MCLAREN nad Wisłą czyli na co wydać 500+


No i stało się! W kraju mlekiem i miodem płynącym mamy nowe, poważne zmartwienie. Sprawi ono, że noce staną się bezsenne, a my w szponach dylematu życiowego nie będziemy mogli sobie znaleźć miejsca ani w domu ani pracy. 

Co najgorsze, w jego rozwiązaniu nie pomoże nam nikt, a i wszystkie konsekwencje spadną tylko i wyłącznie na nas.

JAK GO SPŁACIMY???


Jak większość europejskich krajów dotkniętych cywilizacją motoryzacyjną, mamy już salony Ferrari, Lamborghini, Rolls Royce, Bentley czy tańszego Maserati. "Dobra zmiana" i lecące pod niebiosa PKB skłaniają rodzimych dealerów do otwierania salonów dla coraz to bardziej egzotycznych modeli i marek. Marek pojazdów dedykowanych wyjątkowo wymagającym kierowcom, których nie kręci już czerwone 911 na czterdzieste urodziny.


Naprzeciw tym oczekiwaniom wychodzi AUTO FUS GROUP i sprowadza na Ostrobramską 73, brytyjskiego MCLAREN'a, markę kojarzoną głównie przez fanów wyścigów Formuły 1 oraz  nielicznych szczęśliwców, którym udało się zobaczyć ten samochód w wersji cywilnej na ulicach Berlina, Londynu czy Wiednia.

McLaren to firma motoryzacyjna, która nie posiadając własnych jednostek napędowych potrafiła z tych pożyczonych od Hondy, Mercedesa czy Renault stworzyć samochód wyścigowy, który wielokrotnie wygrał Grand Prix pokonując Ferrari.


Kilka dni temu wraz z szanownym gronem kolegów dziennikarzy motoryzacyjnych, blogerów, pasjonatów oraz potencjalnych klientów miałam możliwość uczestniczenia w oficjalnej polskiej prezentacji modelu 600LT. 

Jako że byłam na imprezie jedyną zaproszoną kobietą, a nie wyłącznie towarzyszącą ozdobą partnera, mogłam dostąpić zaszczytu odpalenia tej niezwykłej maszyny własnoręcznie. Szczególne uznanie należy się Sebastianowi Schulte - dyrektorowi marketingu McLaren - za odwagę - ot tak wręczył mi kluczyk i się nie bał.  
Albo zdumienie, że się nie bał. Blondynka za kierownicą + rakieta. Iście gotowy przepis na katastrofę.

Stchórzyłam ja. Jakoś oczyma wyobraźni zobaczyłam siebie jak nie ogarniam ręcznego, tych 600 koni i 2,9 sekundy do setki. Jak przelatuję z impetem przez dekoracyjne plexi i wpadam w najlepszym wypadku na nowy model X3 stojący tuż za nim. W najgorszym - na Ostrobramską wprost pod siedzibę POLSAT'u jako hot news z ostatniej chwili. A moje praprawnuki przeklinają sławną babcię robiąc kolejny przelew na rzecz pokrycia strat poniesionych przez FUS GROUP i Miasto Stołeczne Warszawa.


Z moim wzrostem poddanym lekkiemu tuningowi w postaci obcasów, wynoszącym niecałe 190 cm, auto to robi się odrobinę słabo dostępne. Okazało się, że wejście do Mclarena w sposób elegancki i z klasą, zwłaszcza z ww. obcasami i nieprzesadnie długą sukienką, jest baaaardzo trudno wykonalne. A o wyjściu w ten sposób to już w ogóle mowy nie ma. I teraz wyobraźcie sobie, że wszyscy obecni na premierze patrzą na mnie gramolącą się do auta z tą „klasą” i „elegancją” żeby dokonać oficjalnego pierwszego odpalenia zapłonu. Błyskają flesze, kręcą się filmy. No nie ma opcji.

Kulturalnie podziękowałam i dokończyłam rozmowę o nowym projekcie motoryzacyjnym. Tym samym udało mi się zachować  godność damy.


Żeby nie było, finalnie wsiadłam do tego cuda. Z taką ilością klasy i gracji, na jaką tylko można się było zdobyć w tych warunkach absurdalnie niekomfortowych warunkach. A mówią, że luksus nie męczy. Męczy, małe samochody, oślizgłe ostrygi. BLE!

Niemniej jednak samo auto jest wspaniałe. Tu nie jakichś tam półśrodków. Mclaren całym sobą krzyczy, że jest samochodem wybitnym. To prawdziwy supercar, który został stworzony do osiągania na torze czasów niedostępnych dla innych aut. A pisząc "krzyczy", mam na myśli dosłownie krzyk. To pierwsze oficjalne odpalenie bestii i kilka przegazówek na biegu jałowym spowodowało u obecnych szanownych kolegów stan, w którym wszystkie włosy na plecach, od karku po tzw. dolne plecy, stanęły na baczność.


Przy całej wspaniałości tego samochodu w wersji "Longtail", mocy silnika, muzyki dla uszu wydobywającej się z rur dolnych i górnych, karbonowej konstrukcji i ogólnie mega pozytywnego wrażenia. Okazało się, że jednak ma wadę. Jedną.

Pudło - wcale nie chodzi o cenę czyli od 800tys w górę czy tablet na desce rozdzielczej. To już znak czasu i trzeba przywyknąć.

Właśnie wspomniane potencjalne problemy z godnym wsiadaniem i wysiadaniem z tego samochodu sprawiają, że moja decyzja o rezygnacji z jego zakupu jest ostateczna.

Dlatego jeśli jesteście drobnej budowy, nie przekraczacie metra osiemdziesięciu, lubicie szybkość i potrzebujecie kosztów to ten samochód jest stworzony dla Was. 


DR.PHAMOR czyli koreańskich kosmetyków czar!


Szaleństwo na kosmetyki koreańskie na polskim rynku, trwa nieprzerwanie od kilku lat. Wszystko to, za sprawą Azjatek, które grawitacja od pokoleń omija szerokim łukiem. Dlaczego się tak dzieje? Czy sekret rzeczywiście tkwi w samych kosmetykach? Na czym właściwie polega koreańska pielęgnacja?


Każda z nas niejednokrotnie natknęła się na Instagramie na zdjęcie uśmiechniętej buzi z Dalekiego Wschodu, która nie wykazuje żadnych oznak starzenia. I zaznaczam, że nie są to zdjęcia nastolatek, nie są one obrobione w Photoshopie, jak również nie ukazują oblicza stałych klientek zaawansowanej medycyny estetycznej. 

Dlaczego Koreanki, Japonki czy mieszkanki Tajwanu w wieku czterdziestu kilku lat wyglądają na dwadzieścia i skąd ta niesprawiedliwość genowa?



Aby zrozumieć skąd te różnice między wyglądem Azjatek a Europejek się biorą, należy nieco zgłębić wiedzę na temat m.in "koreańskiej" pielęgnacji. Niby nie różni się bardzo od naszej ojczystej, jednak dokładność i regularność w dokonywaniu pewnych zabiegów na twarzy ma ogromne znaczenie i znajduje odzwierciedlenie w naszym wyglądzie.

KOREAŃSKA PIELĘGNACJA


1. DEMAKIJAŻ -  składający się z kilku etapów, bazujący na olejkach myjących oraz delikatnych produktach na bazie wody: pianki, żele, płyny micelarne.

2. TONIKI & HYDROLATY - oczyszczoną twarz zawsze przemyć tonikiem lub hydrolatem odpowiednim dla naszej cery. 

3. NAWILŻENIE - jest kluczowym elementem i nie opiera się wyłącznie na kremie. 

-  ESENCJE - w Polsce jeszcze ciągle mało popularne, to połączenie olejków z  intensywnie nawilżającymi filtratami i/lub wyciągami roślinnymi;

SERUM - regularnie nakładane na esencje podbija jej efekt nawilżający, dostarcza skórze dodatkowych substancji odżywczych, działa przeciwzmarszczkowo

EMULSJE - lżejsza formuła dla mniej wymagającej cery.

4. OCZY - RZĘSY - BRWI - rządzą się swoimi prawami. Często zapominamy o dokładnym oczyszczeniu rzęs i brwi z resztek tuszu i cieni. Szarpiemy i naciągamy delikatną skórę wokół oczu. Zbyt mocno wcieramy krem pod oczy. Nie stosujemy olejku rycynowego do pielęgnacji rzęs i brwi. Nie nawilżamy skóry płatkami hydrożelowymi.

5. PEELING - stosowany 1-2 razy w tygodniu pozwala utrzymać skórę w doskonałym stanie i to bez zaskórników. Oczyszcza pory. Doskonale przygotowuje skórę do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych.

6. MASECZKI - od kliku lat podbijają nasze serca. Maseczki w płachcie bo o nich mowa to niezastąpiony produkt w każdej kosmetyczce. Występują w różnych wersjach, droższe i tańsze, z lepszym i gorszym składem. Można je kupić w dyskontach spożywczych, drogeriach oraz sklepach internetowych.

7. KREMY Z FILTREM - wydaje mi się, że tutaj tkwi największy problem, w przeciwieństwie do Azjatek lubimy się opalać i lubimy look: "prosto z wakacji". Często zapominany o tym, że kremu z filtrem, najlepiej BB/CC powinno się używać praktycznie przez cały rok, a nie tylko latem jak świeci słońce.
 

A teraz z ręką na sercu przyznać się, kto jest na tyle rzetelny i wykonuje te wszystkie zabiegi regularnie i z pełną starannością?
Ja niestety nie mam cierpliwości aby wieczorową porą spędzać w łazience kilkadziesiąt minut na mizianiu twarzy. Lubię szybkie i proste rozwiązania w demakijażu i pielęgnacji cery. Dlatego od lat używam rękawiczki do demakijażu marki Glov zamiennie z gąbeczką Konjac.
Na noc zawsze stosuję olejek - najczęściej z opuncji figowej. Raz lub dwa razy w tygodniu peeling z korundu, który uwielbiam. Bezpośrednio po nim - nawilżająca maseczka, najlepiej w płachcie z całą masą odżywczych składników.

Codziennie rano staram się też chociaż na kilka minut nakładać płatki hydrożelowe pod oczy, które zawsze mam w lodówce. Zero roboty, a efekt świetny.




Pozostaje jeszcze kwestia kremu na dzień.

I tutaj pojawia się ona. Dzięki akcji marketingowej "Test Me, rewiew Me" organizowanej przez sklep z koreańskimi kosmetykami shibushi.pl oraz markę Dr.Phamor, otrzymałam do przetestowania emulsję przeciwzmarszczkową - tak mój pesel już z automatu nominuje mnie do tej kategorii produktów.

Ale do rzeczy. 

Emulsja do twarzy z serii Syn-AKE - o opatentowanej formule, która składem przypomina jad węża w swoim składzie zawiera również kolagen, kwas hialuronowy, olej z cyprysika tępołuskowego tzw. Hinoki (w Japonii drzewo to uważane jest za święte) oraz ekstrakt z miodu. W składzie nie znajdziemy silnych silnych alergenów oraz konserwantów w postaci parabenów więc za to duży plus.




Konsystencja emulsji jest bardzo lekka, szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu. Efekt nawilżenia czujemy już od pierwszej chwili po aplikacji. Doskonale miesza się z podkładem tworząc lekki krem BB. Stosuję go również na szyję gdyż u mnie to chyba najbardziej problematyczny obszar. Już po kilku aplikacjach skóra stała się lepiej nawilżona. Zobaczę jaki będzie efekt przy dłuższym i regularnym stosowaniu.

Zapach emulsji jest dość intensywny ale przyjemny i utrzymuje się na skórze przez dłuższy czas. Jeżeli ktoś nie lubi zapachowych kosmetyków bądź ma alergie - musi rozważyć jej stosowanie.



Niewątpliwie dodatkowym atutem tego produktu jest jego opakowanie, które samo w sobie wygląda jak "milion dolarów" i świetnie wygląda na półce w łazience. (Już słyszę w tle głosy, które rzeczą, że nie wygląd ma znaczenie ale jego zawartość.) Jednak ja osobiście uważam, że jedno nie wyklucza drugiego, a tym przypadku mogę śmiało stwierdzić, że mamy produkt 2w1.

Kosmetyk prezentuje się pięknie i niczym nie ustępuje produktom marek luksusowych, chociażby takich jak La Prairie gdzie za samo opakowanie płacimy z 1000 złotych.

Dla mnie osobiście to pierwsze bliższe spotkanie z koreańskimi kosmetykami. Jednak przeglądając bogatą ofertę shibushi.pl już wiem, że to dopiero początek tej pielęgnacyjnej przygody.

Cena: 199zł

DRIVE & GOLF DAY czyli emocje w Bytomiu


Pamiętacie?


"Bytom piękna okolica, mieliby Media Markt byłaby stolica"

Głosił kilka lat temu ogromny banner przy drodze 94 w kierunku Katowic. I tyle jeżeli chodzi o pozytywny PR tego miasta, które niestety dosłownie i w przenośni trochę się zapada pod ziemię. 

A szkoda, bo Bytom obfituje w ciekawą architekturę i miejsca w całej swojej typowości miasta na Śląsku - bardzo nietypowe. Jednym z nich jest pole golfowe ARMADA GOLF CLUB, miejsce uciech wszelakich dla fanów elektrycznych pojazdów i piłki niekopanej, uderzanej kijami z połyskującymi końcówkami za miliony monet, które nie są bronią i można przewozić je w samochodzie na okoliczności różne.


Lexus Katowice wraz Toyotą Katowice postanowiły wykorzystać wszystkie atrybuty tego miejsca i zorganizować event, który miał na celu prezentację swoich nowych modeli w sposób znacząco odbiegający od tradycyjnych imprez premierowych.

Nie było pań w długich połyskujących sukniach i sztucznego zachwytu nad wykończeniem deski rozdzielczej i kolorem lakieru prezentowanego modelu. Ten pokaz obfitował w przygodę i realną weryfikację tego, co dział marketingu napisał w folderze reklamowym, a pisze dużo zwłaszcza o możliwościach jazdy w terenie Toyotą jak i o dziwo Lexusem też.

Tłumnie przybyli goście w strojach casual mieli niezwykłą okazję jazd testowych samochodami 4x4 w stylu off-road a'la Bytom czyli po "hołdzie".

Do jazd tych podstawiono:


Absolutnie wspaniały samochód, który swoją wielkością, zewnętrzem i wnętrzem zrobił na mnie kolosalne wrażenie, jeszcze nim wyjechał z parkingu. To, co działo się potem, przypominało poziom emocji unboxing'u torebek marki HERMES na insta stories. 

Zupełnie szczerze, nigdy nie myślałam, że tak wielki i do bólu luksusowy samochód może poruszać się w takim terenie i to z taką prędkością. Zaskoczenie było ogromne. 



Podróżujecie Państwo w komforcie na poziomie klasy biznes w samolotach linii Emirates tyle, że drogą asfaltową. Świetnie wyprofilowana kanapa pokryta wspaniałą jasną skórą i rewelacyjnie działającą klimatyzacją, schładzającą wnętrze do przyjemnych 20 stopni i nagle ... gwałtowny skręt kierownicy w lewo i znajdujemy się w piekle.

To, że nic z tego auta nie odpadło po tej dzikiej przejażdżce, oznacza, że jest wart każdych pieniędzy. 

Absolutnie wspaniały.





Nowa odsłona tej legendarnej, pełnowymiarowej terenówki 4x4 (nie mylić z jakimś tam SUV'em) nie zawiodła pod żadnym względem. Pomimo i tak trudnego już terenu, podobno wykorzystano na ten szalony przejazd jedynie 25% jej możliwości. Aż strach pomyśleć, co jeszcze może, biorąc pod uwagę to, co przeżyliśmy w tej podobno ćwiartce (i absolutnie nie po ćwiartce!).

Niektórzy lekko spoceni współpasażerowie prezentacji tychże możliwości prosili o przejazd tak maksymalnie na 15%, gdyż mają rodziny, liczne potomstwo i dodatkowo nie lubią dachowania. Nie było litości - spadki, wjazdy i zakręty bokiem, a to wszystko w ultra komfortowym i przestronnym wnętrzu. No i bagażnik, który pomieści wszystko.

Fantastycznie.




Przy tym modelu nakręcenie filmu nie było możliwe. Tutaj była moc i ile fabryka dała - resory to nie amortyzatory, a wół roboczy to nie LEXUS ani LAND CRUISER. Musicie uwierzyć na słowo, że każdy geodeta w tym kraju posiadając właśnie ten model auta w garażu, miałby banana na twarzy na samą myśl o wyruszeniu w deszczowy dzień do pracy w terenie. Dalsze opisywanie jest zbędne. To typowy wół roboczy o niepowtarzalnej w skali światowej renomie. Tu nie ma półśrodków. To nie jest komfortowe limo z napędem na cztery felgi. To jest samochód, który nas wiezie do ciężkiej pracy w terenie i nas tam na 100% dowiezie. 

Dlatego sprzedano go już miliony sztuk.

TAK, zgadza się, odliczymy od niego całe 23% podatku od towarów i usług.

Był również LEXUS UX250h



To najmłodsze dziecko Lexusa można było zobaczyć przedpremierowo. 

Nowy crossover łączy w sobie nowoczesny napęd hybrydowy z przestronnym wnętrzem i optymalną wielkością samochodu, czyniąc z niego idealnego miejskiego SUV'a. Byłam, widziałam i siedziałam za kierownicą. Przejechać się jeszcze nie pozwolili. Nawet pan Pertyński ma zakaz publikowania testów, które już oficjalnie nagrał. 



Rozumiem i poczekam.

Osoby, które niespecjalnie lubią podwyższony poziom adrenaliny, mogły w czasie naszych jazd w terenie skorzystać z profesjonalnej lekcji gry w golfa pod czujnym okiem instruktora. Tu nawet się nie rozwodzę, bo zdecydowanie bliżej mi do emocji z benzyną w tle niż latanie z kijem za piłką po zielonych hektarach.

Nie tym razem.  




Dodatkowo w miłych okolicznościach tarasu z widokiem na pole golfowe, wszyscy uczestnicy imprezy mogli raczyć się cateringiem. Organizator nie zawiódł w tym zakresie nikogo z przybyłych gości. Był subtelny fingerfood, swojski chlebek ze smalcem oraz różnorodne dania z grilla. 

Oczywiście można było również ugasić pragnienie i tutaj wybór był również obfity.




Tytułem podsumowania trzeba oddać organizatorom, że impreza była nad wyraz udana. Prezentacje modeli, off-road, gra w golfa i bardzo dobre jedzenie wszystko na duży plus.  

Ja bezkreśnie zauroczyłam się off-roadem w stylu DO or DIE, ale o tym w kolejnym artykule ...

Dziękuję serdecznie za zaproszenie.

MASERATI GHIBLI kobaltowa moc 430KM


Włoski design, włoskie buty i okulary produkowane przez Luxottica z pewnością tak - ale czy włoski samochód?

Maserati jeszcze kilka lat temu uchodziło za markę totalnie egzotyczną. A nazwa Quattroporte dla nieco bieglejszych w języku włoskim oznaczała co najwyżej coś czterodrzwiowego. 

Sytuacja zaczęła się zmieniać od roku 2012, kiedy to samochody z Modeny szturmem wtargnęły na europejskie drogi za sprawą nowej generacji modelu Quattroporte właśnie. 

Nowe życie Maserati zawdzięcza koncernowi FIAT, który w 2005 roku przejął markę od Ferrari. Od czasu inwestuje w nią setki milionów euro, czego efektem jest utworzenie najbardziej zaawansowanej technologicznie fabryki na świecie. 

Z linii produkcyjnej schodzą kolejno odświeżane modele: GranTurismo, GranCabrio, Ghibli i najnowsze dziecko wpisujące się w aktualne trendy motoryzacji - Levante.



Moje zamiłowanie do aut powszechnie uznanych za luksusowe jest również powszechne znane. Dlatego organoleptyczne poznanie Maserati było dla mnie dużą przyjemnością. Osobiście poznaliśmy się na 9 urodzinach Sakany w Katowicach, gdzie prezentowany był sportowy model Ghibli.

Jak widać na zdjęciach Blu Emozione prezentowanego Ghibli wyjątkowo współgrał kolorystycznie z moją sukienką - w opinii osób trzecich całkiem ładnie razem wyglądaliśmy. 

Było to całkowicie niezaplanowane.

Po prostu kolor kobaltowy, chabrowy czy według innych błękit francuski jest moim ulubionym od wielu lat.


Co do zasady, nie lubię "sesji przy autku", które są w sieci dość popularne. Prężące się na maskach sportowych aut instagirls na 12cm szpilach, robiące konkurencję ładnej sylwetce samochodu. Niestety 90% z tych pań nie odróżnia hatchbacka od sedana notorycznie używając lewego kierunkowskazu na rondzie. Często do zdjęcia / zdjęć w ciekawym plenerze jest jeszcze przepisany z folderu reklamowego opis darmowo udostępnionego przez dealera modelu. 

To nie mój styl, nie moja bajka i nie mój cel. Dużo wyżej od takich ustawek z reklamą w tle cenię możliwość realnego przetestowania auta i poznania jego walorów. 

I wad również. 



W przypadku prezentacji modelu Ghibli, niestety nie było możliwości zrobić praktycznego testu z jazdy, czego bardzo żałuję. Jednak pierwszy raz miałam czas i sposobność aby dokładniej przyjrzeć się wnętrzu auta i skupić na detalach.

Włosi nigdy mnie nie zawiedli w kwestii wystroju wnętrz, jak widać w przypadku samochodów jest podobnie. Prosto i klasycznie bez zbędnych udziwnień i dodatków. Bez dotykowych tabletów i wyświetlaczy z milionem przycisków tak powszechnych nowych modelach klasy premium.

W Ghibli znajdziemy analogowy zegar - dla mnie to ogromny plus.

Połączenie jasnej skóry Sabbia z czarną deską rozdzielczą i chromowanymi elementami czyni wnętrze bardzo ekskluzywnym. Szczególną uwagę przykuwa jakość skóry tapicerki, staranne przeszycia i wykańczające ją detale. 

No jest ładnie i to bardzo.

AUDI RS3 mały i diabelnie szybki!


         Czy mój "guru" Jeremy ma rzeczywiście rację i pojazd ten, zasługuje jedynie na miano bardziej wymyślnego Golfa, po wyjściu z którego uśmiechacie się tylko dlatego, że podróż się już skończyła?


No cóż - tutaj RS3 można porównać z Clarkson'em, jedni go uwielbiają inni jakoś nie za bardzo. To zwinne i niepozorne Audi może wprowadzić w nie lada stan frustracji właścicieli wypasionych tunningów rodem z Bawarii swoim 400 konnym silnikiem i napędem na 4 cztery nowiutkie opony.



Jest zabawa. Podobnie tak w testowanym wcześniej Mercedesie AMG, dźwięki wydawane przez RS Sportback są dla ucha rasowego kierowcy doznaniem wręcz mistycznym. Oczywiście na dłuższą metę może to być i nudne i męczące ale z pewnością nie na przejażdżce typu ride & fun.

Wizualna niepozorność tego auta, jak jego rozmiar pretendują go do miana samochodu typowo "babskiego", jednakże nadmiar koników może niejedną "Grażynę" po prostu przerosnąć. 

Właściciel testowego pojazdu z całą pewnością  nie należy do "waginosceptycznych", więc darując sobie durne stereotypy, możemy uznać RS'a za praktyczny samochód miejski w wersji z pazurem level hard. U mnie objawia się to dziecinadą w postaci: pierwsza spod każdych świateł, którą uprawiam bez względu na prowadzony model, ale w przypadku RS'a różnica jest taka, że dłużej się czeka na pokonanych na światłach kolejnych aby wyczytać z ruchu warg - BABA!  

Jeżeli podczas konfiguracji auta zrezygnujemy z oznaczeń RS na grillu i innych elementach lakierowanych, możemy mieć 100% pewności, że nikt nam zbytnio nie pozazdrości nowego nabytku i donosu do skarbówki o poranku nie napisze. Z całym szacunkiem dla cudownego wnętrza, wizual to nie jest efekt wow. Ale jak wiadomo hasło przewodnie AUDI to: "przewaga dzięki technice", a nie wyglądzie więc nikt nikogo nie oszukuje.











Limuzyna może wszystko czyli LEXUS LS 600h


Recepta na udane wakacje z dreszczykiem emocji? Wyobraźcie sobie sytuację, że planujecie urlop z piaskiem w tle, i nie mam tu na myśli "all inclusive" w Egipcie. 

Czeka Was niesamowita afrykańska przygoda. Rajd. Trasa obejmująca dystans 11 500km do pokonania w dwa tygodnie - bo urlopy w korpo dość krótkie dają. W jedną stronę 5500km przez Maroko, Saharę Zachodnią, Mauretanię, Algierię do Tunezji by promem wrócić do Europy i przyjechać do Polski.

Możecie sobie wylosować samochód. W szklanej kuli są specjalne terenówki, SUV'y i Jeep'y i tylko jedna limuzyna, którą to właśnie wy wylosowaliście.

Czy to koniec wymarzonego rajdu przez pustynię? NIE - to początek przygody dla tych, którzy potrafią pojechać wszystkim i wszędzie i to bez zbędnego marudzenia - mając jedynie pod ręką lodówkę z zimnym napojem, co na pustyni jest jakby trochę ważne. I super sprawną klimatyzację.





Dla osób, które średnio się orientują czym w rzeczywistości jest LEX LS 600h przybliżę kilka szczegółów. 

To duża Toyota, produkowana w Japonii od 1989 roku. Co ciekawe jest oficjalną limuzyną rodziny królewskiej z Monaco - używają tych nieco dłuższych z dopiskiem L (Landaulet) i bardziej zaawansowanych technologicznie stosownie do pełnionej funkcji (na wzór The One Cadillac - czyli Bestii za oceanem).

Testowany przeze mnie model to już III wersja LS z roku 2008, który miał jedynie mały lift w roku 2009 i nieprzerwanie był produkowany nieprzerwanie i w niezmienionej postaci aż do 2017 roku.
Taki stan rzeczy cieszy każdego posiadacza drogiego auta. Nawet po 10 latach masz cały czas aktualny model. Nie jak w konkurencyjnych brandach co rok kolejny lift, który nie dość, że wprowadza w depresję, że już nówki nie mamy i kreśli widmo zaciągania nowego leasingu, to również obniża wartość naszego maleństwa, o kolejne kilkanaście procent pomimo, że to nie ma jeszcze roczku i choćby ani jednej ryski na lakierze.


Passo del Stelvio

Wychowana na E60 i XJ rasowa "kierowniczka" limuzyn, czyli typowych damskich samochodów - tak, podobno takie istnieją i są w kolorze niebieskim z wielkością tego auta nie miałam żadnych problemów. Gorzej czułam się w Smarcie i C1 mając w zasięgu ręki, głowy i łokcia innych użytkowników drogi. I śmierć w oczach. Dosłownie.

Jest duży i ciężki bo waży prawie 2 tony. Poczucie luksusu i bezpieczeństwa jest wszechogarniające. Ba, przytłaczające wręcz. Dodatkowo wpływa na nie świadomość, że silnik napędza wszystkie koła.

Wsiadasz i już czujesz, że jest ultra wygodnie. Mając w świadomości 5 litrów pod maską i prawie 450KM wciskasz guzik start (no dobra nie jestem przyzwyczajona - taki system zmusiłby mnie do posiadania jednej torebki albo ciągłych poszukiwań kluczyka za 5 minut ósma - czyli odpada) i ...

I nic. Cisza absolutna. Myślisz, że komputer się zawiesił, przycisk nie działa. Auto nie odpala. W głowie już faktura za naprawę. Próbujesz jeszcze 2, 3 i 4 raz. To tylko "japończyk". Ładny ale może niekoniecznie skuteczny. Lexus pokazuje jednak jak wół na pulpicie "READY".

AHA - już wiem, to hybryda przecież i nie będzie muzyki dla uszu. W ramach rekompensaty za straty moralne, płynące z braku jedwabistych dźwięków wspaniałego widlastego silnika o ośmiu cylindrach od pierwszej za kierownicą wjedziemy do centrum każdej europejskiej stolicy za free.



Hybrydy ciszy czar nie trwa za długo. Gaz do dechy i ukryta pod maską V8 daje o sobie znać. Prawy pedał wciskany z odpowiednią siłą sprawia, że ta masywna konstrukcja potrafi się rozpędzić w 6 sekund do setki i zatrzymać licznik na 300km/h. Tylko, że to wyłącznie na niemieckich autostradach i z pomocą kogoś od jakichś tam zakładanych blokad czy coś. 

Auto sunie po drodze z zadziwiającą ... jedwabistością. Jest niesamowicie lekkie w prowadzeniu. Poziom komfortu jest tak duży, że poczucie wyizolowania od warunków drogowych jest absolutne. Nie czujesz dziur w drogach i zapominasz o koleinach.

Bajka.

Maksymalnie wyciszone wnętrze sprawia, że jazda, nawet bardzo długa, nie męczy. Kiedy mamy tyle mocy pod nogą moglibyśmy poniżać innych użytkowników dróg pokazując im gdzie ich miejsce. Tylko, że nie chcemy. Bo po co? Jedziesz Lexusem LS600h i już nikomu nie musisz nic udowadniać. 

I chyba najbardziej w autach z dużą mocą lubię właśnie to, że nic nie musimy, a możemy wszystko.




Czyli podsumowując: duże, komfortowe, szybkie, bezpieczne i z bajerami (wentylowane i podgrzewane fotele), dużo guzików do zabawy np. zawieszeniem, 4 strefowa klimatyzacja, lodówka na 5 puszek czegoś bez alkoholu co doda Ci skrzyydeł. Wszystko to mamy w ramach średnio 10l spalanych na każde 100km. Czyli tragedii nie ma.

Wizualnie? Jak na samochód z wizją z roku 2006 wciąż wygląda bardzo dobrze i nie trzeba do niego wsiadać z zamkniętymi oczyma. Owszem aktualna generacja powala i wyrywa z butów jednocześnie ale poprzednik w dalszym ciągu jest super.

Na zakończenie wyobraźcie sobie opis trasy w ramach afrykańskiej przygody naprawdę dotyczył LS 600h. Naprawdę jeździł on po pustyni i wrócił cało ze swoim właścicielem. Mi dane było spędzić w nim trochę czasu jedynie na polskich drogach. 

Pokorny wóz z niepokornym właścicielem, przebyli ze sobą asfalt, bezdroża, pustynię, góry niskie i wysokie. Każdego dnia udowadniając mieszkańcom stolicy, że wszystkie ograniczenia rodzą się w głowie i nawet z LS'a można zrobić miłe miejskie autko.

T.P - dziękuję
Copyright © Fancy Life Lover