy tutaj model LS 500h jest kolejną bo już V generacją tego modelu, która zamienia doskonałe na doskonalsze, dobre na lepsze, a komfortowe na OMOTENASHI. 

Pod maską LS 500 kryje się benzynowe - sześciocylindrowe - widlaste twin turbo o pojemności 3,5l i mocy 417KM (w tej generacji Lexus zrezygnował z wcześniej stosowanych, wolnossących V8) oraz 10-stopniowa automatyczna skrzynia biegów, która zapewnia kierowcy absolutne panowanie nad dynamiką jazdy. LS 500h to połączenie silnika benzynowego z hybrydą o łącznej mocy 396KM z napędem na wszystkie koła, co całkowicie zmienia prowadzenie tego pojazdu zimą.

Dodajmy do tego automatyczne podświetlanie klamek przy zbliżaniu się do pojazdu, pneumatyczne unoszenie auta o 3 cm, automatyczne obniżanie się fotela i pasów bezpieczeństwa dla bardziej komfortowego wsiadania. Dalej "Climat Consierge" czyli system, który wykrywa temperaturę ciała podróżujących, dostosowując ją do tej panującej w samochodzie tak, aby każdy czuł się komfortowo. W tym modelu nie będą nas również "denerwować" drgania deski rozdzielczej i trzeszczące plastiki. Z prostego powodu bo ich w niej nie ma. Za to jest skóra, drewno i ceramika i to w konfiguracji w jakiej tylko sobie wymyślimy.

Jeżeli do tej pory nie zajrzeliście na stronę dealera w celu wypełnienia wniosku SMARTPLAN to lecimy dalej ...


Z uwagi na fakt, że LS od samego początku był tworzony z myślą o klasie BIZNES i VIP, ze szczególną starannością zaprojektowano przestrzeń dla pasażerów. Ten samochód w sposób nieustanny skłania do dylematu czy lepiej być kierowcą czy jednak pasażerem prawego, tylnego siedzenia (dla niewtajemniczonych to według etykiety najbardziej prestiżowe miejsce zajmowane w pojeździe). W LS jest ono m.in. wyposażone w system masażu SHIATSU w kilku opcjach do wyboru oraz funkcją spania dzięki rozkładanemu fotelowi. Maksymalne przesunięcie przedniego fotela pasażera sprawia, że mamy do dyspozycji przestrzeń gwarantującą całkowite rozprostowanie nóg, nawet u osób bardzo wysokich. Wszystkie udogodnienia są na wyciągnięcie naszej ręki gdyż wszystkim sterujemy elektronicznie z touchpada ukrytego w podłokietniku. Pasażerom tylnej kanapy, a raczej w tym przypadku możemy mówić bardziej o otomanie w wersji "full wypas", podróż umila również zestaw multimedialny czyli 11,6 celowe panele LCD w zagłówkach oraz nagłośnienie 3D Mark Lenvision QLI Reference Surround. W skrócie to taki NOSPR na wyłączność, z tą różnicą, że zagra nam to co chcemy czyli od Zenka po AC/DC. 


Nie ukrywam, że uwielbiam limuzyny i przez większość mojego życia kierowcy jeździłam właśnie nimi. Komfort i efekt płynięcia po asfalcie zapewnia wyłącznie ten typ nadwozia. Owszem są minusy, zwłaszcza zimą w klasykach wyłącznie z tylnym napędem jednak wybierając się w podróż powyżej 300km autostradą zawsze wybiorę limuzynę bez względu na to co mi podstawią na podjazd. Powodów jest wiele ale w przypadku LS jest jedna i to przeważająca mianowicie cisza. Zachwycające w Lexusach jest właśnie to, że przy dużej mocy silnika ukrytej pod maską, wewnątrz samochodu nie słyszymy praktycznie niczego. Stojąc w korku kompletnie nic, a pędząc niemiecką autostradą ponad 250h/km można swobodnie prowadzić konwersację szeptem. Jak oni to robią nie wiem ale robią to dobrze. Część z Was z pewnością się nie zgodzi twierdząc, że bulgotanie spod maski, ognie i trzaski z wydechu to jest to o co chodzi w prawdziwej motoryzacji. Może i tak ale do trzydziestki i na krótkim odcinku. 


Wspomniany wcześniej absurdalny wręcz komfort dla kierowcy i pasażerów to stosowana w Lexusie (w ramach opcji oczywiście) filozofia Omotenashi czyli japońskie pojęcie gościnności jako oddanie się całym sercem przyjezdnym. I nie chodzi tu tylko o to, co możemy poczuć i zobaczyć w tym samochodzie ale mnogość niewidzialnych systemów, które czuwają na nad naszym bezpieczeństwem (kamery, detektory, skanery itp. Pod tym względem LS wypada dużo, dużo lepiej niż niemiecka konkurencja.


W moim życiu jest to autentycznie pierwszy samochód, którym wolałam podróżować jako pasażer niż kierujący, a myślałam, że to absolutnie nie jest możliwe. Z pewnością przyczynił się do tego taki mały, malutki czynnik, a mianowicie touchpad sterujący dla kierowcy. No to moim zdaniem Japończykom kompletnie nie wyszło. Fatalnie się tym operuje zwłaszcza przy manewrowaniu po mieście. Jak miałabym możliwość to wybrałabym opcję nawigowania menu z BMW, bez finezji, a działa wybornie.


LA SQUADRA raj dla GASTRO & PETROL head'a!


Wyobraźcie sobie miejsce, w którym wyborne smaki przenikają się z kwintesencją luksusowej motoryzacji. Miejsce, gdzie zostają pobudzone wszystkie nasze zmysły. I pomimo faktu, że znajdujemy się w centrum Katowic, czujemy jakby ktoś nas niepostrzeżenie przeniósł wprost do słonecznej Italii.

Co to za miejsce i skąd się wzięło na mapie Górnośląsko - Zagłębiowskiej Metropolii?




Ulica Bocheńskiego -  jak część z Was doskonale się orientuje, znana jest głównie z gigantycznych korków, giełdy warzywno - owocowej oraz Grupy Pietrzak, która od 1994 roku wzdłuż tej arterii drogowej, otwiera swoje salony samochodowe. I o ile nowe modele Renault, Peugeot czy Dacii nie wzbudzały zbytnich emocji wśród codziennych użytkowników tej trasy, tak wszystko radykalnie się zmieniło się w roku 2013. Z początkiem czerwca przy numerze 109 otwarto pierwszy tak prestiżowy, autoryzowany salon ekskluzywnej marki samochodowej - Ferrari

Nie było w tym czasie osoby, której wzrok choćby na chwilę nie uciekł w jego kierunku. Z nowoczesnej bryły salonu zawadiacko zerkały czerwone i żółte, kultowe modele tej marki. Jedni pukali się w czoło kwitując, że nikt ich nie kupi, a inni kombinowali, jak choćby na najskromniejszego Spidera, bez wiedzy małżonki sobie uciułać. 

Patrząc na dynamiczny rozwój salonu oraz jego wyniki sprzedażowe, okazało, że klientów chcących wydać na samochód milion czy dwa w Katowicach i okolicach wcale nie brakuje.



W ciągu sześciu ostatnich lat salon przeszedł ogromną metamorfozę. Powiększono salę wystawową, dobudowano serwis, blacharnię, lakiernię oraz wprowadzono usługi profesjonalnego detailing'u. Do oferty sprzedażowej na Bocheńskiego 109 wprowadzone zostały również inne luksusowe marki pojazdów. 

W 2016 roku do Grupy Pietrzak dołączyło kultowe, włoskie MASERATI. Salon w Katowicach może szczycić się tym, że jest największy w Polsce. Oferuje swoim klientom m.in, pokój do konfiguracji wymarzonego modelu Ghibli, Quattroporte czy Levante. Jest w nim butik z oryginalnymi akcesoriami marki Maserati. Na miejscu znajduje się również autoryzowany serwis, lakiernia i blacharnia.



W roku 2018 do portfolio dołączyła legendarna marka ALPINE, która specjalizuje się w produkcji samochodów sportowych. Model A110 w wersji Pure, Legende lub OS jest dedykowany klienteli, która czerpie przyjemność z jazdy bez nachalnej ostentacji. To typowe samochody z serii fun. Mały, szybki i w pięknym niebieskim kolorze.


Prędzej czy później, skoncentrowanie w jednym miejscu takiej ilości luksusu, musiało skutkować otwarciem przestrzeni, która umilałaby swoim klientom klasy premium czas oczekiwania na odbiór samochodu z serwisu bądź usługi detailing'u. 

I tym sposobem pojawia się La Squadra. Nazwa nie jest tu przypadkowa. Już od roku 2015 ukazuje się magazyn dla właścicieli i miłośników motoryzacji przez duże M - o tym samym tytule, który wydawany jest przez salon Ferrari. Koncept restauracji połączonej z galerią jest bardzo innowacyjny, nie tylko na mapie Katowic ale i w skali całego kraju. Miejsce, w którym organizowane są wystawy oraz spotkania z wybitnymi twórcami, łączy się z restauracją, do której możemy wpaść na lunch w ciągu dnia, a wieczorem na wyborną kolację.


Pomysł na La Squadrę nie jest ani autorski ani przypadkowy. W 100% inspirowany jest restauracją Montana, która od przeszło 20 lat karmi odwiedzających małe, włoskie miasteczko Maranello, które swoją światową sławę zawdzięcza fabryce samochodów marki Ferrari właśnie. 
Przepis na sukces katowickiej restauracji ma być prosty - sezonowe składniki najlepszej jakości, krótka ale nie nudna karta i dużo dobrego wina. 


Jak się prezentuje się menu La Squadry?

Według mnie każdy prawdziwy entuzjasta kuchni włoskiej znajdzie tutaj coś dla siebie. Dania są starannie dobrane, reprezentują wiele włoskich regionów i przysmaków z nich słynących. Jest spaghetti, risotto, są owoce morze oraz mięsa - głównie polędwica wołowa i trochę drobiu. Jeżeli lubicie carpaccio czy to rybne czy mięsne, to w aktualnej karcie go nie ma, a szkoda bo jak wiadomo dobre carpaccio jako antipasti nie jest złe. W ramach kompensaty są plastry pieczonego indyka w sosie tuńczykowym. Dwa ciekawe makarony gramigna i paccheri według przepisu MAMA ROSSELLA.

Łasuchom polecam semifredo albo suflet czekoladowy oraz klasykę gatunku - tiramisu. Czy La Squadra zdała test espresso? Zdała. Kawa gorąca i aromatyczna, we właściwym rozmiarze z delikatna pianką na wierzchu. Duży plus również za znakomitą wodę GALVANINA, którą osobiście uwielbiam, a którą bardzo rzadko można zamówić we włoskich restauracjach, gdzie niepodzielnie rządzą Aqua Panna i San Pellegrino.



Cechą charakterystyczną tego miejsca jest sposób jaki goście umilają sobie czas oczekiwania na zamówiony posiłek. Pojedynczo lub gromadnie opuszczają stoliki i udają się do części wystawowej, gdzie mogą podziwiać prawdziwe perełki światowej motoryzacji. Cieszą oko nowsze i starsze modele Ferrari, BMW, Mercedesa czy Maserati. Możemy sobie pstryknąć fotkę lub wypytać o kilka szczegółów technicznych kogoś z obsługi.

Co odważniejsi zapuszczają się w dalszą część salonu, gdzie można już śmiało zamawiać upatrzony model. Jak nas chwilowo nie stać, to mamy okazję powzdychać sobie do pięknej Californii, wizualizując siebie za jej kierownicą - pędzącego w korkach.

Zawsze to lepsze niż wzdychanie do Dacii Logan.




Limuzyna może wszystko czyli LEXUS LS 600h


Recepta na udane wakacje z dreszczykiem emocji? Wyobraźcie sobie sytuację, że planujecie urlop z piaskiem w tle, i nie mam tu na myśli "all inclusive" w Egipcie. 

Czeka Was niesamowita afrykańska przygoda. Rajd. Trasa obejmująca dystans 11 500km do pokonania w dwa tygodnie - bo urlopy w korpo dość krótkie dają. W jedną stronę 5500km przez Maroko, Saharę Zachodnią, Mauretanię, Algierię do Tunezji by promem wrócić do Europy i przyjechać do Polski.

Możecie sobie wylosować samochód. W szklanej kuli są specjalne terenówki, SUV'y i Jeep'y i tylko jedna limuzyna, którą to właśnie wy wylosowaliście.

Czy to koniec wymarzonego rajdu przez pustynię? NIE - to początek przygody dla tych, którzy potrafią pojechać wszystkim i wszędzie i to bez zbędnego marudzenia - mając jedynie pod ręką lodówkę z zimnym napojem, co na pustyni jest jakby trochę ważne. I super sprawną klimatyzację.





Dla osób, które średnio się orientują czym w rzeczywistości jest LEX LS 600h przybliżę kilka szczegółów. 

To duża Toyota, produkowana w Japonii od 1989 roku. Co ciekawe jest oficjalną limuzyną rodziny królewskiej z Monaco - używają tych nieco dłuższych z dopiskiem L (Landaulet) i bardziej zaawansowanych technologicznie stosownie do pełnionej funkcji (na wzór The One Cadillac - czyli Bestii za oceanem).

Testowany przeze mnie model to już III wersja LS z roku 2008, który miał jedynie mały lift w roku 2009 i nieprzerwanie był produkowany nieprzerwanie i w niezmienionej postaci aż do 2017 roku.
Taki stan rzeczy cieszy każdego posiadacza drogiego auta. Nawet po 10 latach masz cały czas aktualny model. Nie jak w konkurencyjnych brandach co rok kolejny lift, który nie dość, że wprowadza w depresję, że już nówki nie mamy i kreśli widmo zaciągania nowego leasingu, to również obniża wartość naszego maleństwa, o kolejne kilkanaście procent pomimo, że to nie ma jeszcze roczku i choćby ani jednej ryski na lakierze.


Passo del Stelvio

Wychowana na E60 i XJ rasowa "kierowniczka" limuzyn, czyli typowych damskich samochodów - tak, podobno takie istnieją i są w kolorze niebieskim z wielkością tego auta nie miałam żadnych problemów. Gorzej czułam się w Smarcie i C1 mając w zasięgu ręki, głowy i łokcia innych użytkowników drogi. I śmierć w oczach. Dosłownie.

Jest duży i ciężki bo waży prawie 2 tony. Poczucie luksusu i bezpieczeństwa jest wszechogarniające. Ba, przytłaczające wręcz. Dodatkowo wpływa na nie świadomość, że silnik napędza wszystkie koła.

Wsiadasz i już czujesz, że jest ultra wygodnie. Mając w świadomości 5 litrów pod maską i prawie 450KM wciskasz guzik start (no dobra nie jestem przyzwyczajona - taki system zmusiłby mnie do posiadania jednej torebki albo ciągłych poszukiwań kluczyka za 5 minut ósma - czyli odpada) i ...

I nic. Cisza absolutna. Myślisz, że komputer się zawiesił, przycisk nie działa. Auto nie odpala. W głowie już faktura za naprawę. Próbujesz jeszcze 2, 3 i 4 raz. To tylko "japończyk". Ładny ale może niekoniecznie skuteczny. Lexus pokazuje jednak jak wół na pulpicie "READY".

AHA - już wiem, to hybryda przecież i nie będzie muzyki dla uszu. W ramach rekompensaty za straty moralne, płynące z braku jedwabistych dźwięków wspaniałego widlastego silnika o ośmiu cylindrach od pierwszej za kierownicą wjedziemy do centrum każdej europejskiej stolicy za free.



Hybrydy ciszy czar nie trwa za długo. Gaz do dechy i ukryta pod maską V8 daje o sobie znać. Prawy pedał wciskany z odpowiednią siłą sprawia, że ta masywna konstrukcja potrafi się rozpędzić w 6 sekund do setki i zatrzymać licznik na 300km/h. Tylko, że to wyłącznie na niemieckich autostradach i z pomocą kogoś od jakichś tam zakładanych blokad czy coś. 

Auto sunie po drodze z zadziwiającą ... jedwabistością. Jest niesamowicie lekkie w prowadzeniu. Poziom komfortu jest tak duży, że poczucie wyizolowania od warunków drogowych jest absolutne. Nie czujesz dziur w drogach i zapominasz o koleinach.

Bajka.

Maksymalnie wyciszone wnętrze sprawia, że jazda, nawet bardzo długa, nie męczy. Kiedy mamy tyle mocy pod nogą moglibyśmy poniżać innych użytkowników dróg pokazując im gdzie ich miejsce. Tylko, że nie chcemy. Bo po co? Jedziesz Lexusem LS600h i już nikomu nie musisz nic udowadniać. 

I chyba najbardziej w autach z dużą mocą lubię właśnie to, że nic nie musimy, a możemy wszystko.




Czyli podsumowując: duże, komfortowe, szybkie, bezpieczne i z bajerami (wentylowane i podgrzewane fotele), dużo guzików do zabawy np. zawieszeniem, 4 strefowa klimatyzacja, lodówka na 5 puszek czegoś bez alkoholu co doda Ci skrzyydeł. Wszystko to mamy w ramach średnio 10l spalanych na każde 100km. Czyli tragedii nie ma.

Wizualnie? Jak na samochód z wizją z roku 2006 wciąż wygląda bardzo dobrze i nie trzeba do niego wsiadać z zamkniętymi oczyma. Owszem aktualna generacja powala i wyrywa z butów jednocześnie ale poprzednik w dalszym ciągu jest super.

Na zakończenie wyobraźcie sobie opis trasy w ramach afrykańskiej przygody naprawdę dotyczył LS 600h. Naprawdę jeździł on po pustyni i wrócił cało ze swoim właścicielem. Mi dane było spędzić w nim trochę czasu jedynie na polskich drogach. 

Pokorny wóz z niepokornym właścicielem, przebyli ze sobą asfalt, bezdroża, pustynię, góry niskie i wysokie. Każdego dnia udowadniając mieszkańcom stolicy, że wszystkie ograniczenia rodzą się w głowie i nawet z LS'a można zrobić miłe miejskie autko.

T.P - dziękuję
Copyright © Fancy Life Lover