The Collection's toys czyli MONO CAFÉ!

 


Nie ma chyba w Polsce osoby, która byłaby zakręcona na punkcie motoryzacji i nie znała the.collection. Jego słynny już garaż znajdujący się w poznańskim City Parku nie pozostawia obojętnym nikogo, a zwłaszcza rasowego petrolhead'a. 

THE.COLLECTION

Joseph Ammisah - bo o nim tu mowa, szturmem zdobył social media kilka lat temu. Serdeczny i uśmiechnięty. Zaraża swoich obserwujących niesłychaną pasją do samochodów oraz ogromnym optymizmem. Każdego dnia pokazuje niemal stutysięcznej rzeszy fanów swoje nowe projekty, kolejne super samochody oraz cząstkę życia prywatnego. 

Dzięki niemu mamy szansę "odwiedzić" najlepsze i najdroższe: salony samochodowe, restauracje oraz hotele w Polsce, Europie i na świecie. Pokazuje nam również swoje pasje i wyzwania, z jakimi się mierzy każdego dnia.



Na czym polega fenomen tego nietuzinkowego gościa? Z pewnością na jego osobowości. Otwarty, gadatliwy, chętnie i cierpliwie pozujący do zdjęć na tle swoich super fur. Pomimo tego, że jest obrzydliwie bogaty i mógłby jeździć Phetonem na tylnym siedzeniu, chodzić po mieście w otoczeniu rosłych ochroniarzy i patrzeć na wszystkich z góry, wybrał zupełnie inną drogę. Porzucił "wielki świat" dla Poznania, aby być bliżej swojej córki. I to w Poznaniu właśnie rozwija swoją samochodową kolekcję, stając się niemal atrakcją turystyczną tego miasta.

Bycie social mediowym celebrytą i dużą rozpoznawalność przekuwa w czynienie dobra. Organizuje akcje charytatywne, koncerty, rajdy i pokazy samochodów, a każdy z tych eventów niesie za sobą szczytny cel. 

"SAME SAME BUT DIFFERENT"

Dlatego nieważne czy jesteś dzieciakiem, spotterem, kolekcjonerem aut lub opierasz swój biznes na motoryzacji, to z pewnością, znajdziesz z the.collection wspólny język. To właśnie Joseph jest autorem kultowych w sieci ujęć odbijającej się sylwetki przejeżdżającego samochodu w witrynach sklepowych czy codziennego cardio na ręcznej myjni samochodowej. 

Sam autor chętnie udostępnia te "virale" na swoim profilu, tytułując je zawsze "same, same but different".


MONO CAFÉ W POZNANIU

Płynący na fali popularności Joseph nie odcina od niej wyłącznie. Jako rasowy inwestor i biznesmen wie doskonale, że "money makes money" dlatego przeniósł swój podziemny garaż w City Parku o jeden poziom wyżej, otwierając miejsce spotkań dla motoryzacyjnych freaków o nazwie MONO CAFÉ. To concept łączący w sobie kawiarnię oraz showroom z coraz większą ilością gadżetów sygnowanych logo the.collection. Jego centralnym punktem jest ekspozycja na jeden z samochodów należących do Josepha lub jego przyjaciół. To również sala konferencyjna jako miejsce spotkań biznesowych z motocyklami jako uzupełnienie tego dość wysmakowanego wnętrza.



Podczas mojej wizyty w Mono, w jej wnętrzu był zaparkowany żółty McLaren P1. Jednak ekspozycja w kawiarni jest na tyle dynamiczna, że nigdy nie wiemy jaki widok cuda motoryzacji nas w niej zaskoczy. Biorąc pod uwagę fakt, że the.collection przyjaźni się z takimi kolekcjonerami super aut jak collector73 czy Szymon Banaś, to źródło zachwytu może okazać się kompletnie niewyczerpywalne. 

I nie mówimy tu o stunningowanych przez Sebę "beciach", tylko rasowej i niszowej motoryzacji jak: Koenigsegg, Pagani, Bugatti, Bac Mono ...

KAWA I DESER

Auta autami, ale kawiarnia bez kawy to nie kawiarnia. Może oferowane tutaj "proste ziarna" z Brazylii niekoniecznie współgrają z hiper ekskluzywnością tego miejsca, ale były zaparzone poprawnie i w dobrej jakości ekspresie. Niewątpliwą urodą przyciągają uwagę mono desery, których smak był iście kompatybilny z ich wyglądem. Jeżeli nie jesteście fanami słodyczy, możecie skorzystać z karty przekąsek na słono. 

Z całą pewnością największą uwagę przykuwa wnętrze tego lokalu. Bardzo przemyślane z idealnie współgrającymi ze sobą elementami. Jednym słowem jest pięknie.


CITY PARK 

Wielkim niedopowiedzeniem byłoby pominięcie informacji, w jakim miejscu znajduje się opisana tutaj Mono Cafe. City Park Hotel & Residence to zrewitalizowana przestrzeń po XIX wiecznych koszarach wojskowych. W efekcie końcowym powstało swoiste "miasteczko" łączące w sobie bogatą historię oraz nowoczesność w luksusowym wydaniu. Mieszczą się tutaj: hotel, mieszkania, SPA sklepy oraz rozbudowana oferta gastronomiczna. 

Ale o tym już w kolejnym artykule.

MICROTEA czyli gorąca nowość od WATERDROP!


Kiedy pisałam w maju o WATERDROP, nie sądziłam, że marka tak często zaskakuje swoich klientów nowościami. Oprócz nowych smaków microdrinków, regularnie są wypuszczane również limitowane edycje butelek szklanych oraz ze stali nierdzewnej. Ich design tworzony jest przy współudziale uzdolnionych projektantów takich jak ANNA RUDAKHVASS & HANNIBAL czy ATELIER KARASINSKI. W letniej kolekcji pojawiły się również butelki inspirowane działami wybitnego austriackiego malarza GUSTAVA KLIMT, na których znajdziemy m.in. światowej sławy obraz "Pocałunek".*

źródło: nl.waterdrop.com                   

Dzięki takim działaniom marka bardzo umiejętnie stymuluje chęć nabywania przez Klientów kolejnych butelek, w celu nieustannego wzbogacania swojej kolekcji.

Kiedy mój zbiór przekroczył już ilość sześciu sztuk, postanowiłam chwilowo wstrzymać kupowanie kolejnych limitowanych butelkowych perełek, by móc w pełni nacieszyć się tymi już zdobytymi wcześniej. Wstrzemięźliwość ta miała trwać mniej więcej do wiosny aby wraz z nowym sezonem wystąpić z jakąś kolejną szałową nowością z niebanalnym printem. 


Niestety cały mój misterny plan został skutecznie zrujnowany przez kolejny newsletter Waterdrop, w którym to uprzejmie poinformowano o najnowszej propozycji na sezon jesienno-zimowy czyli napojach serwowanych na ciepło o kuszącej nazwie #microtea. Oczywiście wraz z pojawieniem się w ofercie nowych dropów, nie mogło również zabraknąć naczyń do godnego jej spożywania. 

I kolejny już raz w batalii zdrowy rozsądek versus mania kupowania wygrała jak zwykle ta ostatnia. Jedynym pocieszeniem jest fakt, że będąc członkiem grupy na Facebooku skupiającej w sobie miłośników marki, zauważyłam, że nie jestem osamotniona w tym nałogu. Co więcej, są tam gorsze przypadki od mojego, duuuuużo gorsze.


Mimo wszystko aby zachować resztki godności i honoru wobec siebie, postanowiłam kupić tylko i wyłącznie jedno nowe naczynie. Tym razem padło na kubek termiczny. Co prawda zdecydowanie się na wybór tego konkretnego pod względem koloru i pojemności, zajęło mi trochę czasu ale nie na tyle dużo aby odejść ze sklepu z kwitkiem. Jak się okazało, niepohamowanych zakupoholików jest cała masa. Kubki wyprzedały się do zera w ciągu kilku dni pomimo, że były dostępne aż dwie pojemności i to w sześciu różnych wariantach do wyboru.

źródło: pl.waterdrop.com        

Nowe herbatki od WATERDROP idealnie się sprawdzą w czasie, w którym temperatura na zewnątrz jest nieszczególnie zachęca do spożywania zimnych napojów. Ciepła herbata natomiast to zupełnie coś innego. 

Występują w trzech wariantach smakowych:

ORIENTAL SPICE

FRUIT FUSSION

WHITE BLOSSOM

Każda z nich oferuje inne walory i doznania smakowe. Oriental Spice ma wyrazisty i intensywny smaku imbiru i chilli z dodatkiem prozdrowotnej kurkumy. Fruit Fussion to owocowy smak jagody w połączeniu z hibiskusem i dziką różą. White Blossom natomiast łączy w sobie delikatną białą herbatę z kwiatem lipy i jagodą.

Moim zdecydowanym faworytem jest Oriental Spice, który jest wprost idealny na aktualny sezon grypowy oraz pobolewające gardło.


W momencie kiedy miałam kończyć ten wpis, otrzymałam kolejnego maila - tym razem z nowościami świątecznymi. Kolekcja MERRY to połączenie aromatycznego jabłka i pomarańczy z nutą cynamonu. Oczywiście najlepiej smakuje serwowana w zielonych szklankach bądź w szklanej butelce z ośnieżonym szczytem w tle. Zestawy utrzymane w świątecznym klimacie, idealnie sprawdzą się jako gwiazdkowe prezenty, podobnie jak kalendarze adwentowe z niespodzianką w każdym okienku.

źródło: pl.waterdrop.com                       

Niezmiennie korzystając z poniższego linka otrzymujecie 25zł rabatu na całe zakupy:

https://prz.io/PgvoQlSm

*wszystkich tych, których zafascynowała twórczość Gustava Klimta odsyłam do muzeum mieszczącego się w wiedeńskim kompleksie pałacowym Belweder, gdzie podziwiać można najsłynniejsze austriackie działa sztuki. 

To właśnie tam znajdziecie działa Klimta, Schiele czy Kokoschki, a plusem pandemicznych czasów jest to, że wystawy są teraz dostępne w formie wirtualnego (darmowego) zwiedzania, do którego serdecznie zachęcam.

PILAWSKI czyli LOVE ME NOT!


          Jest w Katowicach ulica, na którą żaden turysta przypadkowo nie trafi. Głęboko ukryta w dzielnicy Szopienice - Burowiec, skrywa bogatą historię, o której wiedzą wyłącznie nieliczni. 

Stolica Górnego Śląska niemal każdemu spoza województwa, kojarzy się wyłącznie z kopalnią Wujek, strajkującymi górnikami i ewentualnie Spodkiem. Niektórzy tylko kojarzą dzielnicę Nikiszowiec, NOSPR czy Międzynarodowe Centrum Kongresowe 



Natomiast ulica Porcelanowa, bo o niej właśnie mowa jest absolutnie fascynująca i wyjątkowa w swoim rodzaju. Swoją rewitalizację zawdzięcza Fundacji Giesche, która od 2012 roku tworzy na niej park technologiczny "PORCELANA ŚLĄSKA PARK", który łączy ze sobą industrialną przeszłość tego miejsca z nowoczesnym tchnieniem. 

To teren, na którym w latach 20-tych XX wieku powstała pierwsza na Śląsku fabryka porcelany przemysłowej. Założona została przez braci Czuday ma pełną wzlotów i upadków bogatą historię, którą mamy dzisiaj wprost na wyciągnięcie ręki.



Obecnie, w odrestaurowanych budynkach pofabrycznych znajdują się prestiżowe lokale biurowo - usługowe. Spacerując uliczkami wzdłuż kompleksu możemy w nim odnaleźć niszowe sklepy, biura projektowe czy agencje reklamowe. W sklepie firmowym możemy kupić porcelanę marki PORCELANA BOGUCICE, która kultywuje tradycję jej produkcji w tym miejscu.

W Fabryce Porcelany organizowane są wydarzenia kulturalne, muzyczne, pokazy mody oraz lekcje historii. 

Miłośnicy dobrej kuchni będą zachwyceni odwiedzając przy okazji PRODIŻ BISTRO & NERO. Klimatyczne wnętrze restauracji, krótka karta menu oparta na wyśmienitych produktach to najkrótsza pozytywna recenzja jaką mogę w tym miejscu na teraz napisać. Miejsce wprost idealne na biznesowy lunch z kimś kogo chcemy zaskoczyć jak mogą inaczej wyglądać Katowice.

Ja natomiast na Porcelanowej znalazłam jego - BARTOSZA PILAWSKIEGO - projektanta młodego pokolenia, który swoim entuzjazmem odczarowuje moją wrodzoną niechęć do robienia zakupów w stacjonarnych butikach. 

Otwarty i uśmiechnięty, chętnie opowiada o swoich projektach i planach na przyszłość.




Bartoszu, skąd pomysł na stworzenie marki modowej?

"Może nikogo to nie zaskoczy, ale już w dzieciństwie interesowała mnie moda. Pamiętam, że jako dzieciak przeglądałem kolorowe magazyny, który wywoływały we mnie fascynację. Cała moja historia, to tak naprawdę pasja którą rozwijałem na przestrzeni lat. Moje pierwsze projekty powstawały na przełomie szkoły średniej. Wtedy też zacząłem poznawać ludzi z branży modowej, którzy dodatkowo napędzali mnie i inspirowali swoją zajawką. Moda na dobre stała się częścią mojego życia, kiedy zamieszkałem na studiach w Warszawie i zdobywając kolejne staże, a z nimi doświadczenia powstała wizja marki która oddaje mnie samego. Moda jest nie tylko moją pracą, ale także hobby. Obserwując ją przez te wszystkie lata i nabierając doświadczenia powstał w mojej głowie koncept, który miał odpowiadać potrzebą ludzi lubiącym wygodę i wielofunkcyjne rozwiązania. Szukając inspiracji do form, materiałów oraz printów powstała marka, która stawia na unisexowe podejście do ubrań, wielofunkcyjne rozwiązania i możliwość wystylizowania jednej rzeczy w wielu odsłonach. Powstała marka, której mi osobiście gdzieś na Polskim rynku brakowało, trochę zaspokoiłem tym samym swoje potrzeby".



Do kogo skierowane są Twoje kolekcje, kim są klienci?

"W swoich projektach staram się nie faworyzować żadnej grupy wiekowej. Moje projekty są skierowane dla osób, które lubią przełamywać klasyczne fasony i kolory, odważnymi printami, tworząc tym samym w stylizacji nietuzinkowe połączenia. Klientami mojej marki są zarówno ludzie bardzo młodzi, którzy szukają wygodnych i ciekawych rozwiązań na co dzień, ale też dużą ich część stanowią dojrzałe kobiety, które przy kobiecych stylizacji wykorzystują proste formy."



Inspirujesz się innymi markami czy jesteś inspiracją dla konkurencji?

"Jeżeli chodzi o inspirację, to tak oczywiście, że jest wiele projektantów, którzy inspirują mnie swoimi kolekcjami czy projektami. Czerpie również inspiracje z otaczającego mnie świata, tak właśnie powstała kolekcja „Wild Heaven”. Ciężko jest mi jednak odpowiedzieć czy ja sam i moje projekty są inspiracją dla innych. Oficjalnie na rynku moja marka jest dosyć krótko i cały czas jeszcze ciężko pracujemy wraz z moim zespołem na jej dobre imię. Wydaje mi się, że przed nami jeszcze długa droga bym mógł powiedzieć, że jestem inspiracją dla innych."



Jak wygląda rozwój firmy, kto w niej pracuje?

"Przez ten niedługi okres firma poszerzyła się o nowych pracowników i nowe działy. Zaczynałem sam wraz z drugim założycielem Rafałem Wyszyńskim. W tym momencie, w głównym butiku który jest również pracownią, w której powstają wszystkie kolekcje współpracuje wraz z moją niezastąpioną asystentką Lindą Golińską, która również jest mózgiem wszystkich większych projektów mojej marki. Mamy dział produkcji, którym zarządza Błażej. To dzięki niemu szyjemy na wyselekcjonowanych Polskich tkaninach, a każdy projekt pod względem technicznym jest na najwyższym poziomie. Wymieniając nasz skład nie mogę pominąć naszej krawcowej Ani, która nadaje moim wizją kształt i zamienia je w ubrania, które widzicie na wieszaku."


Jakie są plany rozwoju marki?

"Obecnie jesteśmy w trakcie planowania kolejnej kolekcji. Tak jak wspomniałem wcześniej, cały czas rozwijam swoja markę. W tym roku udało nam się zrobić kilka fajnych projektów dla takich festiwali jak Tauron Nowa Muzyka czy Open’er

Kolejne tego typu plany nie są jeszcze sprecyzowane".

Gdzie możemy kupić Twoje projekty?

"Na chwilę obecną skupiam się na sprzedaży w Polsce. Dział sprzedaży tak jak cała reszta rozwija się małymi krokami. Zaczynaliśmy od jednego butiku i stopniowo moje kolekcje pojawiały się w różnych stacjonarnych concept storach w Warszawie jak: Galeria Mokotów, 
Pasaż 13, Galeria Echo oraz sklep firmowy w Fabryce Porcelany w Katowicach.

Ubrania można nabyć również online w showroom.pl i pakamera.pl oraz oczywiście na stronie domowej PILAWSKI.PL.

Nie wykluczam, że kolejnym etapem rozwoju będzie pojawienie się w butikach zagranicznych".


Z projektami Bartka jak i nim samym spotkałam się już jakiś czas temu i od tego momentu nieprzerwanie śledzę jego nowe kolekcje. W projektach bardzo cenię ich wygodę i casual'owe rozwiązania. Uwielbiam jego t-shirty, które nie naciągają się po drugim praniu oraz mega wygodne oversiz'owe bluzy z praktycznym otworem na kciuk, który idealnie sprawdza się chłodniejsze dni.  

Nowe projekty, zdjęcia z sesji oraz kampanie video możecie obserwować w prężnie działających mediach społecznościowych Pilawskiego: INSTAGRAM i FACEBOOK.

Z marką PILAWSKI od początku związana jest m.in. Magdalena Boczarska, która jest również twarzą najnowszej kolekcji "I'M NOT GON' STOP". Ubrane w płaszcze, bluzy i sukienki w charakterystyczny monogram Pilawski możecie również zobaczyć Dodę, Małgorzatę Rozenek, Patrycję Kazadi, Natalię Siwiec czy Fablujus.


Sam projektant i jego zespół są również współtwórcami największego wydarzenia modowego jakie kiedykolwiek zorganizowano na Śląsku czyli KTW FASHION WEEK

Od dwóch lat Fabryka Porcelany przemienia się w królestwo mody. W ciągu 4 dni odbywają się liczne pokazy i imprezy towarzyszące. Do Katowic zjeżdżają się aktorzy i celebryci, którzy podziwiają nowe kolekcje młodych talentów jak i znanych i uznanych polskich marek. Impreza na której warto być jeżeli uważamy się za miłośników mody, ciekawych projektów i osobowości.


Aktualnie w butiku flagowym w Katowicach oraz na stronie internetowej pilawski.pl jest już dostępna nowa kolekcja o nazwie LOVE ME NOT, której motywem przewodnim są: charakterystyczne dla projektanta tkaniny w monogram, przeźroczystości oraz skóra. Większość ubrań jest utrzymana w czarnej tonacji ale pojawiają się również: biel, tie die oraz czerwień. 




Włochy w gębie czyli SISI RISTORANTE!


Szczyt sezonu w miejscowościach turystycznych właśnie przed nami. I to w wymiarze oraz okolicznościach, z którymi branża gastronomiczna musi się zmierzyć po raz pierwszy w swojej historii. Nowe wytyczne oznaczają, że tłumy wygłodniałych turystów będą znacznie większe, bo po pierwsze rodacy zostaną ograniczeni do wyłącznie krajowego wypoczynku, a dwa, że liczba miejsc w lokalach ze względów epidemiologiczno-sanitarnych uległa radykalnemu zmniejszeniu. Pomimo tych trudności ludzie i tak będą szturmować restauracje, o czym świadczy chociażby ostatni czerwcowy weekend w Ustroniu. 



To pięknie położone w Beskidzie Śląskim miasteczko, z roku na rok coraz bardziej zyskuje na swojej turystycznej popularności. Zasługą tego jest niewątpliwie fakt, że w przeciwieństwie do pobliskiej Wisły, droga do Ustronia jest dwupasmowa. Wjazd do centrum Ustronia zajmuje dosłownie kilka chwil bez konieczności stania w minimum godzinnym korku jak to ma miejsce w przypadku dojazdu do Wisły właśnie. Nie chcąc marnować weekendowego czasu wielu przyjezdnych decyduje zakończyć podróż w Ustroniu. Dostrzegające zapotrzebowanie turystów na nowe atrakcje władze miasta każdego roku starają się ubogacić kurort w coś nowego. I tak, odnowiono całkowicie amfiteatr, wybudowano muszlę koncertową na rynku, odświeżono ścieżki rowerowe. W tym roku natomiast na nowo zagospodarowano plażę przy deptaku nad rzeką Wisłą. Huśtawki, bujawki, nowy asfalt i ławki zachęcają "wałowych" spacerowiczów do siebie jeszcze bardziej. 


Jednak bez względu na ilość oferowanych przez Ustroń aktywności i rozrywek, każdy turysta dochodzi do momentu głodu absolutnego, który to nie pozwala na cieszenie się pięknymi widokami i czerpania energii wyłączenie ze słońca. Zawsze przychodzi moment wyboru punktu gastronomicznego. Jak na miejscowość górską, większość przyjezdnych nie wyobraża sobie innej opcji niż obfity obiad w karczmie. Musi być kotlet z frytkami, placki ziemniaczane, grillowane oscypki czyli serki typu górskiego. Wszystkiego dużo, a i piwa obficie - ot taka definicja beskidzkiego "dream obiadu". 


Ale czy Ustroń tylko karczmami stoi? Otóż nie. Jak wiadomo, drugim po kotlecie polskim daniem narodowym jest oczywiście pizza. Przybytków gastro typu włoskiego jest w tym mieście całkiem sporo. Pomińmy może te, gdzie grubość ciasta jest na palec, mozzarellę udaje produkt seropodobny, a szynkę - mielonka za 10zł/kg. Jeżeli lubicie prawdziwą włoską kuchnię, to do wyboru w Ustroniu macie wyłącznie dwie opcje:

MELISSA - restauracja, którą znają tutaj najstarsi górale. Od 1993 roku niezmiennie prowadzi ją ten sam włoski właściciel - Francesco Balice wraz z małżonką. Karta jest tu dość krótka i bardzo niechętnie przez Francesco odświeżana, bo i po co - skoro wszystko dobre i sprawdzone. Pizza, makarony, mięsa, owoce morza czyli włoski konkret. Większość dań przygotowywana jest na oryginalnych, włoskich produktach.  Ja od lat prawie 30 lat wciągam jedną i tą samą sałatkę o nazwie Del Sole, którą wszystkim bardzo serdecznie polecam.



SISI PIZZERRIA E RISTORANTE - pomimo tego, że została otwarta wiele, wiele lat po wspomnianej powyżej Melissie, bardzo szybko zyskała pochlebne opinie odwiedzających ją gości. Zarówno tych przypadkowych poszukiwaczy dobrego smaku, jak i zawodowych wyjadaczy. O swojej wizycie w SISI dość obszernie wypowiedziała się uwielbiana przeze mnie Magdalena Grzebyk - autorka bloga, FB oraz Instagrama o nazwie "Krytyka Kulinarna". 

Jak Pani Magda oceniła swoją wizytę w SISI, możecie przeczytać tutaj:
https://krytykakulinarna.com/sisi-ustron-gdzie-jesc/


Ja w przeciwieństwie do Pani Magdy odwiedzam SISI dość regularnie i moje spostrzeżenia opieram na kilkuletniej już przyjaźni, a nie jednorazowego wrażenia. Ale mimo tej drobnej różnicy nasze odczucia są niemal identyczne. Głównymi atutami dla tego lokalu są niewątpliwie: oryginalne włoskie produkty, kunszt ich przetworzenia oraz miłe i doskonale zorientowane w menu kelnerki. Całość dopełnia urządzone ze smakiem wnętrze oraz zapach pieczonej pizzy dochodzący z opalanego drewnem pieca, który w tym roku został wymieniony na nowy. Lepszy i to taki w kategorii piecowych Maybachów podobno.


Z uwagi na fakt, iż nie jestem urodzonym mięsożercą, nie będę się zbytnio rozwodzić nad krwistą częścią karty. Nie napiszę jak smakuje Bistecca alla Florentina czy Lombo. Dla mnie w każdej restauracji liczą się przede wszystkim: owoce morze, sery (im twardsze i bardziej śmierdzące tym lepiej), desery wymyślne oraz włoskie podsumowanie każdego dobrego posiłku czyli kawa. Absolutnie nie mam tu na myśli fikuśnego latte czy cappuccino, które jak nie wszyscy wiedzą, są kawami spożywanymi na Półwyspie Apenińskim przez "lokalsów" wyłącznie do śniadania. Chodzi tu o kwintesencję tego napoju - aromatyczne, delikatnie spienione na wierzchu i podane w podgrzewanej filiżance - diabelnie mocne espresso. 


Dla mnie, absolutnym hitem tego lokalu jest sałatka o nazwie "Gamberetti" czyli po naszemu swojska "krewetkowa". Uwielbiam ją za całokształt smaku i objętości. Znajdziemy w niej krewetki dużego kalibru, awokado, pomidory, owoce cytrusowe, melona, roszponkę, rukolę, grillowaną cukinię z delikatnym dressingiem i dobrej jakości parmezanem na finiszu. Sałatka ta może spokojnie uchodzić za drugie danie, gdyż bogactwo składników w niej zawartych jest bardzo sycące. 

Na zdjęciu poniżej widać jak owa sałatka ewaluowała na przestrzeni lat. Niestety w odsłonie z nowej karty, jakby się nieco skurczyła i jakby brakuje w niej tego pysznego parmezanu ale i tak pycha.

Cena 39zł.


Ostatnim moim odkryciem był serowy zestaw degustacyjny. Pięknie podane różne gatunki sera: dojrzewający Parmigiano Reggiano D.O.P*, z mleka krowiego Bastardo del Grappa, owczy Pecorino Romano D.O.P, pleśniowy Gorgonzola Dolce D.O.P - w towarzystwie miodu tymiankowego, konfitury morelowej, fig oraz orzechów włoskich. Ta pozycja z karty może przemówić głównie do prawdziwych serowych koneserów. Mnie osobiście urzekła Gorgonzola maczana w miodzie. Wprost genialne połączenie smaków.

Jeżeli za serami nie przepadacie, zamiast nich możecie zamówić deskę włoskich wędlin: szynka parmeńska, wędzony boczek i dwa rodzaje salami z takimi dodatkami jak dip z pieczonej papryki, grillowana cukinia oraz kandyzowane w occie balsamicznym cebulki. 

Cena 29zł


A co z tą pizzą? 30 centymetrów na cienkim, chrupiącym cieście w rzymskim stylu. Wersji do wyboru kilkanaście. Jeżeli w gotowcach nie znajdziemy nic dla siebie, to na bazie klasycznej Margherity lub Margherity di Bufala możemy dobrać dodatki według własnego gustu i preferencji, a jest w czym wybierać. Gotowa pizza jest doskonale wypieczona (we wspomnianym już wcześniej piecu opalanym drewnem) i niebiańsko rozpływa się w ustach. 

W mojej ogólnej klasyfikacji pizzerii wszelakich na terenie tego kraju, na pewno zmieści się w pierwszej najlepszej piątce.


Z racji tego, że po posiłku głównym, nie jestem w stanie wepchnąć jeszcze deseru, na tę przyjemność wybieram się do SISI zawsze w trybie odrębnym. Smakowite latte w połączeniu z Panna cottą z sosem truskawkowym - to mój ulubiony zestaw. Deser jest delikatny w smaku, nie za słodki i bez grudek żelatyny jak to bywa w innych lokalach. 

Jeżeli nie przepadacie za "śmietaną na gęsto", wyśmienite jest również tiramisu i ciasto z kremem chałwowym. 


Jeżeli powyższa lektura zachęciła Was do odwiedzenia tego przybytku włoskich smaków i aromatów, mam jedną cenną uwagę - rezerwujcie stolik. To teraz podstawa!

Jeżeli jednak pasta i gluten do Was nie przemawia to pod tym samym adresem czyli Słoneczna 11, już od kilku tygodni działa MIAMO restauracja oferująca dania kuchni japońskiej czyli sushi. Pierwsze próby już były i wypadły pozytywnie. 


Go west to THE WESTIN WARSAW!


Czy jest coś wspanialszego niż weekend w Warszawie? Oczywiście! Weekend w każdej innej europejskiej stolicy, powiedzą zgodnie jej mieszkańcy.
Zgodnie ze staropolskim porzekadłem: "cudze chwalicie, swego nie znacie", z całą stanowczością stwierdzam, że WAWA jest genialnym pomysłem na spędzenie w niej wolnego, a nie tylko służbowego czasu. 


Jeżeli wybieracie się do stolicy na więcej niż jeden dzień, to będziecie musieli zmierzyć się z wyborem miejsca noclegowego. Jak wiadomo w dzisiejszych czasach nie ma absolutnie z tym problemu. W mieście stołecznym, sam tylko booking.com proponuje około 4500 miejsc do spania i to w każdym możliwym standardzie. Może być tanio, drogo albo bardzo drogo, w centrum lub na uboczu. Ceny zaczynają się od 32zł za osobę, o ile lubicie piętrowe łóżka i Włochy ale nie do końca te Włochy, o których teraz myślicie. 

Tak, chodzi o dzielnicę Warszawy. Z przedsiębiorczym burmistrzem, który w pocie czoła śmiga po okolicy Skodą Lamborghini, zbierając od obcokrajowców darowizny finansowe wspomagające polskie cele charytatywne.  

Jednak nie o fundacjach mam tu pisać ale o rewelacyjnym pobycie w Warszawie, który sprawi, że będziecie chcieli tu wracać więc do rzeczy.


Dla mnie sprawa noclegu w Warszawie jest zawsze banalna. W aplikacji booking'u wybieracie Warszawę, z filtrach zaznaczacie hotele pięciogwiazdkowe, enter i wybieracie najtańszy. 

Proste? Bardzo proste. 

Biorąc pod uwagę fakt, że pokoje w weekend, co do zasady są tańsze niż w tygodniu. Już za 200-300zł za dobę, za dwie osoby, możecie spać w rewelacyjnym hotelu, a do tego zjecie pyszne śniadanie w pakiecie. 



W piękny październikowy weekend miałam już kolejną z rzędu przyjemność nocować w The Westin Warsaw. Ten pięciogwiazdkowy obiekt niezmiennie już od lat jest moim wyborem numer 1 w Warszawie. 
Dlaczego?
Ponieważ ma fantastyczną lokalizację, przemiłą obsługę i hipnotyzujący widok na Q22 - kto był, doskonale wie, o co mi chodzi. Pomimo tego, że hotel jest nie jest już pierwszej młodości, a i w ostatnich latach przybyło mu nieco świeżej, pięciogwiazdkowej konkurencji w postaci: Raffles Europejski Warsaw i Hotel Warszawa, nadal ma swój wyjątkowy klimat i personel, który dba o każdego gościa z bardzo indywidualny sposób. Ot taki jest już standard Marriota. 



No i ta winda! Z pewnością widzieliście ją niejednokrotnie w wielu polskich produkcjach filmowych. Cała przeszklona, z fantastycznym widokiem na centrum i Waszym żołądkiem, który jest ciągle na poziomie 0, a Wy na 15!


Jeżeli lubicie spacerować to z pewnością docenicie położenie The Westin - w samym centrum Warszawy. W zasięgu nóg lub też tak modnych ostatnio elektrycznych hulajnóg jest niemal wszystko, co warte odwiedzenia. 

Pomimo, że restauracja hotelowa obfituje w doskonałej jakości dania kuchni fushion pod batutą Janusza Korzyńskiego, skorzystanie z niej polecam w deszczowe listopadowe wieczory. Jeżeli aura sprzyja, konieczne jest odwiedzenie pobliskiej Hali Gwardii, gdzie w okolicznościach niewymuszonej elegancji i bez pretensjonalności (to nie " Hala Koszyki"), możemy zjeść coś pysznego lub/i zrobić zakupy na straganach, które oferują cuda z całego świata. Natomiast dla fanów alkoholi wszelakich, znajdzie się coś nietuzinkowego. Kraftowe piwo z drobinkami złota? Nie ma problemu. 



Jeżeli nie jesteście zwolennikami jedzenia w "gwarnych halowych" warunkach, tuż nieopodal kryje się knajpka, która przeniesie Was wprost to słonecznej Grecji. EL GRECO, bo o niej mowa, od lat już wielu zajmuje szczególnej miejsce w moim nie sercu, a żołądku właściwie. Mają najlepszy na świecie hummus, genialne warzywa grillowane oraz zawsze świeże owoce morza. Karta obfituje w tradycyjne dania greckie przygotowywane na oryginalnych składnikach. Zjecie tu m.in.: gyros, musakę, suvlaki, a na deser przepyszną baklawę. 
Pomimo upływu lat nic nie traci na swojej jakości, tak jak zawsze uśmiechnięty dla swoich gości właściciel - Spiros Koulouris.



I tak najedzeni i opici jak bąki wracacie do hotelu, a tam czeka na Was ultra wygodne łóżko z cudownie miękką pościelą. Za oknem natomiast, widok na nocną zmianę pracującą w Q22 (swoją drogą, kto tam tak ciężko pracuje w weekendy???). 

Jeżeli nie w głowie Wam spanie, zawsze można zjechać do lobby do JP's Bar i skosztować serwowanych tym wykwintnych drinków z alkoholem lub bez. Hotelowe bary mają tą fantastyczną właściwość, że zawsze można w nich spotkać ciekawych ludzi z całego świata i przegadać cały późny wieczór. 



I tak jedni wyspani i wypoczęci inni miej, wkraczamy w nowy dzień. Z pewnością pomoże nam w tym śniadanie w formie bufetu. Znajdziecie tu wszystko co lubicie jeść o poranku i to w ogromnej ilości. 
Taki początek dnia znacząco wyklucza dodatkową gastronomię na mieście,  przynajmniej do wczesnych godzin popołudniowych. Dlatego warto ten czas wykorzystać na zwiedzanie pod kątem bardziej duchowym niż konsumpcyjnym. Jeżeli postaracie się o bilety nieco wcześniej, niedzielny poranek możecie przeznaczyć na odwiedzenie np. Muzeum Powstania Warszawskiego. Dla miłośników architektury niebywałą frajda będą spacery w bocznych uliczkach ścisłego centrum, gdzie można podziwiać piękno wydobywane ze starych kamienic np. na ulicy Niecałej. 



I tak nie wiadomo kiedy mija 48 godzin, nieubłaganie zbliżając nas do poniedziałku. 

PS.
Jeżeli w drodze powrotnej do domu, na środku ulicy Świętokrzyskiej tak przypadkowo rozkraczy Wam się samochód mogę z całego serca polecić Wam mobilny warsztat samochodowy  niejakiego majstra Sylwka, który w sposób absolutnie profesjonalny uratuje Was nawet w niedzielę w nocy!

Dziękuję i z tego miejsca serdecznie pozdrawiam!

MAZOWSZE MEDI SPA - narty, majówka i upalne lato!



MAZOWSZE MEDI SPA to miejsce, w którym można w pełni wypocząć na łonie przyrody. Każdy miłośnik Beskidu Śląskiego ceniący piękne widoki oraz znaczącą odległość od zatłoczonych i gwarnych deptaków miejscowości turystycznych z pewnością doceni ten kameralny ośrodek zatopiony w zielonych lasach Jaszowca.


Historia obiektu sięga wczesnych lat 60-tych kiedy to na fali zachwytu Ustroniem, zaczęto na potęgę budować obiekty wypoczynkowe dla dużych zakładów pracy. Jaszowiec według ówczesnej władzy PRL miał się stać kompleksowo zagospodarowanym obszarem rekreacyjnym dla klasy robotniczej. Projekt w skali bez precedensu został ukończony kilka lat później  stając się miejscem wypoczynku pracowników Petrochemii Płock, Rafinerii Nafty, Rybnickiej Fabryki Maszyn Górniczych oraz wielu innych.

Pięknie położone obiekty przyciągały turystów przez dziesiątki lat. Wraz z upadkiem lub prywatyzacją zakładów pracy, które nimi administrowały większość domów wczasowych również przechodziła ciężkie chwile. Pomimo, iż podjęto decyzję o ich sprzedaży prywatnym właścicielom, nie wszystkie znalazły swoich nabywców i to do dnia dzisiejszego. Całkowicie zarośnięte, czekają na powrót do swojej świetności sprzed lat.



Szczęśliwie, nie wszystkie postpereelowskie placówki do zadań wczasowych bezpowrotnie straciły swój blask. Wjeżdżając do Jaszowca od ulicy Stromej, możemy się o tym bardzo szybko przekonać. Kolorowe bannery zachęcają do skorzystania z usług dwóch najprężniej działających domów wczasowych jakimi są: 

KOLEJARZ (z gwiazdkami w logo, które są jedynie elementem dekoracyjnym, nie mającym jakiegokolwiek związku z klasyfikacją standardu obiektu hotelowego), oraz MAZOWSZE MEDI SPA.


Recenzję Kolejarza pozostawię na kolejny artykuł, tym czasem skupię się na Mazowszu Medi Spa, który w ogólnej ocenie użytkowników serwisu Booking.com w roku 2018, uzyskał wynik 8,3 na 10 możliwych punktów. 

Gości Mazowsza zachwyca w pierwszej kolejności okolica: otaczające obiekt lasy, piękny o każdej porze roku widok na górę Czantorię oraz bliskość szlaków turystycznych np. na Równicę. Następnie, strefa saun i aqua, usługi SPA oraz profesjonalne zabiegi rehabilitacyjne. Czystość oraz profesjonalizm obsługi goście Mazowsza również oceniają na poziomie: bardzo dobry.

Aż ciśnie się w usta pokerowe SPRAWDZAM!


Osobiście z ośrodkami wypoczynkowymi miałam do czynienia wyłącznie w latach osiemdziesiątych, kiedy to wraz z rodzicami, dzielnie odwiedzałam takie placówki kilka razy do roku i to w różnych zakątkach Polski.  Od Tatr aż po Juratę.

Jak wiadomo z wiekiem gusta się zmieniają, a i wymagania względem pobytu wypoczynkowego również. 

Przekraczając próg Mazowsze Medi Spa nie miałam wrażenia powrotu do przeszłości. Z  parkingu kierujemy się do przestronnej recepcji, gdzie wita nas uśmiechnięta obsługa. Niby drobny gest ale gdy czujemy, że nie jest wymuszony jakoś milej odbieramy miejsce do którego właśnie przybyliśmy. Nie wiem jak Wam ale mnie wielokrotnie zdarzało się meldować w hotelach typu luksusowego, gdzie recepcjonista mimo całej swojej serdeczności miał ton głosu, który w domyśle brzmiał "jak miło, że jesteś ale się wcale nie cieszymy ... " 

Dla mnie pierwszy kontakt jest niesłychanie ważny gdyż jest wyznacznikiem atmosfery jaka panuje w danym miejscu. W Mazowszu czuje się wyjątkową przytulność.


Niewątpliwym reliktem przeszłości są pokoje. Niestety w komunistycznych czasach klasa robotnicza nie mogła cieszyć dużą przestrzenią. Pokój typu standard może być z powodzeniem wykorzystywany wyłącznie przez jedną osobę. Jeżeli lubicie większą przestrzeń, zarezerwujcie sobie comfort albo dwupokojowy apartament. Bez względu na powierzchnię wszystkie pokoje są urządzone w podobnym standardzie i pachną czystością. Funkcjonalna łazienka z prysznicem spełnia swoje zadanie. Jeżeli miałabym szukać dziury w całym, to z pewnością byłoby to podwójne łóżko. Jakoś tak było dziwnie połączone.


Od wielu już lat Mazowsze Medi Spa specjalizuje się w pobytach prozdrowotnych. Decydując się na przyjazd możemy dobrać sobie odpowiednią dla nas dietę (np. Dr. Bardadyna), odnowę biologiczną lub pakiety rehabilitacyjne. Na miejscu czeka też wiele atrakcji oraz aktywności fizycznych. Dla chętnych organizowane są piesze wycieczki po beskidzkich szlakach oraz nordic-walking. Mazowsze dysponuje również "prywatnym" potokiem Jaszowiec, nad którym możemy się wylegiwać w upalne dni, z dala od dzikich tłumów nad brzegiem Wisły w centrum miasta. W dolnej części obiektu organizowane są kolacje przy ognisku i góralskiej muzyce. Znajdują się tam również kort, boisko oraz bardzo przestronny plac zabaw dla najmłodszych.

W razie deszczowej pogody, wypoczynek możemy urozmaicić sobie pobytem w strefie aqua, saunie suchej lub parowej lub zwyczajnie relaksując się kąpielą w ciepłych jacuzzi. Osobiście polecam relaksacyjne masaże olejowe oraz zabiegi wyszczuplające na ciało.



Sezon zimowy to narciarskie szaleństwo. W odległości kilku kilometrów może poszusować na następujących stokach: Czantoria, Poniwiec, Palenica lub Stożek. Jeżeli tylko pogoda dopisuje to już z początkiem grudnia możemy zacząć pierwsze szusy. Z roku na rok przygotowanie tych tras jest coraz lepsze, poprawiała się również infrastruktura wyciągów.


Jak wiadomo pobyt wypoczynkowy to również wyżywienie. Jeżeli nie zdecydujemy się na dietę specjalistyczną, kuchnia zaoferuje nam śniadania w formie bufetu, serwowany dwudaniowy obiad lub obiadokolację z daniami do wyboru. 

Jeżeli w hotelowej gastronomii poszukujecie nuty szaleństwa, fuzji smaków i odkrywania nieznanego, to w Mazowszu raczej tego nie znajdziecie. Serwowane tu posiłki są niczym "jak u mamy czy babci" - tradycyjne, proste ale bardzo smaczne. 


Zostawiając najlepsze na koniec, przechodzimy do kawiarni. Drinki, desery lodowe (dostawcą lodów do Mazowsza jest Sopelek, opolska manufaktura, która swój lokal ma również w centrum Ustronia) oraz jedne z lepszych espresso jakie piłam w Polsce. Niewątpliwą przyjemnością jest delektowanie się tym wszystkim na tarasie widokowym, który o każdej porze roku wzbudza ogromny zachwyt. 


Copyright © Fancy Life Lover