Smak różu czyli BORN ROSE BARCELONA!

”LA VIE EN ROSÉ”

Nie jest tajemnicą, że jestem wielką miłośniczką trunków w kolorze różowym. Z bąbelkami czy bez w napojach tego koloru kryje się "niewinny" kompromis pomiędzy tym co delikatne w białym a zdecydowanym jak czerwone. Jest nienachalne i niezobowiązujące, a dzięki wyjątkowej sztuce, jaka tkwi w idealnie dobranym kupażu rześkie i odświeżające. Przełamuje schematy, dając poczucie wolności w sposobie wyrażania siebie. 


pimcollective.com    

BORN ROSÉ BARCELONA

Na rynku jest zaledwie od 2019 roku. Założona przez młodych pasjonatów, których główną ideą było stworzenie najlepszego Rosé w Hiszpanii. Chcą łamać konwenanse i schematy, tworząc produkt lekki, łatwy i przyjemny w degustacji. Wszystko to bez zadęcia i zbędnej ideologii. Ich jasną dewizą jest:

"UNCORK AND ENJOY"

W sukcesie mają pomóc winogrona najlepszej jakości wyłącznie z organicznych upraw oraz krótka lista oferowanych produktów. Przełamaniem konwenansów jest również pakowanie ROSÉ w puszki, które w winnym świecie raczej nie cieszą się uznaniem, a wręcz pogardą kiperów i sommelierów. 
Firma prowadzi bardzo rozbudowany terytorialne marketing, a swoje działania skupia w social mediach. Nowoczesne podejście do promocji, ciekawy visual produktowy skutecznie dociera do młodych i lubiących cieszyć się życiem odbiorców. 

Trzy lata bytności na rynku spowodowały, że Born Rosé możemy dostać w najlepszych lokalach w Europie, Stanach Zjednoczonych, Azji oraz Australii. W Polsce niestety marka nie jest jeszcze powszechnie dostępna. Aktualnie możemy ją znaleźć w ofercie PIMCO.

noticiasdelujo.com                 

JAK POWSTAJE ROSÉ

Wbrew pozorom proces tworzenia doskonałego rosé nie polega na zmieszaniu białego z czerwonym, ale skrupulatnego procesu winifikacji. Używa się do tego czerwonych winogron o jasnym odcieniu, a ich maceracja trwa dużo krócej niż w przypadku powstawania czerwonych odmian, bo przerywana jest już po kilku godzinach w wyjątkowych sytuacjach dniach. W wyniku tego przyspieszonego procesu powstaje trunek o subtelnej barwie i niepowtarzalnym smaku.

robnikgroup.com     

Z CZYM I DO CZEGO PIJEMY ROSÉ?

Rosé nie jest jeszcze bardzo popularnym trunkiem, a jego spożycie jest ciągle znikome względem białego szampana i prosecco. Jego lekki charakter kojarzy się głównie z latem, lekkimi potrawami i deserami. Idealnie sprawdza się jako aperitif bądź szprycer z dodatkiem świeżych winogron, truskawek i fantazyjnych kostek lodu. Jest rześkie i świetnie gasi pragnienie w gorące dni. 


CO RÓŻOWEGO POLECAM?

Born Rosé jest moim najnowszym odkryciem i miłym zaskoczeniem z uwagi na stosunek ceny do jakości. W szczególności BRUT, który jest niesłychanie odświeżający w smaku i w 100% odzwierciedlający moje organoleptyczne gusta.

Od lat jestem fanką MOÉT & CHANDON ROSÉ IMPERIAL oraz VEUVE CLIQCUOT BRUT ROSÉ jednak ze względu na szlachetność i cenę tych trunków nie są one zbyt powszechnie dostępne w gastronomii. Częściej można spotkać ich klasyczne białe odmiany. Ekskluzywność powyższych wskazuje raczej ich spożycie w szczególnych okolicznościach przyrody jak urodziny, rocznice i egzotyczne wyjazdy niż bezrefleksyjne żłopanie w kawiarnianym ogródku bądź oblewanie się na koszt "Dżordża" ze słonecznego Miami.

Dlatego z  półki dużo niższej, ale w pełni poprawne, "wypijalne" i dostępne bez problemu są m.in: Freixenet Italian Rosé, Montelliana Brut Prosecco Rosé czy Prosecco Stock Rosé Brut.

Warto tu również wspomnieć Lillet Rosé, które reprezentuje inną kategorię napoju, ale równie wybornie smakuje latem w postaci zmiksowanej z owocami, świeżą miętą i lodem zwłaszcza z dachu SASSY ROOF TOP z widokiem na Gdańsk.


Jeżeli chcesz skosztować Born Rosé to na tę chwilę możesz to zrobić jedynie zamawiając je on-line w sklepie firmowym lub partnerskim. Klikając w TEN LINK, można skorzystać ze zniżki €10 przy zamówieniu powyżej €40. 

Wysyłka do Polskich jest darmowa dla wszystkich zamówień powyżej €30.


PS.
Artykuł nie jest sponsorowany i wyraża wyłącznie moje osobiste preferencje i odczucia. 
Zgodnie z Ustawą o zachowaniu w trzeźwości oraz przeciwdziałaniu alkoholizmowi Dz.U z 2021 r. poz. 1119, tekst jest skierowany wyłącznie do osób pełnoletnich.

The Collection's toys czyli MONO CAFÉ!

 


Nie ma chyba w Polsce osoby, która byłaby zakręcona na punkcie motoryzacji i nie znała the.collection. Jego słynny już garaż znajdujący się w poznańskim City Parku nie pozostawia obojętnym nikogo, a zwłaszcza rasowego petrolhead'a. 

THE.COLLECTION

Joseph Ammisah - bo o nim tu mowa, szturmem zdobył social media kilka lat temu. Serdeczny i uśmiechnięty. Zaraża swoich obserwujących niesłychaną pasją do samochodów oraz ogromnym optymizmem. Każdego dnia pokazuje niemal stutysięcznej rzeszy fanów swoje nowe projekty, kolejne super samochody oraz cząstkę życia prywatnego. 

Dzięki niemu mamy szansę "odwiedzić" najlepsze i najdroższe: salony samochodowe, restauracje oraz hotele w Polsce, Europie i na świecie. Pokazuje nam również swoje pasje i wyzwania, z jakimi się mierzy każdego dnia.



Na czym polega fenomen tego nietuzinkowego gościa? Z pewnością na jego osobowości. Otwarty, gadatliwy, chętnie i cierpliwie pozujący do zdjęć na tle swoich super fur. Pomimo tego, że jest obrzydliwie bogaty i mógłby jeździć Phetonem na tylnym siedzeniu, chodzić po mieście w otoczeniu rosłych ochroniarzy i patrzeć na wszystkich z góry, wybrał zupełnie inną drogę. Porzucił "wielki świat" dla Poznania, aby być bliżej swojej córki. I to w Poznaniu właśnie rozwija swoją samochodową kolekcję, stając się niemal atrakcją turystyczną tego miasta.

Bycie social mediowym celebrytą i dużą rozpoznawalność przekuwa w czynienie dobra. Organizuje akcje charytatywne, koncerty, rajdy i pokazy samochodów, a każdy z tych eventów niesie za sobą szczytny cel. 

"SAME SAME BUT DIFFERENT"

Dlatego nieważne czy jesteś dzieciakiem, spotterem, kolekcjonerem aut lub opierasz swój biznes na motoryzacji, to z pewnością, znajdziesz z the.collection wspólny język. To właśnie Joseph jest autorem kultowych w sieci ujęć odbijającej się sylwetki przejeżdżającego samochodu w witrynach sklepowych czy codziennego cardio na ręcznej myjni samochodowej. 

Sam autor chętnie udostępnia te "virale" na swoim profilu, tytułując je zawsze "same, same but different".


MONO CAFÉ W POZNANIU

Płynący na fali popularności Joseph nie odcina od niej wyłącznie. Jako rasowy inwestor i biznesmen wie doskonale, że "money makes money" dlatego przeniósł swój podziemny garaż w City Parku o jeden poziom wyżej, otwierając miejsce spotkań dla motoryzacyjnych freaków o nazwie MONO CAFÉ. To concept łączący w sobie kawiarnię oraz showroom z coraz większą ilością gadżetów sygnowanych logo the.collection. Jego centralnym punktem jest ekspozycja na jeden z samochodów należących do Josepha lub jego przyjaciół. To również sala konferencyjna jako miejsce spotkań biznesowych z motocyklami jako uzupełnienie tego dość wysmakowanego wnętrza.



Podczas mojej wizyty w Mono, w jej wnętrzu był zaparkowany żółty McLaren P1. Jednak ekspozycja w kawiarni jest na tyle dynamiczna, że nigdy nie wiemy jaki widok cuda motoryzacji nas w niej zaskoczy. Biorąc pod uwagę fakt, że the.collection przyjaźni się z takimi kolekcjonerami super aut jak collector73 czy Szymon Banaś, to źródło zachwytu może okazać się kompletnie niewyczerpywalne. 

I nie mówimy tu o stunningowanych przez Sebę "beciach", tylko rasowej i niszowej motoryzacji jak: Koenigsegg, Pagani, Bugatti, Bac Mono ...

KAWA I DESER

Auta autami, ale kawiarnia bez kawy to nie kawiarnia. Może oferowane tutaj "proste ziarna" z Brazylii niekoniecznie współgrają z hiper ekskluzywnością tego miejsca, ale były zaparzone poprawnie i w dobrej jakości ekspresie. Niewątpliwą urodą przyciągają uwagę mono desery, których smak był iście kompatybilny z ich wyglądem. Jeżeli nie jesteście fanami słodyczy, możecie skorzystać z karty przekąsek na słono. 

Z całą pewnością największą uwagę przykuwa wnętrze tego lokalu. Bardzo przemyślane z idealnie współgrającymi ze sobą elementami. Jednym słowem jest pięknie.


CITY PARK 

Wielkim niedopowiedzeniem byłoby pominięcie informacji, w jakim miejscu znajduje się opisana tutaj Mono Cafe. City Park Hotel & Residence to zrewitalizowana przestrzeń po XIX wiecznych koszarach wojskowych. W efekcie końcowym powstało swoiste "miasteczko" łączące w sobie bogatą historię oraz nowoczesność w luksusowym wydaniu. Mieszczą się tutaj: hotel, mieszkania, SPA sklepy oraz rozbudowana oferta gastronomiczna. 

Ale o tym już w kolejnym artykule.

KALENDARZE ADWENTOWE czyli luksusowe odliczanie do ŚWIĄT!


Grudniowe zjawisko nagminnie występujące we wszystkich social mediach zafascynowało mnie do tego stopnia, że postanowiłam zgłębić temat. Mowa tu oczywiście o szale na różnego rodzaju kalendarze adwentowe. 

Osobiście kojarzą mi się one z powiewem luksusu zza zachodniej granicy z początkiem lat 90-tych. Mini świąteczne czekoladki ukryte w kolorowym pudełku z okienkami - to był mokry sen każdego dziecka w tamtych czasach, a adrenalina towarzysząca podjadaniu słodkości na kilka dni na przód - niezapomniana do dziś. 

SZAŁ NA ODLICZANIE DO ŚWIĄT 

Bazując na tej naszej dziecięcej nostalgii, producenci produktów wszelakich, robią biznes, sprzedając nam magię świąt zaklętą we wspomniane pudełka z okienkami, w środku których kryją się ... 

No właśnie, co się w nich takiego właściwie kryje?

Obserwując histerię i zapłakane w social mediach blogerki, które nie wiedzą co począć dalej ze swoim życiem, gdyż nie dostały wymarzonego kartonika z tajemniczą zawartością, wydawać by się mogło, że skarby w tych kalendarzach kryją się wręcz niepojęte. 

Z drugiej strony. Czytam artykuły w szanowanych pismach takich jak Washington Post, The New York Times czy People o płynącej ze strony klientów lawinie "hejtu" na dom mody Chanel za wtykanie do kalendarza za 800 baksów naklejek, plastikowych bransoletek i woreczka przeciwkurzowego.

Nie ukrywam, że mam spory dylemat, co o tym wszystkim myśleć. To jak to jest z tymi kalendarzami? Są fajne czy jednak niekoniecznie?

chanel.com    

KALENDARZ DLA KAŻDEGO

Krótki research i okazuje się, że na czas świątecznych zakupów rozpoczynających się już od Black Friday, większość firm przygotowała coś adwentowego dla swojego odbiorcy i to absolutnie każdego. 

Znajdziemy kalendarze za kilka złotych z wyrobami czekoladopodobnymi na wzór tych sprzed 40 lat, które ucieszą każdego dziecko. Są również z herbatami, gumkami do włosów, winem, whiskey, skarpetami oraz ..... 

Dedykowane zwierzętom. Nie, nie pomyliłam się, nasze kotki, pieski czy króliki również mogą godnie odliczać czas do Pasterki. Jak już przemówią o północy, temat tegorocznej edycji kalendarza, będzie jak znalazł na nocne pogaduchy ze swoimi właścicielami:

"A wiesz Grażyna w przyszłym roku kategorycznie nie kupuj tego pate z tuńczyka - suchy i taki bez smaku. Krewetki w sosie były znacznie lepsze w edycji 2020, ale ragout z wołowiny w tym roku im wyszło mistrzowsko". 

Hasło na promocję: "Niebiański smak przekąsek, który zbliży Twojego pupila do ludzkiego Boga w 24 dni"

chanel.com     
  
  

BLING BLING

Nie od dziś wiadomo, że „najlepszym przyjacielem kobiety są brylanty” i na taką właśnie okoliczność jubilerzy doskonale się przygotowali i tym razem. Na polskim rynku kalendarze z biżuterią zaczynają się od 799zł, a kończą na 2849zł w przypadku marki YES. Konkurencja nie pozostaje w tyle. Wykorzystując wizerunek Anny Lewandowskiej (tej z trochę za długiej reklamy Apartu), oferuje kalendarz z produkami typu "beads" (taka podróba Pandory) w 20 ratach za jedyne 89,95 miesięcznie - aktualnie na stronie jest już wyprzedarzowa promka.

Za oceanem koszt okazuje się nieco wyższy. W Tiffany & Co. możemy spersonalizować kalendarz reklamowany przez małżeństwo Carter. Cena? Bagatela $150 000,00. Za wymienioną kwotę otrzymujemy drewniany mebel z 24 okienkami, w których znajduje się unikalna kolekcja biżuterii. Produkt ten został już okrzyknięty najbardziej ekstrawaganckim kalendarzem adwentowym 2021 roku na świecie. Cześć dochodu z jego sprzedaży zostanie przeznaczona na cele charytatywne i to bardzo ładnie ze strony Tiffany, bo nie każda firma ma taki gest.

Jeżeli obawiacie się, że Wasze drugie połówki zainspirują się i będą oczekiwać prezentu w cenie wysokości premii prezesa Obajtka, to uspokajam. Najbliższy butik tej marki jest w Berlinie, a kalendarze się już skończyły. 

tiffany.com      


OKIENKA Z URODĄ

Pisząc o kalendarzach adwentowych na bogato, warto wspomnieć propozycjach kosmetycznych. Christian Dior ($550) dostępny wyłącznie w butikach firmowych. Składa się miniaturek kosmetyków, a jego zawartość oceniana jest przez szczęśliwe posiadaczki na mocne cztery w skali Google'a. Za podobną kwotę, czyli ok. 2-3k możemy kupić set od La Mer, Aqua di Parma x Emilio PucciGuerlain. 

  dior.com      


Bardzo chwalony za swoją kompozycję oraz tzw. "price value" jest kalendarz adwentowy przygotowany przez markę YSL. Dostępny w takich sieciach drogeryjnych jak Sephora czy Douglas w cenie 1999zł. 

 yslbeautyus.com 

Dla fanek makijażu na wysokości zadania stanęły również takie marki jak: HudaBenefit, MAC jak i setki innych.

Jeżeli temat Was zafascynował, pełną listę znajdziecie na stronie VOGUE oraz TOWN AND COUNTRY MAG.  

WŁOSOMANIACZKI

Dość spora grupa w social mediach, która "umie we włosy". Jeżeli terminy OMO, olejowanie, wysokoporowatość czy odżywka humektantowa, mówią Wam kompletnie nic, to znaczy, że czas podciągnąć się z wiedzy na temat prawidłowej pielęgnacji skalpu. Oczywiście nic nie pomoże nam w tym lepiej niż profesjonalny zestaw do włosów zamknięty w kalendarzu. Sprawi on, że oczekiwanie na narodzenie Jezusa upłynie w podniosłej atmosferze nakładania aktywatora wzrostu na włosy. Na ten podniosły czas firma z polskiego podwórka, która za sprawą "włosowych kalendarzy" zaliczyła PRową wtopę roku. Okazało się bowiem, że produkty zawarte w zestawach Hair in Balance są w opakowaniach po żelu do dezynfekcji rąk tylko, że sprytnie oklejone. Firma tłumaczyła się duchem zero waste, ale wyraźnie coś "nie pykło", bo produkty wycofano z oferty np. w sieci Rossmann.



Pozostając jeszcze w tematyce włosów nie można nie wspomnieć o luksusowych zestawach świątecznych od marki Balmain Hair Cuture. Inspirowane Paryżem nocą kalendarze występują w dwóch rozmiarach średnim za 560zł oraz dużym w cenie 980zł. Znajdziecie w nich o dziwo pełnowymiarowe produkty oraz logowane gadżety. Całość jest bardzo spójna i przyjemna wizualnie dla oka. Produkty tej marki kupicie na ich oficjalnej stronie oraz stacjonarnie i online w butiku Moliera 2.
balmain.com              


ADWENT

To czas, który do niedawna kojarzył mi się wyłącznie ze znienawidzonymi roratami w podstawówce. Msze, na które trzeba było dymać w mróz, w śniegu po kolana przez czarny jak oczy diabła las, tylko po to, aby zdążyć na 6 rano, a w grudniu to jakby środek nocy. 
Wytrwali za ten heroiczny wyczyn dostawali obrazek z Jezuskiem, czyli bezterminowy karnet open do bram raju.


apart.pl          

Teraz adwent to zupełnie inna bajka. Aktualnie to czas kontemplacji, ale li wyłącznie w wydaniu konsumpcyjnym pod publiczkę. 

Konta influencerów na całym świecie nafaszerowane reklamami jak domowy świąteczny keks bakaliami, każdego dnia wmawiają nam, że nasze życie bez kalendarza jest wprost "chrześcijańsko" niepełne. 

No cóż, takie czasy.

A Ty? Przyznaj się jaki kalendarz przytuliłaś w tym roku?

PS.

Na pierwszym zdjęciu mój osobisty kalendarz marki Waterdrop, który lubi mnie za to, że piszę o nich dobrze i to bez współpracy i pieniędzy. Ja natomiast lubię ich za produkty, które mają w ofercie i nie żałuję wydanych na nie swoich osobistych pieniędzy. 


OLIWKA & CO. czyli włoskie smaki w Ustroniu!

Ostatnie kilkanaście miesięcy były dla gastronomii dość burzliwe. Nakazy, zakazy oraz obostrzenia w imię pandemii spowodowały sporo zamieszania w branży, która robiła, co mogła, aby to wszystko przetrwać. Niestety nie wszystkim się to udało. Jedni zamknęli się na zawsze, inni do dziś walczą w sądach (i to z sukcesami) o nałożone przez Sanepid kary za nieprzestrzeganie rządowych rozporządzeń. 

Są też takie restauracje, po których nie dość, że nie widać ciężkich czasów to jeszcze to "nowe otwarcie" sprawiło, że rozkwitły. Niewątpliwe dla mnie takim miejscem jest "Oliwka & Co."

NAJLEPSZA KAWA I PIZZA W USTRONIU?

Ustroń jest trudnym dla gastro miejscem. W tygodniu pusty i senny, a w słoneczne weekendy zapełniony po brzegi wygłodniałymi turystami. Powoduje to, że godne zjedzenie obiadu bądź napicie się kawy w centrum miasta graniczy wręcz z cudem. Niedzielne przepełnienie lokali oraz kolejki nawet pod najpodlejszą budą z fast foodem to absolutna już norma. Ten stan rzeczy bardzo często rzutuje na jakość jedzenia, obsługi oraz czas oczekiwania na zamówienie. 

Niejednokrotnie zdarza się, że po 17:00 nie ma już połowy dań z karty, bo "hanysy" już wszystko wyżarły.

Taki stan rzeczy kompletnie nie sprzyja kontemplacjom nad posiłkiem oraz trafnym spostrzeżeniom. Wystarczy jeden drący mordę lub rzucający jedzeniem "bombelek" z odstrzeloną jak stróż w Boże Ciało "madką Karyną", będącą na wyjeździe w górach. W tym czasie chce błyszczeć i mieć relaks, a nie uganiać się w dwunastocentymetrowych szpilach za niesubordynowaną latoroślą, wystarczy, że piastuje "to coś" na co dzień w domu. Całokształtu zawsze dopełnia ojciec, który ma totalny luz, bo skoro dziecko jest w kąciku dla dzieci, to oczywiste jest, że w czasie kiedy on spożywa "drogi" posiłek to w jego cenie brzdąca pilnuje i zabawia kelnerka. Proste.

Ot i takie bywają rodzinne niedziele w kurortach.

Dlatego też staram się nigdy nie pisać recenzji w takich warunkach. Podobnie jak nie piszę ich po jednorazowej wizycie. Opinie "ad hoc" tak modne ostatnio na Tik Toku, są według mnie zbyt pochopne i bardzo mało wiarygodne. Zły dzień kucharza czy obrażona kelnerka z przypadku, może przekreślić budowaną latami markę danego miejsca. I to tylko dlatego, że "influencer" nie był wystarczająco zadowolony. Kto wie, może też miał/a również zły dzień, który zaburzał prawidłową percepcję. Tudzież żerując na sławnym nazwisku właściciela, chcąc w ten sposób zwiększyć zasięgi dzięki "viral hate" w social mediach. 

Nie od dziś wiadomo, że krytyczne opinie klikają się znacznie lepiej niż te dobre. Najlepszym tego przykładem jest aktualny spór Barbary Ritz w Gdańsku z pewną tiktokerką, która jako niezależna znawczyni fine-diningu nie zostawiła suchej nitki na restauracji zwyciężczyni Master Chefa.

OLIWKA & CO W USTRONIU

Wracając jednak do urokliwego miejsca, jakim bez wątpienia jest Oliwka & Co. w Ustroniu, trzeba zwrócić uwagę na kilka faktów. 

Oliwka & Co. została otwarta ponad rok temu (1 lipca 2020r.) w miejscu, gdzie przez lata w smutnej, szarej willi funkcjonował bar "U Marusia". Kapitalny remont budynku całkowicie odczarował to miejsce, którego niepodważalnym atutem jest fantastyczna lokalizacja. Ponadto przewagą Oliwki nad innymi lokalami w Ustroniu, jest jej dość duża powierzchnia. Dwa poziomy, zielony taras z fajnym widokiem, spory ogródek oraz własny parking to duże plusy dla restauracji w tak obleganym w sezonie mieście. 


                                                                                                                             źródło: fotopolska.eu

Co zjemy?

Lokal łączy w sobie wszystkie zalety kawiarni oraz restauracji, a raczej bistro z krótką listą dań, na które nie trzeba zbyt długo czekać. 

W godzinach porannych zjemy w Oliwce również śniadanie.

Królową karty jest przede wszystkim pizza z pieca opalanego drewnem. Podawana jest na cienkim cieście bez przesadnej ilości dodatków. Jeżeli jesteś fanem "polskiej pizzy" na solidnym kawałku buły z serem a'la mozzarella, to z góry zaznaczam, że ta serwowana w Oliwce z całą pewnością nie przypadnie Ci do gustu. 


Karta zachęca również zupą, sałatkami (w tym moją ulubioną z gruszką i kozim serem), są też pierogi, makarony, ryby oraz mięsa. Ogólnie rzecz ujmując każdy znajdzie w niej coś dla siebie bez względu na to czy jest zdeklarowanym mięsożercą, czy też wegetarianinem. 

Jeżeli nie jesteś głodny, a jedynie masz ochotę na coś słodkiego w towarzystwie filiżanki aromatycznej kawy, też się nie zawiedziesz. Witryna chłodnicza obfituje w różnego rodzaju desery w tym genialne brownie, pyszne kolorowe makaroniki oraz lody w wielu smakach. 

Karta win również powinna być satysfakcjonująca nawet dla tych bardziej wybrednych. Na pytanie, czy leją "proseczko", tak leją m.in. całkiem dobrego Stocka.

Co myślą inni?

Przez rok swojej działalności Oliwka zdążyła uzbierać całkiem pokaźne grono zadowolonych klientów. Spora ich część swoje spostrzeżenia spisała w Internecie, dzięki czemu mamy jasny i pełny obraz jak lokal jest postrzegany przez odwiedzających go gości. Oliwka chwalona jest głównie za wysokiej jakości jedzenie, klimatyczny wystrój, którego kluczowym elementem są przepiękne drzewka oliwne oraz sympatyczną obsługę. Według mnie nie sposób się z tym nie zgodzić. 

Owszem są też głosy krytyki, ale to jest naturalne przy tak dużej liczbie odwiedzających, zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony.

Opinie możecie głównie przeczytać w wizytówce Google oraz restaurantguru.com. Natomiast na dzień dzisiejszy tylko jedna opinia widnieje na tripadvisor.com. To plasuje Oliwkę 44 pozycji, czyli na samym końcu listy polecanych restauracji w Ustroniu. Nie ukrywam, że było to dla mnie dużym zaskoczeniem, bo konkurencja całkiem nieźle sobie na tym portalu radzi, a rekordziści mają ponad 600 opinii i to ze zdjęciami oraz pełnym opisem.


Dodatkową tegoroczną atrakcją w Oliwce był ogródek urządzony przez Inter-Car Mercedes-Benz, który stworzył w nim swój zamiejscowy salon samochodowy. W miłych okolicznościach przyrody można było porozmawiać z doradcą oraz przetestować kilka modeli Mercedesa. Z nieoficjalnych źródeł wiem, że w tych nieoczywistych warunkach sprzedaż okazała się bardzo zadowalająca.

POLECAM!

LETYSHOPS czyli cashback z własnych zakupów!

Osobiście nie znam już osoby, która nie robiłaby zakupów przez Internet. Składa się na to wiele czynników i okoliczności. Są to m.in: wygoda, oszczędność czasu oraz nieograniczony wybór wśród produktów, jakie oferują sklepy on-line na całym świecie. 

Osoby, które do niedawna były przeciwne nabywania rzeczy w sieci, dość radykalnie zostały zmuszone do zmiany zdania. Sytuacja, w której wszystkie sklepy poza spożywczymi z dnia na dzień zostały zamknięte, tylko Internet dawał szansę kupienia sobie butów, mebli ogrodowych lub roweru. 

Co ciekawe, spora liczba osób tak polubiła "shopping w necie", że nie dość, że nie zamierza z niego rezygnować, to planuje stopniowo zwiększać ilość zakupów wirtualnych kosztem tych w galeriach handlowych.

A co jeśli na tych wszystkich naszych zakupach możemy jeszcze zarobić???

LETYSHOPS to cashback za własne zakupy online


LETYSHOPS - o aplikacji dowiedziałam się oczywiście z mediów społecznościowych. Ogólnie mam ostatnio takie nieodparte wrażenie, że całą wiedzę podręczną, jaką czerpię o życiu doczesnym (zakupy, trendy, produkty, afery polityczne) to głównie z Instagram'a.

Też tak macie?
 
Generalnie nie jestem zbyt entuzjastycznie nastawiona do żadnych programów lojalnościowych. Większość z nich ma na celu przywiązanie nas do siebie jako klienta obiecując w zamian złote góry. Ot, taka psychologia sprzedaży. 

Ja do końca życia nie zapomnę żalu studentki, która regularnie tankowała za ostatnią kasę ze stypendium, tylko i wyłącznie na stacji Statoil, aby otrzymywać punkty lojalnościowe. Po roku takiego wiernego użytkowania mogłam sobie za nie wybrać, co? 

UWAGA! - długopis!

Żal, rozgoryczenie i smutek. Pojedynek pokolenie Y vs. agresywny marketing zachodnich koncernów, wynik - nokaut. 

Od tej sromotnej porażki mej minęło już trochę miesięcy, a i rynek konsumencki przez te dwie dekady również się bardzo zmienił. 

Sieci stacji Statoil dawno nie ma, a konkurencja sprawiła, że firmy myślące perspektywicznie, dbają o swoich klientów i to bardzo.

Przykładem może być tutaj  SEPHORA, która na każde urodziny przesyła mi prezent w postaci vouchera na 150zł! Nieważne, że dołącza do niego katalog najnowszych kremów przeciwzmarszczkowych. To mniej więcej tak, jakby dopisali na odwrocie prezentu, życzenia o następującej treści: "Tak wiemy, że się "Grarzynka" starzejesz, ale umiemy temu zaradzić. Ho, kup se krem ze zniżką i to jaką! 

Otóż droga (dosłownie i przenośni) Sephoro, zawsze za ten bon kupuję sobie perfumy - bo mam godność i honor ;)

Wracając do sedna wpisu, czyli Letyshops to najfajniejsze w nim jest to, że otrzymujemy pieniądze za własne zakupy i to tam, gdzie chcemy i kiedy chcemy.


JAK DZIAŁA LETYSHOPS?


Wprost banalnie. Rejestrujemy sobie konto poprawnie ściągniętej aplikacji na telefon i/lub na stronie instalując wtyczkę do przeglądarki, z której korzystamy najczęściej w naszym komputerze (Chrome, Firefox, Safari). Jedno konto daje potem możliwość korzystania z obu opcji naprzemiennie.

Osobiście uważam, że wtyczka w przeglądarce jest o wiele wygodniejsza. Aplikacja "Lety" w telefonie nie działa jeszcze płynnie z apkami sklepowymi i finalnie i tak musimy kupować z przeglądarki z telefonu, co jest zawsze mniej komfortowe. 
Dodatkowo, aby sprawdzić aktualne promocje w sklepach, każdorazowo musimy otwierać aplikację.

Natomiast zainstalowana wtyczka w komputerze samoczynnie rejestruje nasze wizyty w sklepach, informując czy dany sprzedawca oferuje cashback i jakiej wysokości. Jeżeli decydujemy się na zakup, wystarczy aktywować wyskakujące okienko i gotowe.


ILE MOŻNA ZAROBIĆ Z LETYSHOPS?


A raczej ile można odzyskać z wydatków poniesionych na zakupy w sieci. Wszystko zależy tylko i wyłącznie od tego ile wydajemy i jakiej wysokości cashback udało nam się upolować. Aktualnie baza Lety to 3767 sklepów, które oferują zwroty od 1 do kilkudziesięciu procent lub konkretne kwoty w przypadku zakupu usług. 

Oprócz standardowych stawek są również dostępne okresowe tzw. "hotdeals". W ściśle określonym czasie albo na konkretny asortyment zwroty ze sklepu są wielokrotnie przemnażane. 

Tutaj wiodą prym takie marki jak: LIDL, MODIVO, EOBUWIE, ZALANDO LOUNGE, ALIEXPRESS czy ANSWEAR gdzie cashbacki często sięgają nawet 20% i często łączą się z wyprzedażami.

Dlatego bez względu na to czy robimy zakupy w sieci regularnie, czy skusiliśmy się na jednorazowy zakup tańszego sprzętu AGD, po jakimś czasie na koncie możemy zebrać całkiem sporą sumkę.


CZY SĄ HACZYKI?


Nic, ponad to, co jest napisane w regulaminie. Na zaksięgowanie kwoty na naszym koncie w Letyshops czekamy od 30 do nawet 90 dni. Do tego czasu widnieje ona w sekcji oczekujące. Dzieje się tak, ponieważ sklep musi mieć czas na weryfikację naszego zakupu. Czy nie został on anulowany bądź zwrócony albo, czy kwota zwrotu nie została naliczona na produkty, które nie były objęte promocją. 

Osobiście polecam dokładnie przeczytać opis cashbacku danego sklepu, bo o ile letyshops działa sprawnie, tak sklepy często anulują zwrot pod byle pretekstem. W moim przypadku dzieje się tak zawsze w EURO RTV AGD

W przypadku odrzucenia transakcji przez sklep można się zawsze odwołać i poprosić o ponowną weryfikację. Widziałam przypadki, w których samo Letyshops z własnych środków stara się kompensować Klientowi stratę i wypłaca cashback. W moim odczuciu to bardzo dobrze świadczy o firmie i uznać można za bardzo prokonsumenckie. 

Mimo wszystko warto czytać warunki promocji, unikając rozczarowania.

WYPŁATA PIENIĘDZY Z LETYSHOPS?


Jak pisałam wyżej wszystkie uzyskane zwroty te oczekujące oraz saldo gromadzone są na naszym koncie w Letyshops. Jeżeli uznamy, że czas na wypłatę wystarczy, że podamy numer konta i zlecimy przelew. W ciągu kilku dni pieniądze pojawią się na naszym rachunku bankowym. 

Letyshops realizuje przelewy tradycyjne, SEPA oraz na konto PAYPAL.

LETY-STATUS

Dla osób, które regularnie klikają w linki aktywacji zwrotu gotówki, Lety ma również swój wewnętrzny program lojalnościowy. Są to statusy od START do GOLD, które samoczynnie aktywują się po przekroczeniu kwot zebranych z cashbacku. Poszczególne statusy dają dodatkowe 0,5% - 1,5% do premii gwarantowanej przez sklep.

REFEEL czyli super concept zero waste!

Ostatnio dość głośno jest w mediach o refillach, w których samodzielnie można uzupełnić swoją pustą butelkę po szamponie, mydle w płynie czy żelu pod prysznic. Automaty do ponownego uzupełniania produktów w płynie, bo o nich tu mowa coraz częściej można spotkać w sklepach firmowych oraz sieciach.

Idea, jaka im przyświeca to przede wszystkim to ZERO WASTE, czyli produkowanie jak najmniejszej ilości odpadów przez gospodarstwa domowe oraz MONEY SAFE bezpośrednia korzyść dla klienta poprzez nabycie danego produktu w niższej cenie.


Właśnie w takim duchu powstała marka, która sprzedaje ekologiczne kosmetyki myjące oraz środki czystości w zwrotnych, szklanych opakowaniach. Poznajcie REFEEL. refillable home & body concept oraz jej współzałożycielkę Magdalenę Rajchert-Zublewicz - psycholog, doktor nauk ekonomicznych oraz od ponad 10 lat aktywny przedsiębiorca, która udzieliła mi krótkiego wywiadu.


Skąd pomysł na Refeel Concept?

"Refeel Concept powstał w naszych głowach już dwa lata temu, z naszej osobistej potrzeby. Zauważyliśmy, że w naszych domach generujemy bardzo dużo plastikowych śmieci. Szczególnie widoczne było to podczas sprzątania łazienki, gdzie czasem okazywało się, że mamy pełny worek plastikowych opakowań po kosmetykach i środkach do czyszczenia. Sami staraliśmy już wtedy świadomie podchodzić do problemów ekologii - piliśmy wodę z kranu, na zakupy chodziliśmy ze swoją torbą, zwracaliśmy uwagę na zużycie wody w domu, itd... ale ten temat plastikowych śmieci bardzo nas "uwierał" i dlatego, pomimo że, każdy z nas ma swoją pracę, mamy swoje biznesy postanowiliśmy w wolnym czasie, po godzinach pracy zająć się stworzeniem konceptu z naturalnymi kosmetykami myjącymi i środkami czystości, które będą zapakowane w szklane, zwrotne opakowania.


Od pomysłu do wprowadzenia produktu na rynek minęły prawie dwa lata. Po drodze zaskoczyła nas pandemia, która w wielu kwestiach opóźniła ten proces. Ale od początku. Niedługo po tym jak pojawił się pomysł na Refeel Concept, wystartowaliśmy konkursie na najlepszy pomysł na startup organizowany przez DFRI. Udało nam się ten konkurs wygrać i przystąpić do długiego procesu negocjacji biznesowych z Inwestorem m.in. identyfikacji wizualnej. W międzyczasie pracowaliśmy samodzielnie nad składami naszych produktów, ich prototypy w swoim domowym laboratorium (Termomixie) stworzył Jakub Zublewicz. Potem był długi etap badań laboratoryjnych, opóźnienia w dostawach wynikające z pandemii i w końcu, prawie pół roku później niż zakładaliśmy, mogliśmy oddać pierwsze produkty w ręce naszych klientów".



Refeel Concept to trójka założycieli - Jakub Zublewicz, który posiada wykształcenie farmaceutyczne i odpowiada za kwestie związane ze składami produktów, doborem odpowiednich surowców oraz procesem technologicznym. Magdalena Rajchelt-Zublewicz za kwestie związane z promocją i marketingiem. Karolina Kosowicz-Kędzierska, która wraz z Magdą od lat działa w biznesie, współtworząc m.in. KASZAMANNA STUDIO, które zajmuje się wspieraniem wizerunku w gastronomii, a w Refeel Concept zajmuje się kwestiami logistycznymi.


To, że zespół założycieli posiada tak różne kompetencje, pozwoliło przeprowadzić większość działań niezbędnych do wprowadzenia produktów na rynek we własnym zakresie.


Do kogo skierowana jest oferta marki?


"Refeel Concept skierowany jest dla osób, które odczuwają tak zwane "zielone wyrzuty sumienia", tzn. mają świadomość zagrożenia katastrofą ekologiczną i potrzebę działania, ale nie mają jeszcze pomysłów jak działać. To nie są osoby, które są już bardzo aktywne w zakresie działań proekologicznych, bo dopiero zaczynają stawiać pierwsze kroki w oswajaniu ekologii. My wierzymy, że każdy mały krok (np. wybór zwrotnego szkła, zamiast plastiku) przybliża nas do wspólnego sukcesu. Dlatego, chcemy dać tym osobom narzędzia do walki z kryzysem klimatycznym. Czujemy podskórnie, że obraz ekologii kreowany przez media, może zniechęcać do podjęcia jakichkolwiek działań, dlatego stworzyliśmy model, który ma pokazać, że ekologia nie musi być wymagająca poświęceń i trudna do wdrożenia w każdym domu. Chcemy pokazać, że ekologia może być ładna, przyjemna i przy okazji". 



Jakie są plany na promocję firmy w duchu "zero waste"?


"Promocję marki zaczynamy organicznie. Chociaż wystartowaliśmy parę dni temu, dostajemy bardzo pozytywny feedback. Z pewnością będziemy chcieli postawić na influencer marketing i zaproponować współpracę autorytetom w zakresie ekologii. Mamy też pomysł na to jak pokazać, że ekologia może być estetyczna, w związku z czym nawiązaliśmy współpracę z Polą Augustynowicz - graficzką z Poznania i mamy pomysł na wspólną akcję (szczegóły niebawem). Bardzo chcemy odczarować ekologię i np. zmienić podejście do zwracania butelek. W naszym kraju kojarzy się ono raczej negatywnie, z ciężką torbą wypełnioną butelkami po napojach alkoholowych. My chcemy pokazać, że zwracanie butelek może być sexy i można to robić łatwiej, dlatego do każdego zamówienia dołączamy etykietę zwrotu, za pomocą której można odesłać nam puste butelki (i zgarnąć rabat na kolejne zamówienie) na zasadzie znanej dobrze z zakupów oferowanych np. przez Zalando. Generalnie na poziomie budowania strategii sprzedaży promujemy wszystkie działania, które są ekologiczne np. aby ograniczyć ślad węglowy związany z transportem, zachęcamy rabatami do większych zamówień, przy każdych zakupach dajemy możliwość zrezygnowania z plastikowych końcówek i wykorzystania ponownie tych, które zostały po poprzednim zamówieniu. Chcemy, aby nasza komunikacja z klientem nosiła znamiona edukacyjnej, jednak bez tonu moralizatorskiego. Zależy nam na fajnej relacji dwustronnej z klientami i rzetelnym feedbacku". 


Czy będzie ekspansja zagraniczna?


"Jest w planach! Na razie, jest na nią zdecydowanie za szybko, ale mamy poczucie, że Europa Zachodnia już dawno jest gotowa na nasze rozwiązanie, dlatego z pewnością za jakiś czas będziemy chcieli przetestować je również poza granicami naszego kraju".


Więcej o produktach tej marki dowiecie się ze strony refeelconcept.com


KOBIDO czyli lifting bez skalpela?

     

Z jazdą samochodem jest tak, że jak już ktoś raz rozpędzi się do 200 km/h, to potem zwalniając do setki, ma wrażenie, że stoi w miejscu. Obserwując wiele współczesnych kobiet, odnoszę wrażenie, że z zabiegami medycyny estetycznej jest bardzo podobnie. Jak już zaczniesz gmerać przy swojej twarzy, to ciężko Ci przestać.

A jak dobrze wiemy ścieżka do perfekcyjnego “look’u” bywa kręta, wyboista i często prowadzi donikąd.

Z reguły zaczyna się niewinnie. Kwasy, mezoterapia bezigłowa, igłowa, osocze i lasery. Dla urody permanentne “brefki” z szablonu, rzęski z norki oraz usta tak tylko lekko nawilżone i to nic, że już mocno poza obrysem. Kolejny krok to ostrzykiwanie jadem kiełbasianym. W konsekwencji jakieś 10 tysięcy mniej w portfelu. Jednak cel uświęca środki, bo to jest współczesny kanon piękna. Wszystkie tak mają, (no może prawie) to chcę i ja! Nieważne, że mam 20 lat i świetnie wyglądam bez tego wszystkiego. Taka presja środowiska i mediów. Naturalne jest "nieestetyczne" jakby powiedziała "Bożenka z Klanu".



Ja również mam z botoksem swoją osobistą przygodę. Kilka lat temu zainspirowania koleżankami również postanowiłam iść drogą po piękniejsze ja. Pierwszym zabiegiem miał być właśnie jad kiełbasiany wstrzykiwany w czoło. Poszłyśmy gromadnie to "prestiżowego" gabinetu w Katowicach - każda po swoją dawkę piękna. Niestety po dwóch tygodniach okazało się, że tylko u mnie nic się nie wydarzyło. Ani jedna zmarszczka się na rozprostowała, a wszystkie inne poszły zgodnie za jej przykładem. Zdziwiony pan doktor po długim wywodzie merytorycznym skwitował to ot tymi słowy:


„Wie Pani są takie pacjentki - żmije, które swój jad genetyczny mają silniejszy niż ten wstrzykiwany i wtedy to, to nie działa. Rzadko się zdarza, ale jednak występuje”

Szczerze? Nie zdziwiło mnie to za bardzo. Po pierwsze, bo botoks faktycznie nie trzymał, a po drugie doktor trafił z tym porównaniem mojej osoby w dziesiątkę. Śmiechom nie było końca, ale tysiaka za zabieg nie oddał.


I tym sposobem mój romans z zabiegami medycyny estetycznej został definitywnie zakończony.

No bo i po co? A dwa, podejście "luksusowej" kliniki do fuszery również mocno odstawało od moich oczekiwań jako pacjentki.


Jednak nie każda z nas umie powiedzieć pas. Jeżeli kosmetologia staje się niewystarczająca przechodzi się na “level master” czyli chirurgię plastyczną. Efekt końcowy tego poziomu? Celebrycko-aktorskie profile jasno obrazują, że może być różnie - oj bardzo różnie. Bo albo będziemy wyglądać jak Kris Jenner, albo Joselyn Wildenstein. Wszystko to kwestia gustu, budżetu, lekarza i indywidualnych cech naszego organizmu albo … zwykłego przypadku.




Oczywiste jest, że żadna z pań z tych znanych jak i nieznanych oficjalnie i otwarcie do zabiegów upiększających się nie przyznają. Wyjątkiem są influencerki, które w barterze relacjonują te wszystkie kosmetyczne rewelacje na swoich social mediach. Darmowy zabieg w zamian za "story" równa się zerowa wiarygodność, bo jak tu skrytykować post sponsorowany?


Cała reszta zauważalne zmiany w swoim wyglądzie zawdzięcza przede wszystkim: genom, wierze, zdrowej diecie i fazom księżyca. 


Jednak ostatnimi czasy, wśród celebrytek bardzo modne stało się wskazywanie na masaż o tajemniczej nazwie KOBIDO jako autentyczną i jedyną zasługę ich pięknego wyglądu.

Kobido, ale co chodzi?


Kobido podobnie jak wszystkie inne skuteczne metody w walce o dobrze wyglądającą skórę, pochodzi z Azji. Osobiście nic tak bardzo do mnie nie przemawia jak zdjęcia Koreanek czy Japonek, które po skończeniu 30 lat wpadają w wiek precyzyjnie nieokreślony i mają tak aż do późnej starości. Wszystko to dzięki wieloetapowej pielęgnacji oraz konsekwencji w jej stosowaniu. Uzupełnieniem dobrze dobranych kosmetyków są również masaże twarzy np. japoński albo #kobido właśnie. Ten ostatni nazywany jest również “naturalnym liftingiem twarzy”. Polega na intensywnym masowaniu tkanek głębokich mięśni twarzy, szyi i dekoltu na sucho, czyli bez olejku czy ampułki. 


Zabieg podzielony jest na cztery etapy: relaksacja, drenaż, lifting oraz akupresura. 


YENNEFER MEDICAL SPA


Z racji tego, że raz na jakiś czas daję się ponieść instagramowym rewelacjom zaryzykować. Na miejsce tego eksperymentu wybrałam salon SPA, który od dłuższego czasu mijałam, pędząc do Lidla na “promki” okolicznościowe. Pozytywne opinie, przejrzysta strona internetowa z cennikiem oraz możliwość rezerwacji wizyty on-line przekonały mnie właśnie do wyboru Yennefer Medical SPA.


Jednak jak wiadomo to nie strona internetowa, a ludzie finalnie decydują o tym czy miejsce, do którego się udajemy, spełni nasze oczekiwania. W przypadku Yennefer była to pełna zgodność. Od uśmiechniętej recepcjonistki, profesjonalnego zabiegu po przemiłą właścicielkę.


Bardzo lubię takie miejsca.


ZABIEG?


To czysta przyjemność. Pomimo tego, że masaż jest dosyć intensywny, jest całkowicie bezbolesny. Skupia się na newralgicznych punktach na twarzy: okolice oczu i ust, podbródka oraz szyi. Całość trwa około godziny w tym ostatnie 15 minut to maska nawilżająca w płachcie, której zadaniem jest ukojenie po skóry po zabiegu.


Z pewnością interesuje Was skuteczność Kobido.


Jak w przypadku każdego nieinwazyjnego zabiegu liczy się przede wszystkim regularność i konsekwencja. Minimalna seria, jaką należy zastosować to 6 zabiegów w tygodniowych odstępach. Jednakże już po pierwszym masażu wyraźnie odczuwamy, że nasza skóra jest dużej lepiej ukrwiona i napięta, a dzięki masce intensywnie nawilżona. Po 3-4 pełnych zabiegach wyraźnie widać poprawę jędrności skóry, znikają drobne zmarszczki oraz linie mimiczne. U mnie wyraźnie poprawił się owal twarzy, więc osobiście uważam, że warto.


Tym samym wprowadziłam ten zabieg jako stały element w pielęgnacji swojej twarzy kosztem "cudownych" kremów z kawiorem, śluzem ślimaka oraz wyciągu z rogu jednorożca, które umówmy się, działają bardziej na wyobraźnię i portfel niż na którykolwiek z objawów grawitacji.


W rankingu #hitczyhit stawiam na HIT!






Copyright © Fancy Life Lover